BĘDZIN

zamek królewski

ZAMEK W BĘDZINIE – ŚLĄSKA TWIERDZA Z CHARAKTEREM

DZIEJE ZAMKU


Już w IX wieku na wznie­sie­niu, któ­re dziś zna­my ja­ko Gó­rę Zam­ko­wą, ist­niał za­pew­ne nie­wiel­ki gród sło­wiań­ski — zbyt nie­po­zor­ny, by za­pi­sać się sze­rzej w an­na­łach, a jed­nak wy­star­cza­ją­co istot­ny, by speł­niać funk­cję po­gra­nicz­nej straż­ni­cy pil­nu­ją­cej szla­ków han­dlo­wych. Nie był to jesz­cze za­mek god­ny le­gend, lecz skrom­na wa­row­nia o czy­sto prak­tycz­nym prze­zna­cze­niu — ta­ka, któ­ra nie bu­dzi­ła po­dzi­wu, ale da­wa­ła po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

W drugiej połowie XIII wie­ku ksią­żę ślą­ski Bo­le­sław Wy­so­ki, za­nim hi­sto­ria zdą­ży­ła go po­żeg­nać w 1201 ro­ku, za­ini­cjo­wał dzie­ło nie­co bar­dziej trwa­łe: w obrę­bie daw­ne­go gro­dzi­ska wzniósł ka­mien­ny, cy­lin­drycz­ny stołp. By­ła to for­ma su­ro­wa, lecz no­śna — za­lą­żek te­go, co z cza­sem mia­ło przy­brać po­stać peł­no­praw­nej sie­dzi­by obron­nej.

GRÓD BYŁ PIERWSZY – ARCHEOLOGICZNE BADANIA NA PODZAMCZU, LATA 50. XX WIEKU

Transformacja z drew­na w ka­mień — prze­mia­na, któ­rą dziś na­zwa­li­by­śmy „wie­lo­po­zio­mo­wą ini­cja­ty­wą in­fra­struk­tu­ral­ną o cha­rak­te­rze prio­ry­te­to­wym dla bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go” — na­stą­pi­ła do­pie­ro w pier­wszej po­ło­wie XIV wie­ku, z ini­cja­ty­wy kró­la Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go (zm. 1370). Wład­ca ten, zna­ny z te­go, że „za­stał Pol­skę drew­nia­ną…”, ob­jął swym pla­nem tak­że po­łu­dnio­wo-za­chod­ni kra­niec kra­ju, któ­ry, jak wszy­stko na po­gra­ni­czu, ba­lan­so­wał mię­dzy spo­ko­jem a na­pię­ciem. Ban­dzin — naj­bar­dziej wy­su­nię­ty na za­chód punkt je­go sys­te­mu for­ty­fi­ka­cji — otrzy­mał za­da­nie nie­zbyt wdzięcz­ne, lecz pre­sti­żo­we: przy­jąć pier­wszy cios, gdy­by są­sie­dzi ze Ślą­ska lub Czech uzna­li, że dy­plo­ma­cja to jed­nak zbyt dłu­ga dro­ga.

NIE, TO NIE SCENA Z „WIEDŹMINA” – TO BĘDZIN NOCĄ W PEŁNEJ KRASIE

Granica mię­dzy Ko­ro­ną Pol­ską a Cze­ską prze­bie­ga­ła wów­czas u stóp wzgó­rza, wzdłuż Czar­nej Przem­szy — nie­po­zor­nej rzecz­ki, któ­ra mi­mo swo­ich roz­mia­rów przez wie­ki sku­tecz­nie wy­zna­cza­ła li­nie po­dzia­łu. Nic dziw­ne­go, że miej­sce to za­słu­gi­wa­ło na pew­ne wy­róż­nie­nie. Za mo­ment, w któ­rym za­mek osiąg­nął for­mę god­ną po­li­ty­ki wy­so­kie­go szcze­bla, uzna­je się rok 1364 — wte­dy to po­ja­wił się tu Ka­rol IV Luk­sem­bur­czyk (zm. 1378), ce­sarz rzym­ski i król cze­ski, czło­wiek przy­zwy­cza­jo­ny ra­czej do ka­tedr i pa­ła­ców, a nie straż­nic na pe­ry­fe­riach. Nie by­ła to kur­tu­azyj­na wi­zy­ta — ra­czej do­wód, że miej­sce to za­czę­ło od­gry­wać ro­lę w spra­wach pań­stw­owych.

ZAMEK ZA KAZIMIERZA WIELKIEGO – NIKT NIE WIE, JAK WYGLĄDAŁ, WIĘC ZROBIŁEM TAK, ŻEBY BYŁO ŁADNIE!

Warownia kró­lew­ska funk­cjo­no­wa­ła jed­nak co naj­mniej od lat czter­dzie­stych XIV wie­ku, po­nie­waż już w ro­ku 1349 źród­ła wzmian­ko­wa­ły pier­wsze­go zna­ne­go nam bur­gra­bię Bę­dzi­na — nie­ja­ko Yem­cę, zwa­ne­go też Wiern­kiem. Był to czło­wiek, któ­ry nie tyl­ko znał war­tość so­lid­nej basz­ty, lecz za­pew­ne tak­że wa­gę kró­lew­skie­go za­ufa­nia, sko­ro po­wie­rzo­no mu straż nad miej­scem, gdzie hi­sto­ria lu­bi­ła przy­sta­wać z mie­czem w dło­ni.

Od tego momentu za­mek peł­nił funk­cję sie­dzi­by kró­lew­skie­go ka­pi­ta­na, a od XVI wie­ku — sta­ro­sty, czy­li przed­sta­wi­cie­la wła­dzy z od­po­wie­dzial­no­ścią za po­wie­rzo­ny mu kwar­ta­lik po­gra­ni­cza. Obo­wiąz­ki by­ły jas­ne i, jak to by­wa­ło w epo­ce, gdy za­szczy­ty nie chro­ni­ły przed cio­sa­mi mie­cza, od­po­wie­dnio uję­te w do­ku­men­tach: [...] wójt nasz ze swy­mi na­stęp­ca­mi bę­dzie zo­bo­wią­za­ny sta­wić się na ko­niu oraz w ozdob­nej zbroi, w pan­ce­rzu i że­laz­nym heł­mie na każ­dą na­szą wy­pra­wę [...]. Nie wia­do­mo, ilu z nich rze­czy­wi­ście mia­ło na sta­nie coś wię­cej niż ko­nia i do­bre chę­ci, ale pa­pier znie­sie wie­le — zwła­szcza per­ga­min kró­lew­ski.

NIEGDYŚ WYPATRYWANO STĄD KUPCÓW I WROGICH WOJSK, DZIŚ – CO NAJWYŻEJ TRAMWAJU, CO UCIEKŁ Z PRZYSTANKU

Miasto założone u pod­nó­ża zam­ku w 1358 ro­ku mia­ło od po­cząt­ku wy­raź­nie mi­li­tar­ny cha­rak­ter — i trud­no by­ło te­go nie do­strzec. Funk­cjo­no­wa­ło ra­czej ja­ko ze­wnętrz­ne prze­dłu­że­nie for­ty­fi­ka­cji niż prze­strzeń do spo­koj­ne­go ży­cia. Z cza­sem ta ro­la mia­ła na­brać dra­ma­tycz­nej do­słow­no­ści: mia­sto wie­lo­krot­nie pa­da­ło ofia­rą ni­szczy­ciel­skich na­jaz­dów, a je­go obron­na funk­cja nie koń­czy­ła się na sym­bo­li­ce. De­cy­do­wa­ły o niej gru­be mu­ry oraz sta­ła obec­ność kró­lew­skie­go gar­ni­zo­nu.

Ów „stały” gar­ni­zon pre­zen­to­wał się jed­nak, oględ­nie mó­wiąc, skrom­nie. Zam­ko­wa za­ło­ga li­czy­ła zwy­kle za­le­dwie kil­ku­na­stu żoł­nie­rzy — i to w cza­sach, gdy na­jazd nie był kwe­stią „czy”, lecz ra­czej „kie­dy”. Dla przy­kła­du: w ro­ku 1456 prze­pro­wa­dzo­ny spis pie­cho­ty wy­ka­zał obec­ność dwóch strzel­ców i dwóch pie­szych na zam­ku, a tak­że czte­rech pie­chu­rów, dwóch pusz­ka­rzy i jed­ne­go wo­zu w mie­ście. Trud­no po­wie­dzieć, czy wóz ten był bar­dziej ofen­syw­ny, czy ra­czej prze­zna­czo­ny do od­wro­tu, ale z ca­łą pew­no­ścią — był wpi­sa­ny do re­je­stru.

GÓRA ZAMKOWA – MIEJSCE, GDZIE PERSPEKTYWA ZAWSZE BYŁA OBRONNA

Na początku XV wie­ku urząd bur­gra­bie­go bę­dziń­skie­go ob­jął Piotr z Sie­dlec — po­stać, o któ­rej źró­dła mó­wią nie­wie­le, co być mo­że naj­le­piej świad­czy o je­go roz­sąd­ku. Zu­peł­nie ina­czej przed­sta­wia­ła się ka­rie­ra je­go na­stęp­cy. W la­tach 1415–1434 za­mek zna­lazł się bo­wiem pod pie­czą Mi­ko­ła­ja Sie­strzeń­ca her­bu Kor­nicz (zm. 1445) — czło­wie­ka, któ­ry za­miast być ocza­mi i usza­mi kró­la, wo­lał grać na wła­sny ra­chu­nek.

Siestrzeniec dał się po­znać ja­ko uro­dzo­ny awan­tur­nik, a ka­ta­log sta­wia­nych mu za­rzu­tów brzmiał jak śre­dnio­wiecz­na wer­sja aktu oskar­że­nia z dra­ma­tów Sze­kspi­ra: kra­dzież części skar­bu kró­lew­skie­go, zdra­da ta­jem­nic pań­stwo­wych, fał­szo­wa­nie do­ku­men­tów, a tak­że zbroj­ne na­pa­dy i na­jaz­dy na do­bra prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych. Za­mek bę­dziń­ski — wów­czas ra­czej głę­bo­ka pro­win­cja niż po­li­tycz­ne cen­trum — stał się pod je­go wła­dzą czymś w ro­dza­ju sa­te­li­ckiej ba­zy dla hu­sy­tów Husytyzm – ruch religijny i polityczny zapoczątkowany przez Jana Husa, którego zwolennicy w 1417 ogłosili Cztery artykuły praskie w których domagali się m.in. sekularyzacji dóbr kościelnych i komunii pod dwiema postaciami. Po 1415 roku, gdy stany czeskie wyraziły publicznie swój protest wobec spalenia na stosie Jana Husa, przybrał formę ruchu politycznego, stał się powodem rewolty w Czechach, a następnie obronnych wojen husyckich. , zwłasz­cza w okre­sie, gdy Śląsk zna­lazł się w or­bi­cie ich wpły­wów.

