
DZIEJE ZAMKU
Już w IX wieku na wzniesieniu, które dziś znamy jako Górę Zamkową, istniał zapewne niewielki gród słowiański — zbyt niepozorny, by zapisać się szerzej w annałach, a jednak wystarczająco istotny, by spełniać funkcję pogranicznej strażnicy pilnującej szlaków handlowych. Nie był to jeszcze zamek godny legend, lecz skromna warownia o czysto praktycznym przeznaczeniu — taka, która nie budziła podziwu, ale dawała poczucie bezpieczeństwa.
W drugiej połowie XIII wieku książę śląski Bolesław Wysoki, zanim historia zdążyła go pożegnać w 1201 roku, zainicjował dzieło nieco bardziej trwałe: w obrębie dawnego grodziska wzniósł kamienny, cylindryczny stołp. Była to forma surowa, lecz nośna — zalążek tego, co z czasem miało przybrać postać pełnoprawnej siedziby obronnej.

Transformacja z drewna w kamień — przemiana, którą dziś nazwalibyśmy „wielopoziomową inicjatywą infrastrukturalną o charakterze priorytetowym dla bezpieczeństwa narodowego” — nastąpiła dopiero w pierwszej połowie XIV wieku, z inicjatywy króla
Kazimierza Wielkiego
(zm. 1370). Władca ten, znany z tego, że „zastał Polskę drewnianą…”, objął swym planem także południowo-zachodni kraniec kraju, który, jak wszystko na pograniczu, balansował między spokojem a napięciem. Bandzin — najbardziej wysunięty na zachód punkt jego systemu fortyfikacji — otrzymał zadanie niezbyt wdzięczne, lecz prestiżowe: przyjąć pierwszy cios, gdyby sąsiedzi ze Śląska lub Czech uznali, że dyplomacja to jednak zbyt długa droga.

Granica między Koroną Polską a Czeską przebiegała wówczas u stóp wzgórza, wzdłuż Czarnej Przemszy — niepozornej rzeczki, która mimo swoich rozmiarów przez wieki skutecznie wyznaczała linie podziału. Nic dziwnego, że miejsce to zasługiwało na pewne wyróżnienie. Za moment, w którym zamek osiągnął formę godną polityki wysokiego szczebla, uznaje się rok 1364 — wtedy to pojawił się tu
Karol IV Luksemburczyk
(zm. 1378), cesarz rzymski i król czeski, człowiek przyzwyczajony raczej do katedr i pałaców, a nie strażnic na peryferiach. Nie była to kurtuazyjna wizyta — raczej dowód, że miejsce to zaczęło odgrywać rolę w sprawach państwowych.

Warownia królewska funkcjonowała jednak co najmniej od lat czterdziestych XIV wieku, ponieważ już w roku 1349 źródła wzmiankowały pierwszego znanego nam burgrabię Będzina — niejako Yemcę, zwanego też Wiernkiem. Był to człowiek, który nie tylko znał wartość solidnej baszty, lecz zapewne także wagę królewskiego zaufania, skoro powierzono mu straż nad miejscem, gdzie historia lubiła przystawać z mieczem w dłoni.
Od tego momentu zamek pełnił funkcję siedziby królewskiego kapitana, a od XVI wieku — starosty, czyli przedstawiciela władzy z odpowiedzialnością za powierzony mu kwartalik pogranicza. Obowiązki były jasne i, jak to bywało w epoce, gdy zaszczyty nie chroniły przed ciosami miecza, odpowiednio ujęte w dokumentach: [...] wójt nasz ze swymi następcami będzie zobowiązany stawić się na koniu oraz w ozdobnej zbroi, w pancerzu i żelaznym hełmie na każdą naszą wyprawę [...]. Nie wiadomo, ilu z nich rzeczywiście miało na stanie coś więcej niż konia i dobre chęci, ale papier zniesie wiele — zwłaszcza pergamin królewski.

Miasto założone u podnóża zamku w 1358 roku miało od początku wyraźnie militarny charakter — i trudno było tego nie dostrzec. Funkcjonowało raczej jako zewnętrzne przedłużenie fortyfikacji niż przestrzeń do spokojnego życia. Z czasem ta rola miała nabrać dramatycznej dosłowności: miasto wielokrotnie padało ofiarą niszczycielskich najazdów, a jego obronna funkcja nie kończyła się na symbolice. Decydowały o niej grube mury oraz stała obecność królewskiego garnizonu.
Ów „stały” garnizon prezentował się jednak, oględnie mówiąc, skromnie. Zamkowa załoga liczyła zwykle zaledwie kilkunastu żołnierzy — i to w czasach, gdy najazd nie był kwestią „czy”, lecz raczej „kiedy”. Dla przykładu: w roku 1456 przeprowadzony spis piechoty wykazał obecność dwóch strzelców i dwóch pieszych na zamku, a także czterech piechurów, dwóch puszkarzy i jednego wozu w mieście. Trudno powiedzieć, czy wóz ten był bardziej ofensywny, czy raczej przeznaczony do odwrotu, ale z całą pewnością — był wpisany do rejestru.

Na początku XV wieku urząd burgrabiego będzińskiego objął Piotr z Siedlec — postać, o której źródła mówią niewiele, co być może najlepiej świadczy o jego rozsądku. Zupełnie inaczej przedstawiała się kariera jego następcy. W latach 1415–1434 zamek znalazł się bowiem pod pieczą Mikołaja Siestrzeńca
herbu Kornicz
(zm. 1445) — człowieka, który zamiast być oczami i uszami króla, wolał grać na własny rachunek.
Siestrzeniec dał się poznać jako urodzony awanturnik, a katalog stawianych mu zarzutów brzmiał jak średniowieczna wersja aktu oskarżenia z dramatów Szekspira: kradzież części skarbu królewskiego, zdrada tajemnic państwowych, fałszowanie dokumentów, a także zbrojne napady i najazdy na dobra przeciwników politycznych. Zamek będziński — wówczas raczej głęboka prowincja niż polityczne centrum — stał się pod jego władzą czymś w rodzaju satelickiej bazy dla husytów Husytyzm – ruch religijny i polityczny zapoczątkowany przez Jana Husa, którego zwolennicy w 1417 ogłosili Cztery artykuły praskie w których domagali się m.in. sekularyzacji dóbr kościelnych i komunii pod dwiema postaciami. Po 1415 roku, gdy stany czeskie wyraziły publicznie swój protest wobec spalenia na stosie Jana Husa, przybrał formę ruchu politycznego, stał się powodem rewolty w Czechach, a następnie obronnych wojen husyckich. , zwłaszcza w okresie, gdy Śląsk znalazł się w orbicie ich wpływów.

