
DZIEJE ZAMKU
Jeśli ufać temu, co zachowało się w źródłach, zamek wzniesiono z inicjatywy Henryka III głogowskiego (zm. 1309), który od chwili, gdy polityka stała się jego placem zabaw, wielokrotnie udowadniał, że układy i podchody nie są grą dla subtelnych dusz ani dla tych, którzy wyobrażają sobie, że władza rozgrywa sie w świecie grzecznościowych złudzeń. Dowiódł tego między innymi w 1294 roku, kiedy przejął sporne ziemie od swego stryjecznego brata, Henryka V Brzuchatego (zm. 1296), rozpoczynając operację od brutalnego wyciągnięcia go prosto z kąpieli, a kończąc wymuszeniem podpisania układu po kilku miesiącach trzymania w żelaznej skrzyni. W ten właśnie oto sposób, korzystając z techniki „wyciągnij i zapakuj” Po kolei: Najpierw ludzie Henryka III wyciągnęli z kąpieli niczego niespodziewającego się Henryka V Brzuchatego (zwanego też Tłustym lub Grubym) — nagiego, wkurzonego i już wtedy podejrzewającego, że to nie będzie jego dzień. Potem Henryk III zapakował Henryka V do ciasnej żelaznej skrzyni, gdzie ten spędzał czas w rytmie bólu i robactwa. Po pół roku Henrykowi V przeszła ochota na bohaterstwo i z ulgą podpisał wszystko, co mu podsunięto. A Henryk III głogowski? Cóż — dostał, co chciał, udowadniając, że w tej epoce „negocjacje” potrafiły być bardziej przekonujące niż jakiekolwiek argumenty. , zdobył ziemie, na których później wyrósł jego zamek.

Na początku XIV wieku Gosbinsdorf podlegało już księciu jaworskiemu
Henrykowi
(zm. 1346), który w 1318 oddał je wraz z 40-łanowym folwarkiem w lenno Gebhardtowi von Querenfurthe z bocznej linii hrabiów Mansfeld. Później majątek trafił do rodu von Redern, by w 1371 przejść w ręce (lub dzierżawę) Johanna von Greisslau, a od 1381 roku na dobre zagościć u rodziny von Warnsdorf, która utrzymała go przez kolejne 250 lat.

Jeszcze pod koniec XIV wieku, zapewne za czasów Melchiora von Warnsdorf, zamek rozbudowano w duchu gotyckim. Z czasem, gdy następne dekady przetaczały się niczym powolna fala po murach, warownia przyjmowała kolejne pokolenia jak scena nowych aktorów: Siegmunda (wzmiankowanego w 1489 i 1495), Fabiana (zm. 1522), a także jego synów Hansa oraz Kaspara (zm. 1541), którzy ją dziedziczyli, lecz traktowali raczej jak zastany porządek niż pole do popisu.


Dopiero na przełomie XVI i XVII wieku zamek doczekał się śmielszego gestu: Kacper von Warnsdorf zu Gussmansdorff uznał zapewne, że skoro epoka domaga się wygód, to i on dorzuci swoje trzy grosze, dodając do surowej gotyckiej bryły nowe skrzydła mieszkalne i ozdobne portale. Tak więc budowla, dotąd wierna średniowiecznej ascezie, przywdziała późnorenesansową, rezydencjonalną szatę, która choć nadal trzymała przybyszy na dystans, zaczęła choć odrobinę przypominać miejsce, gdzie da się żyć bez przekonania, że im gorzej, tym godniej.

XVIII wiek przyniósł kolejne przetasowania, kiedy ród von Bibran Modlau, obecny tu w latach 1635–1828, urządził rezydencję po swojemu i nadał jej wyraźnie uporządkowany charakter, który najwyraźniej miał wystarczyć na pokolenia. Gdy jego czas dobiegł końca, zamek trafił w ręce rodziny von Schoenberg i ich spadkobierców, więc zmieniły się nazwiska, a porządek trzeba było poukładać od nowa. To właśnie von Schoenbergowie zrobili z Gościszowa miejsce znane w całych Prusach, gdy w zamkowych wnętrzach zgromadzili kolekcję rzeźb i urządzili bibliotekę, do której trafiły listy oraz osobiste przyrządy Mikołaja Kopernika — i tak mała wieś stała się małym centrum zainteresowania, bo czasem wystarczy odrobina historii, by ludzie zaczęli widzieć pałac tam, gdzie stoi po prostu zamek z charakterem.