TECHNIKA Z XXI WIEKU, WIDOK SPRZED STULECIA – CUDY SIĘ ZDARZAJĄ (W FOTOSZOPIE)

W końcu, w roku 1434, cier­pli­wość kró­lew­skie­go są­du się wy­czer­pa­ła. Sie­strze­niec zo­stał po­zba­wio­ny sta­no­wi­ska, a w uza­sa­dnie­niu bez ogró­dek na­zwa­no go Bu­rzy­cie­lem po­wszech­nej spo­koj­no­ści — ty­tu­łem god­nym bo­ha­te­ra bal­la­dy, choć w tym przy­pad­ku brzmiał ra­czej jak zmę­czo­na urzę­do­wa re­pry­men­da niż pieśń po­chwal­na.

Nie minęło jed­nak wie­le cza­su, a Mi­ko­łaj, dzię­ki pro­te­kcji wpły­wo­we­go ro­du Sza­frań­ców z Pie­sko­wej Ska­ły, wy­lą­do­wał na no­wym sta­no­wi­sku — bur­gra­bie­go rab­sztyń­skie­go Burgrabia – urząd grodzki I Rzeczypospolitej, zastępca starosty grodowego. Jako zarządca zamku czuwał nad powierzonym sobie zamkiem, dbając o bezpieczeństwo miasta. Jego kompetencje w wielu przypadkach pokrywały się z kompetencjami podstarościego. Burgrabia przeprowadzał egzekucję sądową, aresztował zakłócających sesje sądowe, chwytał przestępców. Od 1507 na mocy specjalnej konstytucji sejmowej do jego kompetencji należało pilnowanie bezpieczeństwa na drogach. i sta­ro­sty przed­bor­skie­go Starosta - Od XIV wieku do rozbiorów starosta był urzędnikiem królewskim w Królestwie Polskim i Wielkim Księstwie Litewskim. Wyróżniano kilka rodzajów tego urzędu: • Starosta generalny był namiestnikiem prowincji lub ziemi. • Starosta grodowy nadzorował w powiecie administrację skarbową, policyjną oraz sądy, stał na czele sądu grodzkiego, miał prawo miecza (to znaczy egzekucji wszystkich wyroków sądowych na terenie powiatu). • Starosta niegrodowy był dzierżawcą dóbr królewskich. . Jak wi­dać, ko­ne­ksje zna­czy­ły wię­cej niż li­sta prze­win.

W DRODZE DO ZAMKU – DROGA KAMIENISTA, CEL KAMIENNY

Wkrótce po odej­ściu kon­tro­wer­syj­ne­go bur­gra­bie­go z Bę­dzi­na mia­sto od­zy­ska­ło spo­kój na ty­le, by mo­gło stać się are­ną wy­da­rze­nia o zgo­ła in­nym cha­ra­kte­rze: od­był się tu zjazd pa­nów ma­ło­pol­skich i ślą­skich, za­koń­czo­ny pod­pi­sa­niem po­ro­zu­mie­nia po­mię­dzy bi­sku­pem kra­kow­skim Zbi­gnie­wem Ole­śni­ckim a ksią­żę­ta­mi Ber­nar­dem nie­mo­dliń­skim, Mi­ko­ła­jem ra­ci­bor­skim, Wa­cła­wem cie­szyń­skim i Wa­cła­wem za­tor­skim. Do­ku­ment, bę­dą­cy efek­tem po­li­tycz­nej żmud­no­ści i zmę­cze­nia wo­jen­nym cha­osem, za­wie­rał zo­bo­wią­za­nie do za­nie­cha­nia dal­szych wy­stą­pień zbroj­nych oraz do wza­jem­ne­go za­dość­uczy­nie­nia za wcze­śniej wy­rzą­dzo­ne szko­dy.

Trudno po­wie­dzieć, jak dłu­go stro­ny trzy­ma­ły się usta­leń, ale sam fakt, że to wła­śnie w Bę­dzi­nie za­war­to po­ro­zu­mie­nie ma­ją­ce po­wstrzy­mać ksią­żę­ce za­pę­dy do zbroj­nych roz­wią­zań, świad­czy o prze­mia­nie zam­ku — z tła awan­tur w sce­nę dy­plo­ma­cji. Mo­że nie był to jesz­cze prze­łom, ale z pew­no­ścią krok w do­brą stro­nę.

WCHODZIMY DO ZAMKU – KROK PO KROKU, JAK PRZODKOWIE, TYLKO Z PORĘCZĄ

W roku 1440 źró­dła wspo­mi­na­ją dwóch no­wych do­wód­ców bę­dziń­skiej wa­row­ni: Pa­wła Spar­gal­thi oraz nie­ja­kie­go Szy­mo­na. Nie­wie­le o nich wia­do­mo — po­za tym, że w nie­spo­koj­nym cza­sie przy­pa­dło im za­da­nie opa­no­wa­nia sy­tu­acji po dość bu­rzli­wych rzą­dach Sie­strzeń­ca. Choć dziś ich na­zwi­ska brzmią ano­ni­mo­wo, sam fakt ich obec­no­ści po­ka­zu­je, że za­mek wciąż miał zna­cze­nie: peł­nił ro­lę przy­gra­nicz­nej straż­ni­cy i ci­che­go ob­ser­wa­to­ra wy­da­rzeń, któ­re nie za­wsze tra­fia­ły na kar­ty ofi­cjal­nych kro­nik.

DZIEDZINIEC, KTÓRY KIEDYŚ TĘTNIŁ ODGŁOSAMI ZBROI, DZIŚ BRZMI SZELSTEM MENU

O wiele więcej świa­tła — a tak­że cie­nia — pa­da na po­stać, któ­ra po­ja­wia się w do­ku­men­cie księ­cia opol­skie­go Ber­nar­da z 1448 ro­ku. Mo­wa o Pio­trze Sza­frań­cu z Pie­sko­wej Ska­ły (zm. 1456), pod­ko­mo­rzym kra­kow­skim Podkomorzy – urząd w przedrozbiorowej Polsce. Jego zachodnimi odpowiednikami są: szambelan, kamerling itp. Komorą nazywano w dawnej polszczyźnie dwór książęcy, mieszkanie panującego z jego skarbcem, wreszcie komnatę sypialną. Komorzym zwano zarządzającego tą komorą urzędnika dworskiego. Zastępca i pomocnik komorzego zwał się podkomorzym – subcamerarius. , któ­re­go bar­wna re­pu­ta­cja prze­trwa­ła wie­ki dzię­ki Ja­no­wi Dłu­go­szo­wi. Kro­ni­karz nie szczę­dził mu słów ani nie­cen­zu­ral­nych, ani nie­ży­czli­wych: człek la­da­co, ja­kich ma­ło, zło­dzie­jów i ich wspól­ni­ków spól­nik, obro­ną szczwa­ny ma­tacz i pod­stęp­ca, kłam­stwy bar­wio­ne­mi umie­ją­cy wła­snych, naj­za­ufań­szych przy­ja­ciół pod­cho­dzić, a otu­ma­nio­nych ło­trow­sko za­prze­da­wać.

Sam Sza­fra­niec, choć for­mal­nie otrzy­mał w za­rząd za­mek, nie uznał za sto­sow­ne się w nim osie­dlić. Funk­cję sta­ro­sty po­wie­rzył Szcze­pa­no­wi Po­gór­skie­mu z Po­gó­rzyc — czło­wie­ko­wi tward­sze­mu w dzia­ła­niu niż w sło­wach. W ro­ku 1450 Po­gór­ski to­czył za­cię­te wal­ki z na­pa­da­ją­cy­mi oko­li­ce ban­da­mi ślą­ski­mi oraz zbroj­ny­mi od­dzia­ła­mi księ­cia oświę­cim­skie­go Ja­nu­sza. Kon­flikt, jak wie­le in­nych w tej czę­ści Eu­ro­py, za­koń­czył się nie spe­kta­ku­lar­nym zwy­cię­stwem, lecz mo­zol­nym po­ko­jem — pod­pi­sa­nym w ro­ku 1458.

REKONSTRUKCJA, W KTÓREJ KAŻDY MA OBUWIE I NIKT NIE GONI ŚWIŃ

W tym samym roku sta­ro­stwo bę­dziń­skie, jak­by znu­żo­ne sa­mo­tno­ścią, po­dzie­lo­no mię­dzy kil­ku moż­nych: Ja­na Sy­now­ca de Zan­do­wi­cze, sta­ro­stę oświę­cim­skie­go; mar­szał­ka Mi­ko­ła­ja z Brze­zia, Bo­le­sła­wa Pie­niąż­ka z Wi­to­wic oraz Sta­ni­sła­wa Po­gór­skie­go. Był to układ bar­dziej feu­dal­ny niż funk­cjo­nal­ny, ale od­po­wia­da­ją­cy du­cho­wi cza­sów, w któ­rych wła­dza dzie­lo­na by­ła chęt­niej niż od­po­wie­dzial­ność.

W późniejszych la­tach zam­kiem za­rzą­dzał Bie­niasz Po­gór­ski, a po nim — od ro­ku 1506 — mar­sza­łek dwo­ru kró­lew­skie­go Sta­ni­sław Ja­ro­cki z Ja­ro­szy­na. Ten ostat­ni, dzię­ki de­cy­zji kró­la Alek­san­dra Ja­giel­loń­czy­ka , otrzy­mał po­zwo­le­nie na wy­ku­pie­nie za­rów­no zam­ku, jak i ca­łe­go kró­lew­skie­go mia­sta Bę­dzin. Tak koń­czył się pe­wien roz­dział: za­mek, nie­gdyś kró­lew­ski, sta­wał się już tyl­ko pry­wat­nym do­brem.

ZAMEK JAK Z BAJKI... KTÓRA NIGDY SIĘ NIE WYDARZYŁA – ROMANTYCZNA WERSJA WG JANA KANTEGO GUMOWSKIEGO, LATA 30. XX WIEKU

W latach 1531–1535 za­mek bę­dziń­ski znaj­do­wał się w dzier­ża­wie Ma­cie­ja Mysz­kow­skie­go her­bu Ja­strzę­biec , stol­ni­ka kra­kow­skie­go Stolnik – w Polsce do XIII w. urzędnik sprawujący pieczę nad stołem panującego. Do jego obowiązków należało nakrycie stołu do uczty, a w czasie jej trwania kierowanie podawaniem potraw. Od XV w. honorowy urząd ziemski. — urzęd­ni­ka o po­zy­cji nie­zbyt wy­so­kiej, lecz na ty­le sta­bil­nej, by przez kil­ka lat nad­zo­ro­wać po­gra­nicz­ną for­te­cę, któ­ra co­raz bar­dziej przy­po­mi­na­ła cień wła­snej prze­szło­ści.