W końcu, w roku 1434, cierpliwość królewskiego sądu się wyczerpała. Siestrzeniec został pozbawiony stanowiska, a w uzasadnieniu bez ogródek nazwano go Burzycielem powszechnej spokojności — tytułem godnym bohatera ballady, choć w tym przypadku brzmiał raczej jak zmęczona urzędowa reprymenda niż pieśń pochwalna.
Nie minęło jednak wiele czasu, a Mikołaj, dzięki protekcji wpływowego rodu Szafrańców z Pieskowej Skały, wylądował na nowym stanowisku — burgrabiego rabsztyńskiego Burgrabia – urząd grodzki I Rzeczypospolitej, zastępca starosty grodowego. Jako zarządca zamku czuwał nad powierzonym sobie zamkiem, dbając o bezpieczeństwo miasta. Jego kompetencje w wielu przypadkach pokrywały się z kompetencjami podstarościego. Burgrabia przeprowadzał egzekucję sądową, aresztował zakłócających sesje sądowe, chwytał przestępców. Od 1507 na mocy specjalnej konstytucji sejmowej do jego kompetencji należało pilnowanie bezpieczeństwa na drogach. i starosty przedborskiego Starosta - Od XIV wieku do rozbiorów starosta był urzędnikiem królewskim w Królestwie Polskim i Wielkim Księstwie Litewskim. Wyróżniano kilka rodzajów tego urzędu: • Starosta generalny był namiestnikiem prowincji lub ziemi. • Starosta grodowy nadzorował w powiecie administrację skarbową, policyjną oraz sądy, stał na czele sądu grodzkiego, miał prawo miecza (to znaczy egzekucji wszystkich wyroków sądowych na terenie powiatu). • Starosta niegrodowy był dzierżawcą dóbr królewskich. . Jak widać, koneksje znaczyły więcej niż lista przewin.

Wkrótce po odejściu kontrowersyjnego burgrabiego z Będzina miasto odzyskało spokój na tyle, by mogło stać się areną wydarzenia o zgoła innym charakterze: odbył się tu zjazd panów małopolskich i śląskich, zakończony podpisaniem porozumienia pomiędzy biskupem krakowskim
Zbigniewem Oleśnickim
a książętami Bernardem niemodlińskim, Mikołajem raciborskim, Wacławem cieszyńskim i Wacławem zatorskim. Dokument, będący efektem politycznej żmudności i zmęczenia wojennym chaosem, zawierał zobowiązanie do zaniechania dalszych wystąpień zbrojnych oraz do wzajemnego zadośćuczynienia za wcześniej wyrządzone szkody.
Trudno powiedzieć, jak długo strony trzymały się ustaleń, ale sam fakt, że to właśnie w Będzinie zawarto porozumienie mające powstrzymać książęce zapędy do zbrojnych rozwiązań, świadczy o przemianie zamku — z tła awantur w scenę dyplomacji. Może nie był to jeszcze przełom, ale z pewnością krok w dobrą stronę.

W roku 1440 źródła wspominają dwóch nowych dowódców będzińskiej warowni: Pawła Spargalthi oraz niejakiego Szymona. Niewiele o nich wiadomo — poza tym, że w niespokojnym czasie przypadło im zadanie opanowania sytuacji po dość burzliwych rządach Siestrzeńca. Choć dziś ich nazwiska brzmią anonimowo, sam fakt ich obecności pokazuje, że zamek wciąż miał znaczenie: pełnił rolę przygranicznej strażnicy i cichego obserwatora wydarzeń, które nie zawsze trafiały na karty oficjalnych kronik.

O wiele więcej światła — a także cienia — pada na postać, która pojawia się w dokumencie księcia opolskiego Bernarda z 1448 roku. Mowa o Piotrze Szafrańcu z Pieskowej Skały (zm. 1456), podkomorzym krakowskim Podkomorzy – urząd w przedrozbiorowej Polsce. Jego zachodnimi odpowiednikami są: szambelan, kamerling itp. Komorą nazywano w dawnej polszczyźnie dwór książęcy, mieszkanie panującego z jego skarbcem, wreszcie komnatę sypialną. Komorzym zwano zarządzającego tą komorą urzędnika dworskiego. Zastępca i pomocnik komorzego zwał się podkomorzym – subcamerarius. , którego barwna reputacja przetrwała wieki dzięki Janowi Długoszowi. Kronikarz nie szczędził mu słów ani niecenzuralnych, ani nieżyczliwych: człek ladaco, jakich mało, złodziejów i ich wspólników spólnik, obroną szczwany matacz i podstępca, kłamstwy barwionemi umiejący własnych, najzaufańszych przyjaciół podchodzić, a otumanionych łotrowsko zaprzedawać.
Sam Szafraniec, choć formalnie otrzymał w zarząd zamek, nie uznał za stosowne się w nim osiedlić. Funkcję starosty powierzył Szczepanowi Pogórskiemu z Pogórzyc — człowiekowi twardszemu w działaniu niż w słowach. W roku 1450 Pogórski toczył zacięte walki z napadającymi okolice bandami śląskimi oraz zbrojnymi oddziałami księcia oświęcimskiego Janusza. Konflikt, jak wiele innych w tej części Europy, zakończył się nie spektakularnym zwycięstwem, lecz mozolnym pokojem — podpisanym w roku 1458.

W tym samym roku starostwo będzińskie, jakby znużone samotnością, podzielono między kilku możnych: Jana Synowca de Zandowicze, starostę oświęcimskiego; marszałka Mikołaja z Brzezia, Bolesława Pieniążka z Witowic oraz Stanisława Pogórskiego. Był to układ bardziej feudalny niż funkcjonalny, ale odpowiadający duchowi czasów, w których władza dzielona była chętniej niż odpowiedzialność.
W późniejszych latach zamkiem zarządzał Bieniasz Pogórski, a po nim — od roku 1506 — marszałek dworu królewskiego Stanisław Jarocki z Jaroszyna. Ten ostatni, dzięki decyzji króla
Aleksandra Jagiellończyka
, otrzymał pozwolenie na wykupienie zarówno zamku, jak i całego królewskiego miasta Będzin. Tak kończył się pewien rozdział: zamek, niegdyś królewski, stawał się już tylko prywatnym dobrem.