Około 1551 roku urząd sta­ro­sty ob­jął Mar­cin Zbo­row­ski, rów­nież her­bu Ja­strzę­biec (zm. 1565) — po­stać zde­cy­do­wa­nie mniej sta­tecz­na. Za­pi­sał się w hi­sto­rii nie dzię­ki ad­mi­ni­stra­cyj­nej spraw­no­ści, lecz za spra­wą bru­tal­ne­go czy­nu: był za­bój­cą Dy­mi­tra San­gu­szki , mę­ża le­gen­dar­nej Hal­szki Ostrog­skiej — ko­bie­ty, któ­rej lo­sy prze­bie­ga­ły gdzieś mię­dzy re­al­nym cier­pie­niem a mi­tem two­rzo­nym przez pa­mięć. Zbo­row­ski, jak wie­lu ma­gna­tów swo­jej epo­ki, nie wi­dział wy­raź­nej gra­ni­cy mię­dzy po­li­ty­ką a oso­bi­stą zem­stą. A Bę­dzin, choć da­le­ki od kró­lew­skie­go cen­trum, wciąż świe­tnie na­da­wał się do dzia­łań pro­wa­dzo­nych zza ku­lis.

ZAMEK NIE STRASZY DUCHAMI, TYLKO FAKTURĄ ZA PRĄD!

W 1570 roku funk­cję sta­ro­sty ob­jął Pro­spe­ro Pro­va­na (zm. 1584) — kra­kow­ski ban­kier wło­skie­go po­cho­dze­nia i pier­wszy kie­row­nik pocz­ty kró­lew­skiej w Pol­sce. Je­go no­mi­na­cja nie by­ła przy­pad­ko­wa: kró­le­stwo, co­raz bar­dziej otwar­te na mię­dzy­na­ro­do­we kon­ta­kty, po­trze­bo­wa­ło lu­dzi, któ­rzy ro­zu­mie­li wa­gę nie tyl­ko gra­nic, ale i dróg. Pro­va­na na­le­żał do tych, któ­rzy ro­zu­mie­li, że w epo­ce peł­nej na­pięć i am­bi­cji do­brze na­pi­sa­ny list mógł zdzia­łać wię­cej niż ca­łe za­stę­py zbroj­nych.

Tymczasem sam za­mek po­pa­dał w ru­inę. Lu­stra­cja kró­lew­ska z 1564 ro­ku opi­sa­ła go ja­ko zruj­no­wa­ny i opu­sto­sza­ły — dia­gno­za być mo­że traf­na, choć z pew­no­ścią dra­ma­tycz­na. Trud­no jed­nak uznać ją za cał­ko­wi­cie obiek­tyw­ną, sko­ro nie­speł­na de­ka­dę póź­niej Bę­dzin — mia­sto u stóp zam­ku, pier­wsze od gra­ni­cy Rze­czy­po­spo­li­tej na dro­dze z Fran­cji — miał po­wi­tać (a we­dle nie­któ­rych prze­ka­zów na­wet go­ścić) Hen­ry­ka Wa­le­ze­go , do­pie­ro co obra­ne­go kró­lem Pol­ski. Wąt­pli­we, by mo­nar­cha fran­cu­skie­go ro­du, wy­cho­wa­ny po­śród pa­ła­co­wych prze­py­chów, za­do­wo­lił się ru­iną w do­słow­nym sen­sie. Za­mek, choć być mo­że da­le­ki od świet­no­ści, mu­siał więc na­dal ofe­ro­wać ty­le god­no­ści i ka­mien­nej po­wa­gi, by moż­na by­ło w nim od­po­cząć — lub przy­naj­mniej prze­cze­kać — w dro­dze na ko­ro­na­cję.

ZA WALEZEGO ZAMEK BYĆ MOŻE UTRACIŁ JUŻ BLASK, ALE NIE TOŻSAMOŚĆ – PRAWDZIWA DEGRADACJA NASTĄPIŁA DOPIERO W XIX WIEKU

W roku 1587, ko­rzy­sta­jąc z za­mę­tu po śmier­ci Ste­fa­na Ba­to­re­go, na Śląsk wkro­czył z od­dzia­ła­mi wojsk ce­sar­skich ar­cy­ksią­żę Ma­ksy­mi­lian Hab­sburg (zm. 1618), uzur­pu­ją­cy so­bie pra­wo do pol­skiej ko­ro­ny. Je­go za­miar był pro­sty, jak to by­wa z am­bi­cja­mi dy­na­stycz­ny­mi: do­trzeć do Kra­ko­wa i ogło­sić się kró­lem, za­nim kon­ku­ren­cja zdą­ży wy­po­le­ro­wać in­sy­gnia. Na nie­szczę­ście dla Hab­sbur­ga — in­ni już sta­li w pro­gu, z mie­czem w dło­ni i ko­ro­ną w za­się­gu wzro­ku.

Maksymilianowi pla­ny po­krzy­żo­wał Jan Za­moy­ski (zm. 1605) — het­man Hetman wielki koronny – z urzędu minister Korony Królestwa Polskiego. Dowódca wojsk zaciężnych, potem komputowych koronnych, czyli armii polskiej. Hetman wielki koronny był zastępcą Naczelnego Wodza-Króla Polski w dowodzeniu armią polską. Władza hetmana nie obejmowała dowodzenia pospolitym ruszeniem. , któ­ry po­tra­fił być rów­nie nie­ustęp­li­wy co prze­wi­du­ją­cy. Ar­cy­ksią­żę nie ty­le się wy­co­fał, co zmie­nił kie­ru­nek — prze­no­sząc swo­ją obec­ność na bar­dziej go­ścin­ną część po­gra­ni­cza. Austria­ckie od­dzia­ły, nie­spe­cjal­nie nie­po­ko­jo­ne przez woj­sko, ale za to skut­ecz­nie przez to­po­gra­fię, plą­dro­wa­ły wsie i błą­ka­ły się po oko­li­cach Bę­dzina, ro­biąc wię­cej ha­ła­su niż re­al­ne­go po­stę­pu.

WSPÓŁCZESNA INTERPRETACJA: TAK WYGLĄDAŁ „POKÓJ” PO HABSBURSKU NA XVI-WIECZNYM ŚLĄSKU

W burzliwych dniach bez­kró­le­wia za­mek znów za­czął peł­nić swo­ją daw­ną ro­lę — nie ty­le ba­stio­nu obro­ny, co miej­sca, gdzie moż­na by­ło prze­cze­kać kło­po­ty. Co za­moż­niej­si miesz­cza­nie, nie­chęt­ni do kon­fron­ta­cji, a bar­dzo przy­wią­za­ni do swo­ich kosz­tow­no­ści, schro­ni­li się w je­go mu­rach. Gdy ce­sar­skie od­dzia­ły zbli­ży­ły się do mia­sta, przy­wi­ta­ła je sal­wa z ha­kow­nic i pół­fun­to­wych dział — mo­że nie­zbyt groź­na, ale na ty­le gło­śna, by dać do zro­zu­mie­nia, że gra­ni­ca wciąż ży­je.

Dwa lata póź­niej los od­wró­cił ro­le. We wrze­śniu 1589 ro­ku ten sam Ma­ksy­mi­lian prze­by­wał na zam­ku bę­dziń­skim, lecz już nie ja­ko zdo­byw­ca, ani na­wet dy­plo­ma­ta — lecz ja­ko je­niec, wzię­ty do nie­wo­li po prze­gra­nej bi­twie pod By­czy­ną. Prze­trzy­my­wa­ny był tu nie ty­le dla bez­pie­czeń­stwa, co dla de­mon­stra­cji: W tym jed­nym epi­zo­dzie Bę­dzin, na ogół przy­gra­nicz­ny i ci­chy, na chwi­lę zy­skał zna­cze­nie więk­sze, niż sam mógł przy­pusz­czać.

JULIUSZ KOSSAK: PODDANIE SIĘ ARCYKSIĘCIA MAKSYMILIANA POD BYCZYNĄ – NIE TAK MIAŁO BYĆ

Wydarzenie to po­prze­dzi­ły ro­ko­wa­nia po­ko­jo­we, czę­ścio­wo pro­wa­dzo­ne wła­śnie w Bę­dzi­nie. Przy­by­li bi­sku­pi, ksią­żę­ta, wy­so­kiej ran­gi urzęd­ni­cy Kró­le­stwa i po­sło­wie ce­sar­scy oraz wę­gier­scy — a wśród nich tak­że Hi­po­lit Al­do­bran­di­ni, pa­pie­ski le­gat, któ­ry z cza­sem miał przy­brać imię Kle­mens VIII (zm. 1605). Po usta­le­niu wa­run­ków uwol­nie­nia ar­cy­księ­cia, Ma­ksy­mi­lian zo­stał od­pro­wa­dzo­ny na po­bli­ski punkt gra­nicz­ny. Tam, w obec­no­ści nie­mie­ckich do­stoj­ni­ków i pod stra­żą pol­skiej hu­sa­rii zło­żył uro­czy­stą przy­się­gę, iż „na wie­ki wie­ków” zrze­ka się ja­kich­kol­wiek ro­szczeń do tro­nu Rze­czy­po­spo­li­tej.

Przysięga była waż­na, a miej­sce do­brze do­bra­ne. Bę­dzin, choć za­zwy­czaj z bo­ku wiel­kiej po­li­ty­ki, tym ra­zem znów tra­fił w sam śro­dek zda­rzeń.

A TAK, W SWOJEJ HISTORYCZNEJ WIZJI, MOMENT WZIĘCIA DO NIEWOLI ARCYKSIĘCIA MAKSYMILIANA UKAZAŁ JAN MATEJKO

Pożar z 1605 roku i póź­niej­sze znisz­cze­nia spo­wo­do­wa­ne przez woj­ska szwedz­kie (1655–1657) za­trzy­ma­ły roz­wój Bę­dzi­na — za­rów­no w sen­sie sym­bo­licz­nym, jak i cał­kiem do­słow­nym. Mia­sto, któ­re jesz­cze nie­daw­no go­ści­ło kró­lów i trzy­ma­ło w mu­rach ar­cy­ksią­żąt, za­czę­ło po­wo­li zni­kać z pier­wsze­go pla­nu. To, co bu­do­wa­no przez stu­le­cia wy­sił­kiem i pla­nem, prze­gra­ło z przy­pad­kiem, og­niem i wo­jen­nym ba­ła­ga­nem.

Sam zamek, znisz­czo­ny po­ża­rem, zo­stał wpraw­dzie ob­ję­ty de­cy­zją sej­mu z 1616 ro­ku, na­ka­zu­ją­cą je­go od­bu­do­wę. W uchwa­le czy­ta­my: Za­mek bę­dziń­ski, iż jest przez ogień znisz­czo­ny, a na nim ja­ko na po­gra­nicz­nym wie­le za­le­ży, na któ­re­go re­stau­ra­cję [...] Dę­biń­ski kra­kow­ski pod­sto­li, sta­ro­sta nasz, nie­ma­ły uczy­nił; te­dy na­zna­cza­my owych re­wi­zo­rów do osza­co­wa­nia ta­ko­we­go na­kła­du [...] . Sło­wa te brzmia­ły do­stoj­nie i peł­ne by­ły in­ten­cji — jed­nak sa­ma re­stau­ra­cja oka­za­ła się przed­się­wzię­ciem ra­czej ko­sme­tycz­nym niż kon­struk­cyj­nym.

Wygląda na to, że za­miast grun­tow­nej od­bu­do­wy ogra­ni­czo­no się do wy­bi­cia więk­szych otwo­rów okien­nych, czę­ścio­wej na­pra­wy ist­nie­ją­cej za­bu­do­wy i na­da­nia wnę­trzom nie­co bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­ne­go cha­rak­te­ru — na ty­le, by moż­na by­ło przyj­mo­wać urzęd­ni­ków i go­ści, ale już nie bro­nić gra­ni­cy. Wa­row­nia co­raz bar­dziej przy­po­mi­na­ła do­brze uro­dzo­ną fa­sa­dę niż re­al­ne za­bez­pie­cze­nie.

CHWILA WYTCHNIENIA NA ZAMKOWYM DZIEDZIŃCU – TYM RAZEM JUŻ BEZ BITEW

Nie minęło na­wet pół wie­ku, a Szwe­dzi — jak to mie­li w zwy­cza­ju — przy­po­mnie­li o so­bie og­niem i że­la­zem. W cza­sie „po­to­pu” za­mek po­now­nie zo­stał znisz­czo­ny, a skut­ki tej wi­zy­ty ni­gdy nie zo­sta­ły w peł­ni na­pra­wio­ne. W ro­ku 1660 lu­stra­to­rzy kró­lew­scy opi­sa­li go z mie­sza­ni­ną urzę­do­wej su­cho­ści i nie­wy­sło­wio­ne­go ża­lu: Za­mek w Bę­dzi­nie na wy­dat­nym miej­scu trze­ma mu­ra­mi opa­sa­ny. W pier­wszym am­bi­cie drew­nia­ne bu­dyn­ki, po­ko­jów trzy, tak­że sto­ło­wa iz­ba po­rząd­nie na­praw­ne. Gór­ny za­mek we dwu mu­rach, po­ko­je y iz­by są per in iu­ram bel­li mo­der­ni zrui­no­wa­ne. Wie­ża ad or­tum so­lis, fos­sy imm­en­se, al­ti­tu­di­nis y wa­ły po­tęż­ne. Dzia­łek pol­nych fun­to­wych że­laz­nych 3, pół­fun­to­we 1, ha­kow­nic osa­dzo­nych do­brych 11.

Opis ten mówi wię­cej przez to, cze­go nie mó­wi: licz­by i ła­ciń­skie wtrą­ce­nia nie zdo­ła­ły za­ma­sko­wać rze­czy­wi­sto­ści. Ow­szem, za­mek na­dal stał na wy­dat­nym miej­scu, fo­sy by­ły głę­bo­kie, a wa­ły po­tęż­ne — lecz gór­ne par­tie bu­dow­li le­ża­ły w ru­inie, a broń, choć po­li­czo­na, daw­no prze­sta­ła bu­dzić re­spekt.

WIDOK Z POCZĄTKU XX WIEKU – ZAMEK JUŻ W FAZIE "ZALEGŁEGO REMONTU", KTÓRY NIE NASTĄPIŁ. STAN TO POŚREDNI EFEKT PROCESU DEGRADACJI ZAPOCZĄTKOWANEGO PRZEZ SZWEDÓW, A KONSEKWENTNIE KONTYNUOWANEGO PRZEZ KOLEJNE STULECIA.

PO OBRÓBCE CYFROWEJ RUINA WYGLĄDA JAK NOWA
Częściowo wy­re­mon­to­wa­ny za­mek bę­dziń­ski raz jesz­cze po­ja­wił się na tra­sie wiel­kiej hi­sto­rii — choć tym ra­zem bar­dziej ja­ko przy­sta­nek niż twier­dza. 20 sier­pnia 1683 ro­ku za­trzy­mał się tu Jan III So­bie­ski , w dro­dze z woj­skiem pod Wie­deń, gdzie miał za­trzy­mać Tur­ków i za­pra­co­wać na le­gen­dę. W Bę­dzi­nie spo­tkał się z ce­sar­skim po­słem, ge­ne­ra­łem An­to­nem Ca­raf­fą — roz­mo­wa, pro­wa­dzo­na pew­nie w chło­dzie zam­ko­wych mu­rów, mia­ła wię­cej z uprzej­me­go ry­tu­ału niż z re­al­ne­go pla­no­wa­nia, ale sam fakt spo­tka­nia miał swo­ją wagę. W koń­cu król zmie­rza­ją­cy na woj­nę mu­siał się gdzieś na­pić wi­na i za­mie­nić kil­ka zdań z so­jusz­ni­kiem.

W kolejnych dzie­się­cio­le­ciach kró­lo­wie Pol­ski za­glą­da­li tu już tyl­ko od cza­su do cza­su. 15 wrze­śnia 1696 ro­ku za­mek od­wie­dził Au­gust II Moc­ny — sil­ny głów­nie z ty­tu­łu, nie z wpły­wu — a w dru­giej po­ło­wie XVIII wie­ku, już w cie­niu nad­cią­ga­ją­cych roz­bio­rów, po­ja­wił się Sta­ni­sław Au­gust Po­nia­tow­ski . Je­śli rze­czy­wi­ście zaj­rzał do daw­nych zam­ko­wych mu­rów, by­ła to ra­czej wy­pra­wa z kro­ni­kar­skiej cie­ka­wo­ści niż z po­trze­by kró­lew­skie­go ob­ja­zdu.

TU MIAŁY BYĆ SKARBY, ALE ZOSTAŁY TYLKO REGALIKI I POCZUCIE HUMORU

Tymczasem zamek, jak wie­le in­sty­tu­cji I Rze­czy­po­spo­li­tej, tra­cił na zna­cze­niu z god­no­ścią, ale i w mil­cze­niu. W pier­wszej po­ło­wie XVIII wie­ku sta­ro­sta Ka­zi­mierz Mie­ro­szew­ski her­bu Śle­po­wron (zm. 1749), za­miast in­we­sto­wać w na­pra­wę sta­rej wa­row­ni, sku­pił się na bu­do­wie no­wej re­zy­den­cji — ba­ro­ko­wo-kla­sy­cy­stycz­ne­go pa­ła­cu w Gzi­cho­wie, po­ło­żo­ne­go w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od zam­ku, lecz w zu­peł­nie inn­ym po­rząd­ku ar­chi­tek­to­nicz­nym i men­tal­nym. Go­ty­cka for­te­ca prze­sta­ła być po­trzeb­na. Zo­sta­ła opusz­czo­na i za­nie­dba­na — i za­czę­ła, zgod­nie z pra­wa­mi ma­te­rii, roz­pa­dać się z wol­na, lecz sys­te­ma­tycz­nie.

Lustracja kró­lew­ska z 1765 ro­ku nie po­zo­sta­wia­ła złu­dzeń: Stoi na ska­le mu­ro­wa­ny, mu­rem wo­ko­ło ob­wie­dzio­ny, ca­ły pu­sty, sa­me tyl­ko ru­de­ra, po­ry­so­wa­ne w róż­nych miej­scach, co­dzien­nym upad­kiem gro­żą. Po­dob­nie ko­lej­na lu­stra­cja z do­by Sej­mu Wiel­kie­go w 1789 no­tu­je: Te­go zam­ku roz­wa­li­ny w ścia­nach go­łych, mu­rów czę­ści po­roz­wa­la­ne, a resz­ta zry­so­wa­ne, upad­kiem gro­żą­ce. Nie by­ły to już opi­sy bu­do­wli — ra­czej epi­ta­fium.

PAŁAC MIEROSZEWSKICH – NOWA REZYDENCJA W MIEJSCE MILCZĄCEGO ZAMKU. ZAMIENIONO OBRONĘ NA REPREZENTACJĘ, GOTYK NA BAROK. FOTOGRAFIA Z LAT 20. XX WIEKU

Nieco wcześniej, bo w ro­ku 1775, ma­ją­tek bę­dziń­ski — znaj­du­jący się już w sta­nie rów­nie me­lan­cho­lij­nym, co je­go za­mek — zo­stał prze­ję­ty w dzier­ża­wę przez Sta­ni­sła­wa Mie­ro­szew­skie­go (zm. 1824), po­stać, któ­ra za­pi­sa­ła się w hi­sto­rii lo­kal­nej nie ty­le ja­ko za­rząd­ca, co ja­ko bez­wzglę­dny eks­plo­ata­tor. Do­bra po­wie­rzo­ne je­go pie­czy sta­ły się przed­mio­tem bez­li­to­snej eks­plo­ata­cji. Mie­ro­szew­ski łu­pił chło­pów, miesz­czan i Ży­dów z jed­na­ko­wą gor­li­wo­ścią, nie oka­zu­jąc przy tym szcze­gól­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia ani mia­stu, ani zruj­no­wa­ne­mu już wów­czas zam­ko­wi.

Warownia — opusz­czo­na, wy­zu­ta z funk­cji, po­zba­wio­na opie­ki — ni­szcza­ła z god­no­ścią star­ca po­rzu­co­ne­go przez ro­dzi­nę, a jej mu­ry trwa­ły w ci­szy, jak­by cze­ka­ły na coś osta­tecz­ne­go. Aż w koń­cu się ode­zwa­ły — do­słow­nie i z hu­kiem. W 1825 ro­ku frag­ment ścia­ny ru­nął, grze­biąc pod sobą przy­pad­ko­we­go prze­cho­dnia. Ty­le wy­star­czy­ło, by wła­dza wresz­cie za­re­ago­wa­ła: ko­mi­sarz ob­wo­do­wy z Ol­ku­sza, nie­ja­ki La­zań­ski, nie si­ląc się ani na re­flek­sję, ani na no­stal­gię, wy­dał de­cy­zję o roz­biór­ce — do fun­da­men­tów, szyb­ko, do­kład­nie i bez zbęd­nych sen­ty­men­tów.