W latach 1531–1535 zamek będziński znajdował się w dzierżawie Macieja Myszkowskiego
herbu Jastrzębiec
,
stolnika krakowskiego
Stolnik – w Polsce do XIII w. urzędnik sprawujący pieczę nad stołem panującego. Do jego obowiązków należało nakrycie stołu do uczty, a w czasie jej trwania kierowanie podawaniem potraw. Od XV w. honorowy urząd ziemski.
— urzędnika o pozycji niezbyt wysokiej, lecz na tyle stabilnej, by przez kilka lat nadzorować pograniczną fortecę, która coraz bardziej przypominała cień własnej przeszłości.
Około 1551 roku urząd starosty objął Marcin Zborowski, również
herbu Jastrzębiec
(zm. 1565) — postać zdecydowanie mniej stateczna. Zapisał się w historii nie dzięki administracyjnej sprawności, lecz za sprawą brutalnego czynu: był zabójcą
Dymitra Sanguszki
, męża legendarnej Halszki Ostrogskiej — kobiety, której losy przebiegały gdzieś między realnym cierpieniem a mitem tworzonym przez pamięć. Zborowski, jak wielu magnatów swojej epoki, nie widział wyraźnej granicy między polityką a osobistą zemstą. A Będzin, choć daleki od królewskiego centrum, wciąż świetnie nadawał się do działań prowadzonych zza kulis.

W 1570 roku funkcję starosty objął
Prospero Provana
(zm. 1584) — krakowski bankier włoskiego pochodzenia i pierwszy kierownik poczty królewskiej w Polsce. Jego nominacja nie była przypadkowa: królestwo, coraz bardziej otwarte na międzynarodowe kontakty, potrzebowało ludzi, którzy rozumieli wagę nie tylko granic, ale i dróg. Provana należał do tych, którzy rozumieli, że w epoce pełnej napięć i ambicji dobrze napisany list mógł zdziałać więcej niż całe zastępy zbrojnych.
Tymczasem sam zamek popadał w ruinę. Lustracja królewska z 1564 roku opisała go jako zrujnowany i opustoszały — diagnoza być może trafna, choć z pewnością dramatyczna. Trudno jednak uznać ją za całkowicie obiektywną, skoro niespełna dekadę później Będzin — miasto u stóp zamku, pierwsze od granicy Rzeczypospolitej na drodze z Francji — miał powitać (a wedle niektórych przekazów nawet gościć)
Henryka Walezego
, dopiero co obranego królem Polski. Wątpliwe, by monarcha francuskiego rodu, wychowany pośród pałacowych przepychów, zadowolił się ruiną w dosłownym sensie. Zamek, choć być może daleki od świetności, musiał więc nadal oferować tyle godności i kamiennej powagi, by można było w nim odpocząć — lub przynajmniej przeczekać — w drodze na koronację.

W roku 1587, korzystając z zamętu po śmierci Stefana Batorego, na Śląsk wkroczył z oddziałami wojsk cesarskich arcyksiążę
Maksymilian Habsburg
(zm. 1618), uzurpujący sobie prawo do polskiej korony. Jego zamiar był prosty, jak to bywa z ambicjami dynastycznymi: dotrzeć do Krakowa i ogłosić się królem, zanim konkurencja zdąży wypolerować insygnia. Na nieszczęście dla Habsburga — inni już stali w progu, z mieczem w dłoni i koroną w zasięgu wzroku.
Maksymilianowi plany pokrzyżował
Jan Zamoyski
(zm. 1605) —
hetman
Hetman wielki koronny – z urzędu minister Korony Królestwa Polskiego. Dowódca wojsk zaciężnych, potem komputowych koronnych, czyli armii polskiej. Hetman wielki koronny był zastępcą Naczelnego Wodza-Króla Polski w dowodzeniu armią polską. Władza hetmana nie obejmowała dowodzenia pospolitym ruszeniem.
, który potrafił być równie nieustępliwy co przewidujący. Arcyksiążę nie tyle się wycofał, co zmienił kierunek — przenosząc swoją obecność na bardziej gościnną część pogranicza. Austriackie oddziały, niespecjalnie niepokojone przez wojsko, ale za to skutecznie przez topografię, plądrowały wsie i błąkały się po okolicach Będzina, robiąc więcej hałasu niż realnego postępu.

W burzliwych dniach bezkrólewia zamek znów zaczął pełnić swoją dawną rolę — nie tyle bastionu obrony, co miejsca, gdzie można było przeczekać kłopoty. Co zamożniejsi mieszczanie, niechętni do konfrontacji, a bardzo przywiązani do swoich kosztowności, schronili się w jego murach. Gdy cesarskie oddziały zbliżyły się do miasta, przywitała je salwa z hakownic i półfuntowych dział — może niezbyt groźna, ale na tyle głośna, by dać do zrozumienia, że granica wciąż żyje.
Dwa lata później los odwrócił role. We wrześniu 1589 roku ten sam Maksymilian przebywał na zamku będzińskim, lecz już nie jako zdobywca, ani nawet dyplomata — lecz jako jeniec, wzięty do niewoli po przegranej bitwie pod Byczyną. Przetrzymywany był tu nie tyle dla bezpieczeństwa, co dla demonstracji: W tym jednym epizodzie Będzin, na ogół przygraniczny i cichy, na chwilę zyskał znaczenie większe, niż sam mógł przypuszczać.

Wydarzenie to poprzedziły rokowania pokojowe, częściowo prowadzone właśnie w Będzinie. Przybyli biskupi, książęta, wysokiej rangi urzędnicy Królestwa i posłowie cesarscy oraz węgierscy — a wśród nich także Hipolit Aldobrandini, papieski legat, który z czasem miał przybrać imię
Klemens VIII
(zm. 1605). Po ustaleniu warunków uwolnienia arcyksięcia, Maksymilian został odprowadzony na pobliski punkt graniczny. Tam, w obecności niemieckich dostojników i pod strażą polskiej husarii złożył uroczystą przysięgę, iż „na wieki wieków” zrzeka się jakichkolwiek roszczeń do tronu Rzeczypospolitej.
Przysięga była ważna, a miejsce dobrze dobrane. Będzin, choć zazwyczaj z boku wielkiej polityki, tym razem znów trafił w sam środek zdarzeń.

Pożar z 1605 roku i późniejsze zniszczenia spowodowane przez wojska szwedzkie (1655–1657) zatrzymały rozwój Będzina — zarówno w sensie symbolicznym, jak i całkiem dosłownym. Miasto, które jeszcze niedawno gościło królów i trzymało w murach arcyksiążąt, zaczęło powoli znikać z pierwszego planu. To, co budowano przez stulecia wysiłkiem i planem, przegrało z przypadkiem, ogniem i wojennym bałaganem.
Sam zamek, zniszczony pożarem, został wprawdzie objęty decyzją sejmu z 1616 roku, nakazującą jego odbudowę. W uchwale czytamy: Zamek będziński, iż jest przez ogień zniszczony, a na nim jako na pogranicznym wiele zależy, na którego restaurację [...] Dębiński krakowski podstoli, starosta nasz, niemały uczynił; tedy naznaczamy owych rewizorów do oszacowania takowego nakładu [...] . Słowa te brzmiały dostojnie i pełne były intencji — jednak sama restauracja okazała się przedsięwzięciem raczej kosmetycznym niż konstrukcyjnym.
Wygląda na to, że zamiast gruntownej odbudowy ograniczono się do wybicia większych otworów okiennych, częściowej naprawy istniejącej zabudowy i nadania wnętrzom nieco bardziej reprezentacyjnego charakteru — na tyle, by można było przyjmować urzędników i gości, ale już nie bronić granicy. Warownia coraz bardziej przypominała dobrze urodzoną fasadę niż realne zabezpieczenie.

Nie minęło nawet pół wieku, a Szwedzi — jak to mieli w zwyczaju — przypomnieli o sobie ogniem i żelazem. W czasie „potopu” zamek ponownie został zniszczony, a skutki tej wizyty nigdy nie zostały w pełni naprawione. W roku 1660 lustratorzy królewscy opisali go z mieszaniną urzędowej suchości i niewysłowionego żalu: Zamek w Będzinie na wydatnym miejscu trzema murami opasany. W pierwszym ambicie drewniane budynki, pokojów trzy, także stołowa izba porządnie naprawne. Górny zamek we dwu murach, pokoje y izby są per in iuram belli moderni zruinowane. Wieża ad ortum solis, fossy immense, altitudinis y wały potężne. Działek polnych funtowych żelaznych 3, półfuntowe 1, hakownic osadzonych dobrych 11.
Opis ten mówi więcej przez to, czego nie mówi: liczby i łacińskie wtrącenia nie zdołały zamaskować rzeczywistości. Owszem, zamek nadal stał na wydatnym miejscu, fosy były głębokie, a wały potężne — lecz górne partie budowli leżały w ruinie, a broń, choć policzona, dawno przestała budzić respekt.

PO OBRÓBCE CYFROWEJ RUINA WYGLĄDA JAK NOWA
, w drodze z wojskiem pod Wiedeń, gdzie miał zatrzymać Turków i zapracować na legendę. W Będzinie spotkał się z cesarskim posłem, generałem
Antonem Caraffą
— rozmowa, prowadzona pewnie w chłodzie zamkowych murów, miała więcej z uprzejmego rytuału niż z realnego planowania, ale sam fakt spotkania miał swoją wagę. W końcu król zmierzający na wojnę musiał się gdzieś napić wina i zamienić kilka zdań z sojusznikiem. W kolejnych dziesięcioleciach królowie Polski zaglądali tu już tylko od czasu do czasu. 15 września 1696 roku zamek odwiedził August II Mocny
— silny głównie z tytułu, nie z wpływu — a w drugiej połowie XVIII wieku, już w cieniu nadciągających rozbiorów, pojawił się
Stanisław August Poniatowski
. Jeśli rzeczywiście zajrzał do dawnych zamkowych murów, była to raczej wyprawa z kronikarskiej ciekawości niż z potrzeby królewskiego objazdu.

Tymczasem zamek, jak wiele instytucji I Rzeczypospolitej, tracił na znaczeniu z godnością, ale i w milczeniu. W pierwszej połowie XVIII wieku starosta Kazimierz Mieroszewski
herbu Ślepowron
(zm. 1749), zamiast inwestować w naprawę starej warowni, skupił się na budowie nowej rezydencji — barokowo-klasycystycznego pałacu w Gzichowie, położonego w niewielkiej odległości od zamku, lecz w zupełnie innym porządku architektonicznym i mentalnym. Gotycka forteca przestała być potrzebna. Została opuszczona i zaniedbana — i zaczęła, zgodnie z prawami materii, rozpadać się z wolna, lecz systematycznie.
Lustracja królewska z 1765 roku nie pozostawiała złudzeń: Stoi na skale murowany, murem wokoło obwiedziony, cały pusty, same tylko rudera, porysowane w różnych miejscach, codziennym upadkiem grożą. Podobnie kolejna lustracja z doby Sejmu Wielkiego w 1789 notuje: Tego zamku rozwaliny w ścianach gołych, murów części porozwalane, a reszta zrysowane, upadkiem grożące. Nie były to już opisy budowli — raczej epitafium.

Nieco wcześniej, bo w roku 1775, majątek będziński — znajdujący się już w stanie równie melancholijnym, co jego zamek — został przejęty w dzierżawę przez Stanisława Mieroszewskiego (zm. 1824), postać, która zapisała się w historii lokalnej nie tyle jako zarządca, co jako bezwzględny eksploatator. Dobra powierzone jego pieczy stały się przedmiotem bezlitosnej eksploatacji. Mieroszewski łupił chłopów, mieszczan i Żydów z jednakową gorliwością, nie okazując przy tym szczególnego zainteresowania ani miastu, ani zrujnowanemu już wówczas zamkowi.
Warownia — opuszczona, wyzuta z funkcji, pozbawiona opieki — niszczała z godnością starca porzuconego przez rodzinę, a jej mury trwały w ciszy, jakby czekały na coś ostatecznego. Aż w końcu się odezwały — dosłownie i z hukiem. W 1825 roku fragment ściany runął, grzebiąc pod sobą przypadkowego przechodnia. Tyle wystarczyło, by władza wreszcie zareagowała: komisarz obwodowy z Olkusza, niejaki Lazański, nie siląc się ani na refleksję, ani na nostalgię, wydał decyzję o rozbiórce — do fundamentów, szybko, dokładnie i bez zbędnych sentymentów.