RYCINA DYMITROWICZA Z POŁOWY XIX WIEKU – ROMANTYCZNA WIZJA RUINY W KRAJOBRAZIE

Na szczęście po­le­ce­nie to, jak wie­le urzę­do­wych roz­ka­zów, zo­sta­ło po­tra­kto­wa­ne z nie­chęt­ną opie­sza­ło­ścią. Pra­ce roz­biór­ko­we roz­po­czę­ły się nie­mra­wo, jak­by sam za­mek opie­rał się osta­te­czne­mu uni­ce­stwie­niu z si­łą, któ­rej nie prze­wi­dy­wa­ły ra­por­ty. Za­nim jed­nak zdą­żo­no uczy­nić nie­odwra­cal­ne, z War­sza­wy na­de­szło no­we roz­po­rzą­dze­nie. Wła­dze Kró­le­stwa Pol­skie­go za­rzą­dzi­ły in­wen­ta­ry­za­cję i ochro­nę wszel­kich za­by­tków hi­sto­rycz­nych — być mo­że z po­trze­by no­wo­cze­sne­go za­rzą­dza­nia, a być mo­że z prze­bły­sku kul­tu­ro­we­go su­mie­nia.

Ironia losu chcia­ła, że ten sam urzęd­nik, któ­ry wcze­śniej na­ka­zał roz­biór­kę wa­row­ni, mu­siał te­raz wy­słać do bur­mi­strza Bę­dzi­na no­we, to­nem zu­peł­nie od­mien­nym utrzy­ma­ne pi­smo, w któ­rym zo­bo­wią­zy­wał go: pod oso­bi­stą naj­su­row­szą od­po­wie­dzial­no­ścią do­pil­no­wać oraz czu­wać, aby ten sta­ro­żyt­ność w ni­czym by­naj­mniej nie był uszko­dzo­ny. I tak oto za­mek, któ­ry przez stu­le­cia bro­nił gra­nic, wię­ził ar­cy­ksią­żąt i go­ścił kró­lów, zo­stał oca­lo­ny nie ty­le przez bo­ha­ter­stwo, co przez biu­ro­kra­cję w sta­nie kon­fu­zji. Nie pier­wszy i nie ostat­ni raz w pol­skich dzie­jach.

RUINA W STANIE ZAMYŚLENIA – POETYCKA WIZJA F. BRZOZOWSKIEGO Z POŁOWY XIX WIEKU

W roku 1833 do Bę­dzi­na za­wi­tał hra­bia Ed­ward Ra­czyń­ski (zm. 1845) — ary­sto­kra­ta z po­wo­ła­nia, pa­trio­ta z prze­ko­na­nia, a mi­ło­śnik pa­mią­tek na­ro­do­wych z głę­bo­kiej po­trze­by ser­ca i epo­ki. Za­mek, choć wów­czas bar­dziej ru­iną niż bu­dow­lą, za­chwy­cił go ma­low­ni­czym po­ło­że­niem i syl­we­tą, któ­ra — jak to u ru­in — mó­wi­ła wię­cej przez to, co już zni­knę­ło, niż przez to, co jesz­cze sta­ło.

Zachwyt Ra­czyń­skie­go nie po­zo­stał w sfe­rze we­stchnień. Po­sta­no­wił on nie tyl­ko oca­lić za­mek od dal­sze­go roz­pa­du, lecz tak­że na­dać mu no­wą funk­cję — uczy­nić zeń sie­dzi­bę sta­szi­cow­skiej szko­ły gór­ni­czej, ma­ją­cej słu­żyć edu­ka­cji i po­stę­po­wi. Był to pro­jekt god­ny XIX wie­ku: z du­cha ro­man­tycz­ny, z tre­ści oświe­ce­nio­wy, z wy­ko­na­nia... wło­ski.

LATA 40. XIX WIEKU I WIZJA, KTÓRA ZAMIENIŁA GOTYK W LOMBARDZKĄ OPOWIEŚĆ O TĘSKNOCIE ZA MINIONYM

Do realizacji tej idei Ra­czyń­ski po­wo­łał Fran­ci­szka Ma­rię Lan­cie­go, osiad­łe­go w Kra­ko­wie ar­chi­tek­ta ro­dem z Ita­lii — czło­wie­ka o wy­obraź­ni sze­ro­kiej, ale gu­ście nie­ko­niecz­nie zgra­nym z su­ro­wo­ścią pol­skie­go po­gra­ni­cza. Lan­ci, z za­pa­łem god­nym re­ne­san­so­we­go mi­strza, przy­go­to­wał trzy pro­jek­ty od­bu­do­wy. Pier­wszy z nich na­wią­zy­wał do fran­cu­skich ka­szte­li: pe­łen był wie­ży­czek, stro­mych da­chów i fan­ta­zyj­nych de­ta­li, któ­re wy­glą­da­ły­by świe­tnie... w do­li­nie Lo­ary. Dwa po­zo­sta­łe wa­rian­ty, już nie­co bar­dziej sto­no­wa­ne, zwra­ca­ły się ku wło­skiej ar­chi­te­ktu­rze re­ne­san­so­wej — ja­snej, lek­kiej, ozdob­nej, czy­li ra­czej stwo­rzo­nej do log­gii i cy­pry­sów niż do bram z gru­be­go cio­su i opo­wie­ści o oblę­że­niach.

Żaden z projektów nie zy­skał akcep­ta­cji. Nie dla­te­go, że bra­ko­wa­ło im uro­dy, lecz dla­te­go, że no­siły zbyt wy­raź­ne śla­dy cu­dzo­ziem­skich in­spi­ra­cji — a za­mek, na­wet od­bu­do­wa­ny, miał po­zo­stać prze­de wszyst­kim pol­ski. W od­po­wie­dzi Lan­ci przy­go­to­wał czwar­ty pro­jekt: su­row­szy, oszczęd­niej­szy, po­zba­wio­ny oz­dób i ar­chi­tek­to­nicz­nych ge­stów. Tym ra­zem for­ma zbli­ży­ła się do du­cha miej­sca — mniej snów o Lom­bar­dii, wię­cej re­aliów obro­ny przed są­sia­dem z to­po­rem.

JEDEN Z PROJEKTÓW LANCIEGO – ŚREDNIOWIECZNA TWIERDZA PO TRZECH EPOKACH, DWÓCH FANTAZJACH I JEDNYM SZLAGIERZE OPEROWYM

Ostatecznie to wła­śnie ten, naj­bar­dziej po­wścią­gli­wy pro­jekt tra­fił do re­ali­za­cji. Pra­ce mia­ły ob­jąć m.in. re­duk­cję gru­bo­ści mu­rów czwo­ro­bocz­nej wie­ży — prak­tycz­nie, choć z pew­nym ry­zy­kiem — wy­bi­cie du­żych okien obra­mo­wa­nych ce­gla­ny­mi opas­ka­mi oraz do­da­nie w go­tyc­kich ścia­nach śle­pych strzel­nic, być mo­że ku czci daw­nych obroń­ców, a być mo­że po pro­stu dla efek­tu. Naj­więk­szą me­ta­mor­fo­zę prze­szła jed­nak wie­ża cy­lin­drycz­na: zo­sta­ła znacz­nie obni­żo­na, a jej zwień­cze­nie ozdo­bio­no ma­chi­ku­ła­mi — de­ta­lem, któ­ry kie­dyś mógł stra­szyć na­jeź­dźców, a te­raz co naj­wy­żej im­po­no­wał spa­ce­ro­wi­czom.

Choć odbudowa za­czę­ła się z roz­ma­chem, plan, by urzą­dzić w zam­ku szko­łę gór­ni­czą, dość szyb­ko za­czął tra­cić kon­tu­ry. Naj­pierw coś się opóź­ni­ło, po­tem cze­goś za­brak­ło — lu­dzi, fun­du­szy, de­ter­mi­na­cji — aż w koń­cu ca­ła kon­ce­pcja po ci­chu roz­pły­nę­ła się w biu­ro­kra­tycz­nej mgieł­ce i za­pom­nie­niu. Dla­cze­go Ed­ward Ra­czyń­ski po­rzucił ten po­mysł — nie wia­do­mo. Mo­że za­brak­ło pie­nię­dzy, mo­że en­tu­zja­zmu, a mo­że rze­czy­wi­stość po pro­stu nie chcia­ła do­pa­so­wać się do wi­zji wy­ku­tej w ka­mie­niu. Tak czy ina­czej, szko­ły w zam­ku ni­gdy nie otwar­to, a sa­ma od­bu­do­wa za­koń­czy­ła się wcze­śniej, niż za­kła­da­no.

NAPOLEON ORDA, LATA 70. XIX W. — ZAMEK BEZ ROLI, ALE WCIĄŻ OBECNY

Pomieszczenia, które uda­ło się do­pro­wa­dzić do sta­nu uży­wal­no­ści, do­sta­ły tym­cza­so­wo no­wą i ra­czej nie­ocze­ki­wa­ną funk­cję: peł­ni­ły ro­lę ka­pli­cy ewan­ge­li­ckiej dla spro­wa­dzo­nych z Sa­kso­nii gór­ni­ków, pra­cu­ją­cych w roz­wi­ja­ją­cej się Dą­bro­wie. Na­bo­żeń­stwa od­pra­wia­no w cie­niu go­tyc­kich łu­ków — tam, gdzie nie­gdyś brzmia­ły woj­sko­we roz­ka­zy, roz­le­ga­ły się te­raz lu­te­rań­skie psal­my. Funk­cja ta jed­nak nie po­trwa­ła dłu­go. W 1843 ro­ku ka­pli­cę prze­nie­sio­no do mia­sta, a za­mek, znów po­zo­sta­wio­ny bez wy­raź­ne­go ce­lu, zo­stał za­adap­to­wa­ny na szpi­tal.

Decyzja ta — choć z urzę­do­we­go punk­tu wi­dze­nia za­pew­ne uzna­na za prak­tycz­ną — szyb­ko oka­za­ła się nie­tra­fio­na. Su­ro­we, wil­go­tne wnę­trza zu­peł­nie nie na­da­wa­ły się do re­kon­wa­le­scen­cji. Po li­kwi­da­cji pla­ców­ki, oko­ło 1850 ro­ku, za­mek po­wo­li, ale kon­se­kwen­tnie za­czął wra­cać do swo­jej do­myśl­nej for­my: ma­low­ni­czej i cał­ko­wi­cie bez­uży­tecz­nej. Już w 1854 ro­ku urzę­do­wy opis no­to­wał bez­ce­re­mo­nial­nie: Stan ogól­ny te­go gma­chu jest, ogól­nie mó­wiąc, upa­da­ją­cy. Da­chy bo­wiem cyn­ko­we w wie­lu miej­scach są po­zry­wa­ne, po­wa­ły, su­fi­ty i po­dło­gi wraz z uno­szą­cy­mi je bel­ka­mi po­za­wa­la­ne, ok­na po­pa­czo­ne i nie­pa­su­ją­ce, zam­ki po­rdze­wia­łe, pie­ce pra­wie wszyst­kie po­ro­zwa­la­ne i do żad­ne­go użyt­ku po­słu­żyć nie­mo­gą­ce, mu­ry tak­że w wie­lu miej­scach szko­dli­wie po­ry­so­wa­ne.