Na szczęście polecenie to, jak wiele urzędowych rozkazów, zostało potraktowane z niechętną opieszałością. Prace rozbiórkowe rozpoczęły się niemrawo, jakby sam zamek opierał się ostatecznemu unicestwieniu z siłą, której nie przewidywały raporty. Zanim jednak zdążono uczynić nieodwracalne, z Warszawy nadeszło nowe rozporządzenie. Władze Królestwa Polskiego zarządziły inwentaryzację i ochronę wszelkich zabytków historycznych — być może z potrzeby nowoczesnego zarządzania, a być może z przebłysku kulturowego sumienia.
Ironia losu chciała, że ten sam urzędnik, który wcześniej nakazał rozbiórkę warowni, musiał teraz wysłać do burmistrza Będzina nowe, tonem zupełnie odmiennym utrzymane pismo, w którym zobowiązywał go: pod osobistą najsurowszą odpowiedzialnością dopilnować oraz czuwać, aby ten starożytność w niczym bynajmniej nie był uszkodzony. I tak oto zamek, który przez stulecia bronił granic, więził arcyksiążąt i gościł królów, został ocalony nie tyle przez bohaterstwo, co przez biurokrację w stanie konfuzji. Nie pierwszy i nie ostatni raz w polskich dziejach.

W roku 1833 do Będzina zawitał hrabia
Edward Raczyński
(zm. 1845) — arystokrata z powołania, patriota z przekonania, a miłośnik pamiątek narodowych z głębokiej potrzeby serca i epoki. Zamek, choć wówczas bardziej ruiną niż budowlą, zachwycił go malowniczym położeniem i sylwetą, która — jak to u ruin — mówiła więcej przez to, co już zniknęło, niż przez to, co jeszcze stało.
Zachwyt Raczyńskiego nie pozostał w sferze westchnień. Postanowił on nie tylko ocalić zamek od dalszego rozpadu, lecz także nadać mu nową funkcję — uczynić zeń siedzibę staszicowskiej szkoły górniczej, mającej służyć edukacji i postępowi. Był to projekt godny XIX wieku: z ducha romantyczny, z treści oświeceniowy, z wykonania... włoski.

Do realizacji tej idei Raczyński powołał Franciszka Marię Lanciego, osiadłego w Krakowie architekta rodem z Italii — człowieka o wyobraźni szerokiej, ale guście niekoniecznie zgranym z surowością polskiego pogranicza. Lanci, z zapałem godnym renesansowego mistrza, przygotował trzy projekty odbudowy. Pierwszy z nich nawiązywał do francuskich kaszteli: pełen był wieżyczek, stromych dachów i fantazyjnych detali, które wyglądałyby świetnie... w dolinie Loary. Dwa pozostałe warianty, już nieco bardziej stonowane, zwracały się ku włoskiej architekturze renesansowej — jasnej, lekkiej, ozdobnej, czyli raczej stworzonej do loggii i cyprysów niż do bram z grubego ciosu i opowieści o oblężeniach.
Żaden z projektów nie zyskał akceptacji. Nie dlatego, że brakowało im urody, lecz dlatego, że nosiły zbyt wyraźne ślady cudzoziemskich inspiracji — a zamek, nawet odbudowany, miał pozostać przede wszystkim polski. W odpowiedzi Lanci przygotował czwarty projekt: surowszy, oszczędniejszy, pozbawiony ozdób i architektonicznych gestów. Tym razem forma zbliżyła się do ducha miejsca — mniej snów o Lombardii, więcej realiów obrony przed sąsiadem z toporem.

Ostatecznie to właśnie ten, najbardziej powściągliwy projekt trafił do realizacji. Prace miały objąć m.in. redukcję grubości murów czworobocznej wieży — praktycznie, choć z pewnym ryzykiem — wybicie dużych okien obramowanych ceglanymi opaskami oraz dodanie w gotyckich ścianach ślepych strzelnic, być może ku czci dawnych obrońców, a być może po prostu dla efektu. Największą metamorfozę przeszła jednak wieża cylindryczna: została znacznie obniżona, a jej zwieńczenie ozdobiono machikułami — detalem, który kiedyś mógł straszyć najeźdźców, a teraz co najwyżej imponował spacerowiczom.
Choć odbudowa zaczęła się z rozmachem, plan, by urządzić w zamku szkołę górniczą, dość szybko zaczął tracić kontury. Najpierw coś się opóźniło, potem czegoś zabrakło — ludzi, funduszy, determinacji — aż w końcu cała koncepcja po cichu rozpłynęła się w biurokratycznej mgiełce i zapomnieniu. Dlaczego Edward Raczyński porzucił ten pomysł — nie wiadomo. Może zabrakło pieniędzy, może entuzjazmu, a może rzeczywistość po prostu nie chciała dopasować się do wizji wykutej w kamieniu. Tak czy inaczej, szkoły w zamku nigdy nie otwarto, a sama odbudowa zakończyła się wcześniej, niż zakładano.

Pomieszczenia, które udało się doprowadzić do stanu używalności, dostały tymczasowo nową i raczej nieoczekiwaną funkcję: pełniły rolę kaplicy ewangelickiej dla sprowadzonych z Saksonii górników, pracujących w rozwijającej się Dąbrowie. Nabożeństwa odprawiano w cieniu gotyckich łuków — tam, gdzie niegdyś brzmiały wojskowe rozkazy, rozlegały się teraz luterańskie psalmy. Funkcja ta jednak nie potrwała długo. W 1843 roku kaplicę przeniesiono do miasta, a zamek, znów pozostawiony bez wyraźnego celu, został zaadaptowany na szpital.
Decyzja ta — choć z urzędowego punktu widzenia zapewne uznana za praktyczną — szybko okazała się nietrafiona. Surowe, wilgotne wnętrza zupełnie nie nadawały się do rekonwalescencji. Po likwidacji placówki, około 1850 roku, zamek powoli, ale konsekwentnie zaczął wracać do swojej domyślnej formy: malowniczej i całkowicie bezużytecznej. Już w 1854 roku urzędowy opis notował bezceremonialnie: Stan ogólny tego gmachu jest, ogólnie mówiąc, upadający. Dachy bowiem cynkowe w wielu miejscach są pozrywane, powały, sufity i podłogi wraz z unoszącymi je belkami pozawalane, okna popaczone i niepasujące, zamki pordzewiałe, piece prawie wszystkie porozwalane i do żadnego użytku posłużyć niemogące, mury także w wielu miejscach szkodliwie porysowane.