A. MALINOWSKI, 2. POŁ. XIX W. — JEDEN Z TYCH PEJZAŻY, KTÓRE NIE MAJĄ PUENTY

A jednak — mimo znisz­czeń, bra­ku opie­ki i ja­kie­go­kol­wiek pla­nu — bu­dow­la wciąż sta­ła. Ka­mień trzy­mał się dziel­nie, za­pra­wa nie pu­szcza­ła, a duch obro­ny chy­ba nie zorien­to­wał się, że je­go służ­ba daw­no się skoń­czy­ła. Z od­da­li syl­we­tka na­dal przy­cią­ga­ła wzrok — już nie ja­ko for­te­ca, ale ja­ko wi­dok z ka­te­gorii „war­to się za­trzy­mać”. Wra­że­nie by­ło na ty­le moc­ne, że za­czę­to tu or­ga­ni­zo­wać wy­ciecz­ki: z oko­li­cy, z dal­szych za­kąt­ków Kró­le­stwa, cza­sem z po­trze­by przy­go­dy, czę­ściej z po­trze­by na­stro­ju. Bo te zwa­li­ska po­tra­fi­ły mó­wić — i to bez prze­wod­ni­ka.

Choć nie spełniał już swo­jej pier­wot­nej ro­li, za­mek znów był po­trzeb­ny. Mo­że nie do strze­że­nia gra­nic, ale do po­bu­dza­nia wy­obraź­ni. Ru­ina oka­za­ła się for­mą obec­no­ści, nie klę­ski. A to, jak się wkrót­ce mia­ło oka­zać, był do­pie­ro po­czą­tek no­we­go roz­dzia­łu — ta­kie­go, w któ­rym miej­sce to nie ty­le się bro­ni­ło, co wra­ca­ło do łask. Po­wo­li, ale z cha­rak­te­rem.

POCZĄTEK XX WIEKU: KRAJOBRAZ UPORZĄDKOWANY, HISTORIA ZDEGRADOWANA

W roku 1916, w cie­niu trwa­ją­cej woj­ny i pod na­po­rem no­wo­cze­sno­ści, któ­ra zda­wa­ła się co­raz mniej ro­zu­mieć prze­szłość, po­wsta­ła w Bę­dzi­nie ini­cja­ty­wa, któ­ra tchnę­ła no­we ży­cie w zruj­no­wa­ne mu­ry zam­ku. Za­wią­za­ło się To­wa­rzy­stwo Opie­ki nad Gó­rą Zam­ko­wą — in­sty­tu­cja zro­dzo­na nie z de­kre­tu, lecz z lo­kal­nej pa­sji i od­dol­nej po­trze­by oca­le­nia miej­sca, któ­re przez wie­ki było pun­ktem od­nie­sie­nia dla ca­łej oko­li­cy.

Założycielami by­li lu­dzie róż­ni, lecz zjed­no­cze­ni jed­nym ce­lem: Ste­fan War­choł, in­ży­nier po­wia­to­wy; Jan Gę­bor­ski, wła­ści­ciel wzgó­rza zam­ko­we­go; Be­ne­dykt Mi­siór­ski, apte­karz; i Ro­man Wy­sza­ty­cki, pi­sarz hi­po­tecz­ny. Ich za­mia­rem by­ło nie tyl­ko za­bez­pie­cze­nie ru­in przed dal­szy­mi uszko­dze­nia­mi, ale — je­śli środ­ki po­zwo­lą — tak­że ich ar­chi­tek­to­nicz­na re­sty­tu­cja, jak okre­śla­no to z god­ną epo­ki ele­gan­cją.

ZAMEK W FORMIE SUROWEJ, PANOWIE W FORMIE NIEWIADOMEJ

Z myślą o tym am­bit­nym pla­nie zwró­co­no się do jed­ne­go z naj­wy­bit­niej­szych mi­strzów kon­ser­wa­cji tam­tych cza­sów — pro­fe­so­ra Adol­fa Szysz­ko-Bo­hu­sza (zm. 1948), zna­ne­go m.in. ja­ko au­tor re­wi­ta­li­za­cji kró­lew­skiej re­zy­den­cji na Wa­we­lu. Je­go kon­ce­pcja od­bu­do­wy zam­ku bę­dziń­skie­go by­ła prze­my­śla­na, kom­ple­kso­wa i za­ko­rze­nio­na w go­tyc­kiej sty­li­sty­ce — lecz wła­śnie tu po­ja­wił się pier­wszy cień.

Opracowany przez nie­go pro­jekt, choć ce­nio­ny pod wzglę­dem ar­ty­stycz­nym, zbyt wy­raź­nie na­wią­zy­wał do nie­mie­ckich wzor­ców ar­chi­tek­to­nicz­nych. W cza­sie, gdy Pol­ska do­pie­ro od­zy­ski­wa­ła swo­ją toż­sa­mość, ta­ki kie­ru­nek bu­dził za­strze­że­nia — zwłasz­cza wśród tych, któ­rzy chcie­li tchnąć w ru­iny bar­dziej pol­skie­go du­cha. Do te­go do­cho­dzi­ły prze­szko­dy z zu­peł­nie in­nej pół­ki: zie­mia wo­kół wa­row­ni na­le­ża­ła do po­nad stu drob­nych wła­ści­cie­li, a każ­da pró­ba wy­ku­pu koń­czy­ła się błą­dze­niem po la­bi­ryn­cie prze­pi­sów i pod­pi­sów.

REKONSTRUKCJA INSPIROWANA KONCEPCJĄ SZYSZKO-BOHUSZA Z LAT 30. XX WIEKU — GERMAŃSKI SZLIF NA POLSKIM GRUNCIE

I wreszcie — jak to zwy­kle by­wa w ta­kich przed­się­wzię­ciach — skoń­czy­ło się na bra­ku pie­nię­dzy. Am­bi­cja to jed­no, ko­szto­rys to dru­gie, a skar­bon­ka, nie­ste­ty, po­zo­sta­wa­ła upor­czy­wie pu­sta. Osta­tecz­ny cios za­da­ła jed­nak hi­sto­ria: wy­buch II woj­ny świa­to­wej po­grze­bał nie tyl­ko sam pro­jekt, ale i ca­łe To­wa­rzy­stwo, któ­re zni­knę­ło w wi­rze wy­da­rzeń, za­nim zdą­ży­ło prze­kuć en­tu­zjazm w coś trwal­sze­go niż pro­to­ko­ły i do­bre chę­ci.

Tym samym zamek po raz ko­lej­ny wy­mknął się ludz­kim pla­nom: prze­trwał, ale znów ja­ko ru­ina — nie­za­miesz­ka­na, nie­do­koń­czo­na, choć upar­cie obec­na. Mil­czą­cy świa­dek wiel­kich am­bi­cji, któ­re zde­rza­ły się nie ty­le z hi­sto­rią, co z co­dzien­ną prak­ty­ką nie­koń­cze­nia rze­czy.

LATA 30. XX WIEKU — ZAMEK WERSJA NATURALNA, PRZED KONSERWATORSKIM RETUSZEM

Po 1945 roku, wśród zgliszcz woj­ny i świe­żo za­ry­so­wa­ne­go ła­du, po­wró­ci­ła idea od­bu­do­wy zam­ku bę­dziń­skie­go. Tym ra­zem z ha­słem wy­ję­tym wprost z epo­ki czy­nów spo­łecz­nych i urzę­do­wych pla­ka­tów: Niszcze­ją­cy za­by­tek hi­sto­rycz­ny utrzy­maj­my dla przy­szłych po­ko­leń, ja­ko ośro­dek kul­tu­ry (1948). Nie cho­dzi­ło już tyl­ko o na­pra­wę mu­rów, ale o coś znacz­nie szer­sze­go — stwo­rze­nie wzor­co­wej pla­ców­ki toż­sa­mo­ści na­ro­do­wej, ko­niecz­nie ta­kiej, któ­ra do­brze wy­pa­da na tle ce­men­tu ide­olo­gicz­ne­go. A że ta toż­sa­mość mu­sia­ła się przy oka­zji tro­chę na­giąć? Cóż — w tam­tych cza­sach wszyst­ko mu­sia­ło. Na­wet go­tyk.

ZGLISZCZA ŻYDOWSKIEJ DZIELNICY ZRUJNOWANEJ PRZEZ NIEMCÓW; W TLE MILCZĄCE RUINY ZAMKU. LATA 40. XX WIEKU

Jak to często bywało w epo­ce wiel­kich pla­nów i jesz­cze więk­szych pro­to­ko­łów, szla­che­Tne za­mia­ry szyb­ko tra­fi­ły na mur — nie z ka­mie­nia, lecz z pa­pie­ru, pie­czą­tek i pa­ra­fek. W 1949 ro­ku Mi­ni­ster­stwo Kul­tu­ry i Sztu­ki na­ka­za­ło wstrzy­ma­nie ro­bót z po­wo­du „błęd­nie opra­co­wa­ne­go pla­nu od­bu­do­wy zam­ku” — co w tłu­ma­cze­niu z urzęd­ni­cze­go na pol­ski ozna­cza­ło ty­le, że pro­jekt nie pa­so­wał do este­ty­ki za­twier­dzo­nej od­gór­nie i ko­lek­tyw­nie. Spo­ry o kon­ce­pcję, za­kres, nad­zór i du­cha sty­lu cią­gn­ęły się mie­sią­ca­mi, a czas — jak to czas — miał ca­łą wiecz­ność. Ru­iny z ko­lei nie mu­sia­ły ro­bić nic, by wy­grać: wy­star­czy­ło po­cze­kać, aż wszyst­ko się sa­mo roz­pad­nie.

RUINA W CZASACH SOCREALIZMU – NA KWADRANS PRZED ODBUDOWĄ, CZYLI W MOMENCIE, GDY ENTUZJAZM PRZEKRACZAŁ STAN TECHNICZNY

Przełom nastąpił do­pie­ro w la­tach 1952–1956, kie­dy pra­ce wzno­wio­no we­dług no­we­go pro­jek­tu au­tor­stwa kra­kow­skie­go ar­chi­tek­ta Zyg­mun­ta Ga­wli­ka (zm. 1961). Od­bu­do­wa, choć skrom­na w for­mie i trzy­ma­na w ry­zach po­wo­jen­ne­go mo­der­ni­zmu kon­ser­wa­tor­skie­go (czy­li: jak naj­mniej fan­ta­zji, jak naj­wię­cej dy­scy­pli­ny), mia­ła jed­ną nie­za­prze­czal­ną za­le­tę: tym ra­zem nikt nie zdą­żył jej za­trzy­mać.

Towarzyszyły jej też pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we, pro­wa­dzo­ne pod okiem Wło­dzi­mie­rza Bła­szczy­ka (zm. 1989) — ba­da­cza z pa­sją i wiel­kie­go en­tu­zja­sty ju­raj­skich for­ty­fi­ka­cji. Jak na miej­sce z tak dłu­gim ży­cio­ry­sem, od­kry­cia by­ły na­praw­dę kon­kre­tne: od­sło­nię­to wcze­sno­śre­dnio­wiecz­ne śla­dy osad­ni­ctwa, fun­da­men­ty dol­nej czę­ści zam­ku i spo­ry zbiór ar­te­fa­któw — od gro­tów strzał i kul ar­mat­nich, po frag­men­ty zbroi, mo­ne­ty i przed­mio­ty co­dzien­ne­go użyt­ku. Ci­che po­zo­sta­ło­ści po tych, któ­rzy przez wie­ki tu ży­li, wal­czy­li, bu­do­wa­li — aż w koń­cu ode­szli, umar­li lub zo­sta­li prze­go­nie­ni przez woj­nę, de­kret albo są­sia­da z więk­szą ar­mią.

MURUJEMY Z DUMĄ, ODBUDOWA TRWA – ZAMEK DLA LUDU, NIE DLA KRÓLA GRA!

W 1956 roku, po la­tach pla­nów, po­pra­wek, pro­te­stów i wy­ko­pa­lisk, za­mek w koń­cu do­cze­kał się no­wej ro­li: zo­stał sie­dzi­bą świe­żo utwo­rzo­ne­go Mu­ze­um Za­głę­bia. Za­miast bro­nić gra­nic czy przyj­mo­wać kró­lów, miał te­raz wi­tać tu­ry­stów i prze­cho­wy­wać wspom­nie­nia.

Pożary, najazdy, urzę­do­we de­cy­zje, a na­wet chwi­le cał­ko­wi­te­go za­po­mnie­nia — to wszyst­ko prze­trwał. I choć już daw­no nie stra­szył ha­ko­wni­cą ani nie go­ścił ar­cy­ksią­żąt, na­dal ro­bił wra­że­nie. Mo­że już nie twier­dza, nie ru­ina, ale coś po środ­ku: wy­star­cza­ją­co trwa­łe, by prze­trwać i wy­ciecz­ki szkol­ne, i epo­ki po­li­tycz­ne.

ZACHODNI WIDOK NA ZAMEK – OD MILCZENIA RUIN DO DUMY NARODU

OPIS ZAMKU


Najstarszym mu­ro­wa­nym ele­men­tem ar­chi­te­ktu­ry bę­dziń­skie­go zam­ku — re­li­ktem z cza­sów, gdy gród był jesz­cze ra­czej kon­struk­cją z drew­na, zie­mi i wia­ry, że to wy­star­czy — jest cy­lin­drycz­na wie­ża zbu­do­wa­na z wa­pie­nia, osa­dzo­na na fun­da­men­cie o kształ­cie zbli­żo­nym do kwa­dra­tu (z nie­wiel­ki­mi od­chy­le­nia­mi, za­pew­ne zgod­ny­mi z lo­gi­ką śred­nio­wiecz­ne­go oka). Usy­tu­owa­na zo­sta­ła w miej­scu naj­bar­dziej eks­po­no­wa­nym — czy­li tam, skąd spo­dzie­wa­no się naj­wię­cej kło­potów — co już sa­mo w so­bie mó­wi wie­le o ów­cze­snym po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa.

ŚREDNIOWIECZNA WIEŻA NA STRAŻY REKONSTRUKCJI – RESZTA TROCHĘ Z PLANU, TROCHĘ Z WYOBRAŹNI

W XIV wieku wieża do­cze­ka­ła się nad­bu­do­wy z ciem­nej ce­gły — ma­te­ria­łu chęt­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ne­go za pa­no­wa­nia Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go, kie­dy ha­sło „Pol­skę mu­row­ać” zy­ska­ło cał­kiem prak­tycz­ne za­sto­so­wa­nie. Po­dob­ne roz­wią­za­nia moż­na spot­kać w ­, co po­zwa­la przy­pusz­czać, że bu­dow­ni­czo­wie mie­li nie tyl ­ko do­stęp do tych sa­mych ma­te­ria­łów, ale i po­dob­ne po­dej­ście do kwe­stii obro­ny: so­lid­nie, pro­sto i bez zbęd­nych ozdob­ni­ków.

NIE REPLIKA, A WIZJA – ZAMEK ŚREDNIOWIECZNY WG INTERPRETACJI ZYGMUNTA GAWLIKA

Wnętrze budowli po­dzie­lo­no na co naj­mniej pięć kon­dyg­na­cji, z któ­rych każ­da mia­ła swo­je — nie­kie­dy dość… oso­bli­we — prze­zna­cze­nie. Naj­niż­szy po­ziom, cia­sny i naj­mniej przy­jaz­ny, słu­żył ja­ko loch wię­zien­ny. Ska­zań­ców spu­szcza­no tam na li­nach, co mo­że dziś brzmieć efek­tow­nie, ale z ich per­spe­kty­wy mia­ło za­pew­ne znacz­nie mniej atrak­cji niż su­ge­ru­je to le­gen­da.

Trzecia kon­dyg­na­cja mie­ści­ła ostro­łu­ko­we wej­ście, do­stęp­ne po dra­bi­nie lub pro­wi­zo­rycz­nym po­mo­ście bieg­ną­cym z ko­ro­ny mu­rów — roz­wią­za­nie te­ore­tycz­nie prak­tycz­ne, w rze­czy­wi­sto­ści ra­czej nie­wy­god­ne, szcze­gól­nie gdy w grę wcho­dzi­ła szy­bka ewa­ku­acja.

ABY ZDOBYĆ WIEŻĘ, NIE TRZEBA JUŻ WALCZYĆ – WYSTARCZY ZDEZYNFEKOWAĆ RĘCE

Średnica wieży wy­no­si 10,7 me­tra, a gru­bość jej mu­rów u pod­sta­wy do­cho­dzi do czte­rech — wy­star­cza­ją­co, by za­trzy­mać oblę­że­nie, ale zbyt ma­syw­nie, by zo­sta­wić miej­sce na wy­go­dy in­ne niż pion i prze­ciąg. O jej pier­wo­tnej wy­so­ko­ści mo­że­my je­dy­nie spe­ku­lo­wać — po­zo­staj­e w sfe­rze sza­cun­ków, do­my­słów i po­kus re­kon­struk­cyj­nych. Nie wia­do­mo rów­nież, czy zwień­cze­niem był dach, czy mo­że otwar­ta pla­tfor­ma z kre­ne­la­żem — śred­nio­wiecz­nym od­po­wie­dni­kiem ta­ra­su wi­do­ko­we­go, z któ­re­go znacz­nie le­piej by­ło wy­glą­dać niż wy­pa­dać.

ZAMEK Z WIEŻĄ, WIDOK Z PRZYTUPEM: ELEKTROWNIA DLA FANÓW TECHNIKI, OSIEDLE DLA MIŁOŚNIKÓW BETONU

W latach 40. lub 50. XIV wie­ku w po­łu­dnio­wo-wschod­nim na­roż­ni­ku po­wsta­ła czwo­ro­bocz­na, pię­cio­kon­dyg­na­cyj­na wie­ża. Część źró­deł su­ge­ru­je, że do­pie­ro póź­niej do­bu­do­wa­no do niej bu­dy­nek miesz­kal­ny; in­ne uzna­ją ca­łość za jed­no­rod­ne za­ło­że­nie, od po­cząt­ku po­my­śla­ne ja­ko zwar­ta re­zy­den­cja. Pew­no­ści brak — jak to by­wa z ar­chi­tek­tu­rą sprzed wie­ków, nie wszyst­kie li­nie da się dziś od­czy­tać jed­no­znacz­nie.

Wieża wzniesiona zo­sta­ła z ła­ma­ne­go ka­mie­nia i po­sa­do­wio­na bez­po­śre­dnio na skal­nym po­dło­żu — co w śre­dnio­wie­czu ucho­dzi­ło za naj­pew­niej­szy fun­da­ment, a dziś pew­nie do­sta­ła­by cer­ty­fi­kat „eko-friend­ly” z ge­olo­gicz­nym ate­stem. Jej rzut zbli­żo­ny był do kwa­dra­tu, o wy­mia­rach 8,5 × 9 me­trów, z mu­ra­mi sto­pnio­wo cie­nie­ją­cy­mi ku gó­rze — roz­wią­za­nie to po­zwa­la­ło uzy­skać wię­cej prze­strze­ni we­wnątrz, nie tra­cąc przy tym ani so­lid­no­ści, ani cier­pli­wo­ści maj­stra, któ­ry po ko­lej­nej stra­co­nej tacz­ce ka­mie­ni przy­po­mi­nał wszyst­kim, że bu­do­wa zam­ku to nie miej­sce na eks­pe­ry­men­ty.

WIEŻA NA SKALE – EKOLOGICZNIE, SOLIDNIE, BEZ WINDY

Wieża ta pełniła funk­cję miesz­kal­no-obron­ną, co w prak­ty­ce ozna­cza­ło mo­żli­wość spa­nia, bro­nie­nia się i mar­znię­cia — nie­ko­niecz­nie w tej ko­lej­no­ści. Ścia­ny od stro­ny wschod­niej i po­łud­nio­wej łą­czy­ły się z mu­ra­mi obwo­do­wy­mi, two­rząc lo­gicz­ną ca­łość obron­ną i da­jąc bu­dow­li sta­tus nie tyl­ko po­je­dyn­cze­go ele­men­tu, lecz waż­ne­go ogni­wa zam­ko­wej kon­struk­cji.

WIEŻA, KTÓRA WIDZIAŁA WIELE – W TYM OSTATNI REMONT INSTALACJI ELEKTRYCZNEJ

Zabudowę zamku uzu­peł­nia­ła basz­ta bram­na — dziś nie­ste­ty tyl­ko wspo­mnie­nie — oraz dom miesz­kal­ny z XIX wie­ku, wznie­sio­ny wzdłuż mu­ru wschod­nie­go, któ­ry rów­nież prze­padł bez śla­du. Wcze­śniej, w tym miej­scu, stać mógł gmach peł­nią­cy funk­cję ka­pli­cy, choć rów­nie do­brze mógł słu­żyć ja­ko ma­ga­zyn, sko­ro do­ku­men­ta­cja śre­dnio­wiecz­nych bu­dów rzad­ko by­ła wzo­rem sta­ran­no­ści.