A jednak — mimo zniszczeń, braku opieki i jakiegokolwiek planu — budowla wciąż stała. Kamień trzymał się dzielnie, zaprawa nie puszczała, a duch obrony chyba nie zorientował się, że jego służba dawno się skończyła. Z oddali sylwetka nadal przyciągała wzrok — już nie jako forteca, ale jako widok z kategorii „warto się zatrzymać”. Wrażenie było na tyle mocne, że zaczęto tu organizować wycieczki: z okolicy, z dalszych zakątków Królestwa, czasem z potrzeby przygody, częściej z potrzeby nastroju. Bo te zwaliska potrafiły mówić — i to bez przewodnika.
Choć nie spełniał już swojej pierwotnej roli, zamek znów był potrzebny. Może nie do strzeżenia granic, ale do pobudzania wyobraźni. Ruina okazała się formą obecności, nie klęski. A to, jak się wkrótce miało okazać, był dopiero początek nowego rozdziału — takiego, w którym miejsce to nie tyle się broniło, co wracało do łask. Powoli, ale z charakterem.

W roku 1916, w cieniu trwającej wojny i pod naporem nowoczesności, która zdawała się coraz mniej rozumieć przeszłość, powstała w Będzinie inicjatywa, która tchnęła nowe życie w zrujnowane mury zamku. Zawiązało się Towarzystwo Opieki nad Górą Zamkową — instytucja zrodzona nie z dekretu, lecz z lokalnej pasji i oddolnej potrzeby ocalenia miejsca, które przez wieki było punktem odniesienia dla całej okolicy.
Założycielami byli ludzie różni, lecz zjednoczeni jednym celem: Stefan Warchoł, inżynier powiatowy; Jan Gęborski, właściciel wzgórza zamkowego; Benedykt Misiórski, aptekarz; i Roman Wyszatycki, pisarz hipoteczny. Ich zamiarem było nie tylko zabezpieczenie ruin przed dalszymi uszkodzeniami, ale — jeśli środki pozwolą — także ich architektoniczna restytucja, jak określano to z godną epoki elegancją.

Z myślą o tym ambitnym planie zwrócono się do jednego z najwybitniejszych mistrzów konserwacji tamtych czasów — profesora
Adolfa Szyszko-Bohusza
(zm. 1948), znanego m.in. jako autor rewitalizacji królewskiej rezydencji na Wawelu. Jego koncepcja odbudowy zamku będzińskiego była przemyślana, kompleksowa i zakorzeniona w gotyckiej stylistyce — lecz właśnie tu pojawił się pierwszy cień.
Opracowany przez niego projekt, choć ceniony pod względem artystycznym, zbyt wyraźnie nawiązywał do niemieckich wzorców architektonicznych. W czasie, gdy Polska dopiero odzyskiwała swoją tożsamość, taki kierunek budził zastrzeżenia — zwłaszcza wśród tych, którzy chcieli tchnąć w ruiny bardziej polskiego ducha. Do tego dochodziły przeszkody z zupełnie innej półki: ziemia wokół warowni należała do ponad stu drobnych właścicieli, a każda próba wykupu kończyła się błądzeniem po labiryncie przepisów i podpisów.

I wreszcie — jak to zwykle bywa w takich przedsięwzięciach — skończyło się na braku pieniędzy. Ambicja to jedno, kosztorys to drugie, a skarbonka, niestety, pozostawała uporczywie pusta. Ostateczny cios zadała jednak historia: wybuch II wojny światowej pogrzebał nie tylko sam projekt, ale i całe Towarzystwo, które zniknęło w wirze wydarzeń, zanim zdążyło przekuć entuzjazm w coś trwalszego niż protokoły i dobre chęci.
Tym samym zamek po raz kolejny wymknął się ludzkim planom: przetrwał, ale znów jako ruina — niezamieszkana, niedokończona, choć uparcie obecna. Milczący świadek wielkich ambicji, które zderzały się nie tyle z historią, co z codzienną praktyką niekończenia rzeczy.

Po 1945 roku, wśród zgliszcz wojny i świeżo zarysowanego ładu, powróciła idea odbudowy zamku będzińskiego. Tym razem z hasłem wyjętym wprost z epoki czynów społecznych i urzędowych plakatów: Niszczejący zabytek historyczny utrzymajmy dla przyszłych pokoleń, jako ośrodek kultury (1948). Nie chodziło już tylko o naprawę murów, ale o coś znacznie szerszego — stworzenie wzorcowej placówki tożsamości narodowej, koniecznie takiej, która dobrze wypada na tle cementu ideologicznego. A że ta tożsamość musiała się przy okazji trochę nagiąć? Cóż — w tamtych czasach wszystko musiało. Nawet gotyk.

Jak to często bywało w epoce wielkich planów i jeszcze większych protokołów, szlacheTne zamiary szybko trafiły na mur — nie z kamienia, lecz z papieru, pieczątek i parafek. W 1949 roku Ministerstwo Kultury i Sztuki nakazało wstrzymanie robót z powodu „błędnie opracowanego planu odbudowy zamku” — co w tłumaczeniu z urzędniczego na polski oznaczało tyle, że projekt nie pasował do estetyki zatwierdzonej odgórnie i kolektywnie. Spory o koncepcję, zakres, nadzór i ducha stylu ciągnęły się miesiącami, a czas — jak to czas — miał całą wieczność. Ruiny z kolei nie musiały robić nic, by wygrać: wystarczyło poczekać, aż wszystko się samo rozpadnie.