Zamek górny ota­cza­ły dwa ob­wo­dy ka­mien­nych mu­rów, zwień­czo­nych drew­nia­ny­mi chod­ni­ka­mi dla stra­ży i blan­ko­wa­ny­mi przed­pier­sia­mi, a mo­że na­wet hur­dy­cja­mi — choć te ostat­nie to ra­czej kwe­stia le­gend niż twar­dych fak­tów. We­wnętrz­ny mur był wyż­szy od ze­wnętrz­ne­go, któ­ry — ko­rzy­sta­jąc ze stro­me­go sto­ku — wzmoc­nio­no so­lid­ny­mi przy­po­ra­mi. Wszyst­ko to po to, by utrud­nić ży­cie każ­de­mu, kto ośmie­lił się po­dejść bli­żej — śre­dnio­wiecz­ne wy­ma­ga­nia obron­ne nie zno­si­ły kom­pro­mi­sów ani sła­bo­ści.

ARCHITEKTURA, CO NIE ZNA POJĘCIA „LEKKA FORMA”

Zamek dolny, chro­nio­ny trze­cią li­nią mu­rów i ści­śle po­wią­za­ny z miej­ski­mi for­ty­fi­ka­cja­mi, roz­cią­gał się na po­łu­dnie i za­chód od zam­ku gór­ne­go. Je­go umoc­nie­nia obej­mo­wa­ły dwie lub trzy basz­ty — przy­naj­mniej ty­le mó­wią źró­dła, ale jak to czę­sto by­wa, hi­sto­rycz­ne za­pi­ski zo­sta­wia­ją nam spo­ro po­la do wła­snych do­my­słów i wy­obraź­ni.

DAWNE MURY ZAMIENIONE W SCENOGRAFIĘ – XIX-WIECZNA OPOWIEŚĆ O ŚREDNIOWIECZU

ZWIEDZANIE


Starannie od­re­stau­ro­wa­ny za­by­tek nie prze­sta­je za­chwy­cać swo­ją go­ty­cką for­mą, jed­no­cze­śnie za­ska­ku­jąc nie­ty­po­wą lo­ka­li­za­cją: przy gwar­nej szo­sie, tuż obok ka­mie­nic, na tle sza­rych blo­ko­wisk, stoi jak z ba­śni — ge­o­me­trycz­ny, nie­mal ideal­ny i w zdu­mie­wa­ją­co do­brej kon­dy­cji.

Dziś w jego mu­rach dzia­ła od­dział Mu­ze­um Za­głę­bia, gdzie moż­na po­dzi­wiać im­po­nu­ją­cą ko­lek­cję daw­nej bro­ni i zbroi, po­znać hi­sto­rię osad­ni­ctwa na Wzgó­rzu Zam­ko­wym oraz dzie­je mia­sta i je­go miesz­kań­ców. Nie za­bra­kło też miej­sca na ka­me­ral­ną wy­sta­wę po­świę­co­ną bę­dziń­skim Ży­dom — spo­łecz­no­ści, któ­ra przed II woj­ną świa­to­wą tę­tni­ła ży­ciem wo­kół zam­ku i któ­rej echa wciąż moż­na od­na­leźć w tym miej­scu.

ZBROJE SĄ W INNEJ SALI – TU RZĄDZI PRECYZYJNA KARTOGRAFIA I ZAMKOWE MODELE

Trzon kolekcji mu­ze­al­nej to im­po­nu­ją­cy zbiór hi­sto­rycz­nej bro­ni i ele­men­tów uzbro­je­nia, któ­ry za­do­wo­li każ­de­go mi­ło­śni­ka ostrzy i pro­chu. Znaj­dziesz tu broń strze­le­cką z XV–XIX wieku, od ar­ke­bu­zów i mu­szkie­tów, przez pi­sto­le­ty skał­ko­we, aż po lu­ksu­so­we strzel­by my­śliw­skie i spor­to­we — wszyst­ko to, co kie­dyś ro­bi­ło „bum” na po­lach bi­tew i w le­sie pod­czas po­lo­wa­nia.

Z broni białej na uwa­gę za­słu­gu­ją ma­syw­ne, XVI-wiecz­ne mie­cze dwu­siecz­ne, ele­gan­ckie ra­pie­ry, pa­ła­sze oraz ta­sa­ki. Gwia­zdą ko­lek­cji jest jed­nak wcze­sno­śre­dnio­wiecz­ny miecz pol­ski — zna­le­zio­ny w 1949 ro­ku na sta­rym cmen­ta­rzy­sku w Grodź­cu — któ­ry przez wie­ki spo­czy­wał pod zie­mią, pew­nie wspo­mi­na­jąc z du­mą, ilu prze­ciw­ni­ków po­zba­wił koń­czyn, choć dziś ogra­ni­cza się do po­zo­wa­nia na mu­ze­al­nej wy­sta­wie.

OD ARKEBUZA DO RAPIERA – MUZEALNA ŚCIEŻKA PRZEZ WIEKI ZBROJNE

Wśród zbroi i ele­men­tów ochron­nych zo­ba­czysz heł­my, tar­cze, kol­czu­gi oraz zbro­je, w tym śre­dnio­wiecz­ne szy­sza­ki, na­pier­śni­ki, przy­łbi­ce i sztur­ma­ki. Jest też wło­ska zbro­ja ko­pij­ni­cza z koń­ca XVI wie­ku oraz kom­plet­na zbro­ja pi­ki­nier­ska z ro­ku 1600 — czy­li sprzęt, któ­ry na­praw­dę ro­bił wra­że­nie, gdy jesz­cze bi­twy nie roz­strzy­ga­ły się na po­lu ko­men­ta­rzy in­ter­ne­to­wych.

PANCERZ NA KAŻDĄ OKAZJĘ – OPRÓCZ WCZESNEGO BIEGANIA I WSPINACZKI

Na północny wschód od zam­ku roz­cią­ga się park kra­jo­bra­zo­wy, gdzie w la­tach 2012–2013, z pre­cy­zją god­ną śre­dnio­wiecz­nych mi­strzów, od­two­rzo­no wcze­sno­pia­stow­ski wał obron­ny wraz z trze­ma drew­nia­ny­mi pół­zie­mian­ka­mi. Po­wstał tam rów­nież am­fi­te­atr oraz pię­tna­ście „miejsc ma­gicz­nych” — krę­gów od­po­czyn­ku, z któ­rych każ­dy ma swój nie­po­wta­rzal­ny cha­rak­ter, wśród nich: hi­sto­ria, zwy­cię­stwo, przy­jaźń czy za­du­ma. To ide­al­ne miej­sca na re­fle­ksję, choć trud­no po­wie­dzieć, czy ry­ce­rze mie­li czas na ta­kie lu­ksu­sy.

OD PÓŁZIEMIANKI DO ŚCIEŻKI Z KOSTKI – CZYLI JAK W TYSIĄC LAT PRZEJŚĆ OD BŁOTA DO BUDŻETU OBYWATELSKIEGO

Pod wzgórzem ukry­wa się la­bi­rynt pod­zie­mi, wy­żło­bio­ny pod­czas II woj­ny świa­to­wej. To nie­do­koń­czo­ny schron prze­ciw­lo­tni­czy dla sta­cjo­nu­ją­cych tu od­dzia­łów Wehr­ma­chtu, ad­mi­ni­stra­cji i lud­no­ści cy­wil­nej. Krę­te ko­ry­ta­rze i ko­mo­ry się­ga­ją­ce do ośmiu me­trów wy­so­ko­ści przy­po­mi­na­ją, że hi­sto­ria po­tra­fi być rów­nie za­wi­ła, co mrocz­na.

Wstęp na dzie­dzi­niec? Gra­tis! Za to wej­ście do mu­ze­um, i wie­żę już trze­ba za­pła­cić — w koń­cu nie każ­da przy­g­oda jest za dar­mo.
Zwie­dza­nie ca­łe­go zam­ko­we­go pa­kie­tu — mu­ze­um, wie­ży i re­zer­wa­tu ar­che­olo­gicz­ne­go — zaj­mie Ci oko­ło pół­to­rej go­dzi­ny. Mo­żesz iść na wła­sną rę­kę, ale je­śli wo­lisz, prze­wo­dnik z chę­cią opo­wie Ci wszyst­kie zam­ko­we se­kre­ty.
Fo­to­gra­fo­wać mo­żesz bez pro­ble­mu, pod wa­run­kiem, że sta­tyw i lam­pę bły­sko­wą zo­sta­wisz w do­mu — zam­ko­we du­chy nie prze­pa­da­ją za fle­szem.
Psy? Nie­ste­ty, tym ra­zem zo­sta­ją na ze­wnątrz.
Za­mek nie jest naj­le­piej przy­go­to­wa­ny dla osób z ogra­ni­cze­nia­mi ru­cho­wy­mi — zam­ko­we scho­dy by­wa­ją wy­ma­ga­ją­ce.
Jeśli pla­nu­jesz za­brać dro­na, pa­mię­taj, że obec­nie nie ma spe­cjal­nych ogra­ni­czeń do­ty­czą­cych lo­tów re­kre­acyj­nych nad zam­kiem — mi­mo to war­to za­cho­wać roz­wa­gę i sza­cu­nek dla miej­sca.

ZA DNIA HISTORIA, W NOCY SCENA – ZAMEK W TRYBIE PODSUMOWANIA

DOJAZD


Zamek stoi w samym ser­cu miej­skie­go zgieł­ku, więc do­tar­cie tu­taj ko­mu­ni­ka­cją pu­blicz­ną to pest­ka. Mo­żesz wsiąść w tram­waj — li­nię 21 z So­snow­ca, 22 z Cze­la­dzi lub 28 z Dą­bro­wy Gór­ni­czej. Je­śli wo­lisz au­to­bus, li­nia 40 z Ka­to­wic pod­wie­zie Cię pra­wie pod sa­me mu­ry. A je­śli zde­cy­du­jesz się na po­ciąg, przy­go­tuj się na oko­ło 15-mi­nu­to­wy spa­cer ze sta­cji Bę­dzin Mia­sto (1,2 km).

Jeśli wy­bie­rasz sa­mo­chód, zo­sta­wisz go wy­god­nie przy uli­cy Pod­zam­cze lub Ple­bań­skiej.

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. W. Błaszczyk: Bę­dzin przez wie­ki, Poz­nań 1982
  2. B. Guerquin: Zam­ki w Pol­sce, Ar­ka­dy 1984
  3. I. T. Kaczyńscy: Zam­ki w Pol­sce południowej, Mu­za SA 1999
  4. L. Kajzer, J. Salm, S. Ko­ło­dziej­ski: Lek­sy­kon zam­ków w Pol­sce, Stu­dio Ar­ta 2009
  5. B. Szczech: Mu­ze­um Za­głę­bia w Bę­dzi­nie 1916-1956-2016, Mu­ze­um Za­głę­bia 2018
  6. B. Szyndler: Iko­no­gra­fia zam­ku w Bę­dzi­nie
  7. A. Wagner: Mu­ro­wa­ne bu­do­wle obron­ne w Pol­sce X-XVIIw., Bel­lo­na 2019