Przełom nastąpił dopiero w latach 1952–1956, kiedy prace wznowiono według nowego projektu autorstwa krakowskiego architekta
Zygmunta Gawlika
(zm. 1961). Odbudowa, choć skromna w formie i trzymana w ryzach powojennego modernizmu konserwatorskiego (czyli: jak najmniej fantazji, jak najwięcej dyscypliny), miała jedną niezaprzeczalną zaletę: tym razem nikt nie zdążył jej zatrzymać.
Towarzyszyły jej też prace wykopaliskowe, prowadzone pod okiem
Włodzimierza Błaszczyka
(zm. 1989) — badacza z pasją i wielkiego entuzjasty jurajskich fortyfikacji. Jak na miejsce z tak długim życiorysem, odkrycia były naprawdę konkretne: odsłonięto wczesnośredniowieczne ślady osadnictwa, fundamenty dolnej części zamku i spory zbiór artefaktów — od grotów strzał i kul armatnich, po fragmenty zbroi, monety i przedmioty codziennego użytku. Ciche pozostałości po tych, którzy przez wieki tu żyli, walczyli, budowali — aż w końcu odeszli, umarli lub zostali przegonieni przez wojnę, dekret albo sąsiada z większą armią.

W 1956 roku, po latach planów, poprawek, protestów i wykopalisk, zamek w końcu doczekał się nowej roli: został siedzibą świeżo utworzonego Muzeum Zagłębia. Zamiast bronić granic czy przyjmować królów, miał teraz witać turystów i przechowywać wspomnienia.
Pożary, najazdy, urzędowe decyzje, a nawet chwile całkowitego zapomnienia — to wszystko przetrwał. I choć już dawno nie straszył hakownicą ani nie gościł arcyksiążąt, nadal robił wrażenie. Może już nie twierdza, nie ruina, ale coś po środku: wystarczająco trwałe, by przetrwać i wycieczki szkolne, i epoki polityczne.

OPIS ZAMKU
Najstarszym murowanym elementem architektury będzińskiego zamku — reliktem z czasów, gdy gród był jeszcze raczej konstrukcją z drewna, ziemi i wiary, że to wystarczy — jest cylindryczna wieża zbudowana z wapienia, osadzona na fundamencie o kształcie zbliżonym do kwadratu (z niewielkimi odchyleniami, zapewne zgodnymi z logiką średniowiecznego oka). Usytuowana została w miejscu najbardziej eksponowanym — czyli tam, skąd spodziewano się najwięcej kłopotów — co już samo w sobie mówi wiele o ówczesnym poczuciu bezpieczeństwa.

W XIV wieku wieża doczekała się nadbudowy z ciemnej cegły — materiału chętnie wykorzystywanego za panowania Kazimierza Wielkiego, kiedy hasło „Polskę murować” zyskało całkiem praktyczne zastosowanie. Podobne rozwiązania można spotkać w , co pozwala przypuszczać, że budowniczowie mieli nie tyl ko dostęp do tych samych materiałów, ale i podobne podejście do kwestii obrony: solidnie, prosto i bez zbędnych ozdobników.

Wnętrze budowli podzielono na co najmniej pięć kondygnacji, z których każda miała swoje — niekiedy dość… osobliwe — przeznaczenie. Najniższy poziom, ciasny i najmniej przyjazny, służył jako loch więzienny. Skazańców spuszczano tam na linach, co może dziś brzmieć efektownie, ale z ich perspektywy miało zapewne znacznie mniej atrakcji niż sugeruje to legenda.
Trzecia kondygnacja mieściła ostrołukowe wejście, dostępne po drabinie lub prowizorycznym pomoście biegnącym z korony murów — rozwiązanie teoretycznie praktyczne, w rzeczywistości raczej niewygodne, szczególnie gdy w grę wchodziła szybka ewakuacja.

Średnica wieży wynosi 10,7 metra, a grubość jej murów u podstawy dochodzi do czterech — wystarczająco, by zatrzymać oblężenie, ale zbyt masywnie, by zostawić miejsce na wygody inne niż pion i przeciąg. O jej pierwotnej wysokości możemy jedynie spekulować — pozostaje w sferze szacunków, domysłów i pokus rekonstrukcyjnych. Nie wiadomo również, czy zwieńczeniem był dach, czy może otwarta platforma z krenelażem — średniowiecznym odpowiednikiem tarasu widokowego, z którego znacznie lepiej było wyglądać niż wypadać.

W latach 40. lub 50. XIV wieku w południowo-wschodnim narożniku powstała czworoboczna, pięciokondygnacyjna wieża. Część źródeł sugeruje, że dopiero później dobudowano do niej budynek mieszkalny; inne uznają całość za jednorodne założenie, od początku pomyślane jako zwarta rezydencja. Pewności brak — jak to bywa z architekturą sprzed wieków, nie wszystkie linie da się dziś odczytać jednoznacznie.
Wieża wzniesiona została z łamanego kamienia i posadowiona bezpośrednio na skalnym podłożu — co w średniowieczu uchodziło za najpewniejszy fundament, a dziś pewnie dostałaby certyfikat „eko-friendly” z geologicznym atestem. Jej rzut zbliżony był do kwadratu, o wymiarach 8,5 × 9 metrów, z murami stopniowo cieniejącymi ku górze — rozwiązanie to pozwalało uzyskać więcej przestrzeni wewnątrz, nie tracąc przy tym ani solidności, ani cierpliwości majstra, który po kolejnej straconej taczce kamieni przypominał wszystkim, że budowa zamku to nie miejsce na eksperymenty.

Wieża ta pełniła funkcję mieszkalno-obronną, co w praktyce oznaczało możliwość spania, bronienia się i marznięcia — niekoniecznie w tej kolejności. Ściany od strony wschodniej i południowej łączyły się z murami obwodowymi, tworząc logiczną całość obronną i dając budowli status nie tylko pojedynczego elementu, lecz ważnego ogniwa zamkowej konstrukcji.

Zabudowę zamku uzupełniała baszta bramna — dziś niestety tylko wspomnienie — oraz dom mieszkalny z XIX wieku, wzniesiony wzdłuż muru wschodniego, który również przepadł bez śladu. Wcześniej, w tym miejscu, stać mógł gmach pełniący funkcję kaplicy, choć równie dobrze mógł służyć jako magazyn, skoro dokumentacja średniowiecznych budów rzadko była wzorem staranności.
Zamek górny otaczały dwa obwody kamiennych murów, zwieńczonych drewnianymi chodnikami dla straży i blankowanymi przedpiersiami, a może nawet hurdycjami — choć te ostatnie to raczej kwestia legend niż twardych faktów. Wewnętrzny mur był wyższy od zewnętrznego, który — korzystając ze stromego stoku — wzmocniono solidnymi przyporami. Wszystko to po to, by utrudnić życie każdemu, kto ośmielił się podejść bliżej — średniowieczne wymagania obronne nie znosiły kompromisów ani słabości.

Zamek dolny, chroniony trzecią linią murów i ściśle powiązany z miejskimi fortyfikacjami, rozciągał się na południe i zachód od zamku górnego. Jego umocnienia obejmowały dwie lub trzy baszty — przynajmniej tyle mówią źródła, ale jak to często bywa, historyczne zapiski zostawiają nam sporo pola do własnych domysłów i wyobraźni.

ZWIEDZANIE
Starannie odrestaurowany zabytek nie przestaje zachwycać swoją gotycką formą, jednocześnie zaskakując nietypową lokalizacją: przy gwarnej szosie, tuż obok kamienic, na tle szarych blokowisk, stoi jak z baśni — geometryczny, niemal idealny i w zdumiewająco dobrej kondycji.
Dziś w jego murach działa oddział Muzeum Zagłębia, gdzie można podziwiać imponującą kolekcję dawnej broni i zbroi, poznać historię osadnictwa na Wzgórzu Zamkowym oraz dzieje miasta i jego mieszkańców. Nie zabrakło też miejsca na kameralną wystawę poświęconą będzińskim Żydom — społeczności, która przed II wojną światową tętniła życiem wokół zamku i której echa wciąż można odnaleźć w tym miejscu.

Trzon kolekcji muzealnej to imponujący zbiór historycznej broni i elementów uzbrojenia, który zadowoli każdego miłośnika ostrzy i prochu. Znajdziesz tu broń strzelecką z XV–XIX wieku, od arkebuzów i muszkietów, przez pistolety skałkowe, aż po luksusowe strzelby myśliwskie i sportowe — wszystko to, co kiedyś robiło „bum” na polach bitew i w lesie podczas polowania.
Z broni białej na uwagę zasługują masywne, XVI-wieczne miecze dwusieczne, eleganckie rapiery, pałasze oraz tasaki. Gwiazdą kolekcji jest jednak
wczesnośredniowieczny miecz polski
— znaleziony w 1949 roku na starym cmentarzysku w Grodźcu — który przez wieki spoczywał pod ziemią, pewnie wspominając z dumą, ilu przeciwników pozbawił kończyn, choć dziś ogranicza się do pozowania na muzealnej wystawie.

Wśród zbroi i elementów ochronnych zobaczysz hełmy, tarcze, kolczugi oraz zbroje, w tym średniowieczne szyszaki, napierśniki, przyłbice i szturmaki. Jest też włoska zbroja kopijnicza z końca XVI wieku oraz kompletna zbroja pikinierska z roku 1600 — czyli sprzęt, który naprawdę robił wrażenie, gdy jeszcze bitwy nie rozstrzygały się na polu komentarzy internetowych.

Na północny wschód od zamku rozciąga się park krajobrazowy, gdzie w latach 2012–2013, z precyzją godną średniowiecznych mistrzów, odtworzono wczesnopiastowski wał obronny wraz z trzema drewnianymi półziemiankami. Powstał tam również amfiteatr oraz piętnaście „miejsc magicznych” — kręgów odpoczynku, z których każdy ma swój niepowtarzalny charakter, wśród nich: historia, zwycięstwo, przyjaźń czy zaduma. To idealne miejsca na refleksję, choć trudno powiedzieć, czy rycerze mieli czas na takie luksusy.

Pod wzgórzem ukrywa się labirynt podziemi, wyżłobiony podczas II wojny światowej. To niedokończony schron przeciwlotniczy dla stacjonujących tu oddziałów Wehrmachtu, administracji i ludności cywilnej. Kręte korytarze i komory sięgające do ośmiu metrów wysokości przypominają, że historia potrafi być równie zawiła, co mroczna.
Wstęp na dziedziniec? Gratis! Za to wejście do muzeum, i wieżę już trzeba zapłacić — w końcu nie każda przygoda jest za darmo.
Zwiedzanie całego zamkowego pakietu — muzeum, wieży i rezerwatu archeologicznego — zajmie Ci około półtorej godziny. Możesz iść na własną rękę, ale jeśli wolisz, przewodnik z chęcią opowie Ci wszystkie zamkowe sekrety.
Fotografować możesz bez problemu, pod warunkiem, że statyw i lampę błyskową zostawisz w domu — zamkowe duchy nie przepadają za fleszem.
Psy? Niestety, tym razem zostają na zewnątrz.
Zamek nie jest najlepiej przygotowany dla osób z ograniczeniami ruchowymi — zamkowe schody bywają wymagające.
Jeśli planujesz zabrać drona, pamiętaj, że obecnie nie ma specjalnych ograniczeń dotyczących lotów rekreacyjnych nad zamkiem — mimo to warto zachować rozwagę i szacunek dla miejsca.

DOJAZD
Zamek stoi w samym sercu miejskiego zgiełku, więc dotarcie tutaj komunikacją publiczną to pestka. Możesz wsiąść w tramwaj — linię 21 z Sosnowca, 22 z Czeladzi lub 28 z Dąbrowy Górniczej. Jeśli wolisz autobus, linia 40 z Katowic podwiezie Cię prawie pod same mury. A jeśli zdecydujesz się na pociąg, przygotuj się na około 15-minutowy spacer ze stacji Będzin Miasto (1,2 km).
Jeśli wybierasz samochód, zostawisz go wygodnie przy ulicy Podzamcze lub Plebańskiej.
ZAMKI W POBLIŻU
- Sosnowiec – zamek sielecki z XV-XVII w., 7 km
- Siemianowice Śląskie – zamek-pałac Donnersmarcków z XVIII w., 12 km
- Sławków – relikty zamku biskupiego z XIII w., 19 km
- Siewierz – ruina zamku biskupów krakowskich z XV w., 25 km
- Rabsztyn – ruina zamku królewskiego z XIV w., 36 km
- Chudów – ruina zamku renesansowego z XVI w., 39 km
LITERATURA
- W. Błaszczyk: Będzin przez wieki, Poznań 1982
- B. Guerquin: Zamki w Polsce, Arkady 1984
- I. T. Kaczyńscy: Zamki w Polsce południowej, Muza SA 1999
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Studio Arta 2009
- B. Szczech: Muzeum Zagłębia w Będzinie 1916-1956-2016, Muzeum Zagłębia 2018
- B. Szyndler: Ikonografia zamku w Będzinie
- A. Wagner: Murowane budowle obronne w Polsce X-XVIIw., Bellona 2019