W 1930 roku kolejny właściciel, baron Friedrich Karl von Eggeling, postanowił przywrócić rezydencji renesansowy wygląd, ale historia szybko wybiła mu ten pomysł z głowy — za antyhitlerowską postawę i małżeństwo z Żydówką trafił bowiem do obozu, a jego plany zostały na papierze. W czasie drugiej wojny światowej obiekt zaczął żyć zupełnie innym rytmem: stał się przystanią antynazistowskiej opozycji, przez pewien czas kryjąc w swoich skromnych murach przyszłego prezydenta Niemiec,
Theodora Heussa
(zm. 1963).


Finał był już mniej subtelny — zimą 1945 roku Luftwaffe pomyłkowo zbombardowała zamek Niemieccy piloci zbombardowali zamek omyłkowo, biorąc jego sąsiedztwo za koncentrację wojsk rosyjskich — wywiad najwyraźniej uznał, że najlepiej strzelać najpierw, a sprawdzać dopiero potem. , który stanął w płomieniach, a jego stropy zapadły się pod siłą uderzeń, zostawiając po sobie jedynie pogorzelisko i nadpalone mury. Po wojnie objęto go programem nicnierobienia; w PRL‑u figurował jako „dobro państwowe”, czyli obiekt, który najlepiej zostawić, aż sam się rozpadnie. I rozpadał się zgodnie z planem pięcioletnim: co rok odpadał kawałek muru, co dwa lata strop, a urzędnicy byli zadowoleni, bo przynajmniej nie trzeba było tłumaczyć, że cegły są, ale w przyszłym kwartale, w innym województwie i tylko na papierze.


OPIS ZAMKU
Najstarsze murowane umocnienia w Gościszowie tworzył kolisty mur obwodowy o grubości dochodzącej do dwóch metrów, wyposażony w szeroką, bramę od strony wschodniej. Otwierała się ona w kierunku kościoła, co trudno uznać za przypadek, choć mur — w przeciwieństwie do jego fundatorów — nie miał w tej sprawie własnego zdania. Najpewniej był to po prostu niezbyt wyszukany przejazd przebity w murze, ujęty w starannie opracowany portal.

Część mieszkalną stanowiła piętrowa, podpiwniczona wieża na planie prostokąta około 8×10 metrów, posadowiona w południowo-zachodnim narożniku zamku, dokładnie naprzeciwko bramy. Mur i wieżę wzniesiono z kamieni łamanych, natomiast narożniki złożono z równych ciosów, na tyle solidnych, aby całość nie rozeszła się jak źle zszyty rękaw. Pomieszczenia parteru i piętra wieży miały osobne wejścia od strony zaułka muru, więc jeśli — przyjmijmy — jakaś Gertruda niosła na górę pieczeń i wybrała dolne drzwi, kończyła na parterze z obiadem w rękach, podczas gdy na piętrze można było już tylko snuć wizje i liczyć, że zapach wystarczy za posiłek.

Budynek wznosił się na co najmniej trzy kondygnacje, przy czym na piętro prowadziło wejście z korony muru obronnego, więc dostęp zaczynał się dopiero tam, gdzie kończyła się wygodna droga. Jego przyziemie i piwnicę zamknięto sklepieniem kolebkowym, ciężkim i odpornym, natomiast wyższe kondygnacje przykryto drewnianymi stropami, nadającymi wnętrzom solidny, a przy tym prosty charakter.


W XVI wieku przebudowa zamku całkowicie przeorganizowała sposób, w jaki funkcjonował dziedziniec. Od zachodu, południa i wschodu obudowano go zwartą zabudową mieszkalną, z elewacjami zwieńczonymi trójkątnymi szczytami i pokrytymi sgraffitem — tym samym ściany przestały być tylko tłem i zaczęły pracować na efekt. Całość otaczała fosa, przez którą przechodziło się mostem ku nowej, zachodniej bramie, podczas gdy dawna wschodnia brama przeszła na pół‑etat, z godnością emerytki dorabiającej do rycerskiej renty.


Portal główny przy zachodnim wejściu zachwycał bogactwem detali — półkolisty, z dyskretnym ukłonem w stronę łuku Konstantyna, choć w zdecydowanie bardziej lokalnym wydaniu. Flankują go dwie kolumny doryckie, które podtrzymują rozbudowany fryz złożony z dwóch rzędów po 8 herbów rodowych — razem 16 znaków, ułożonych równo, z powagą godną kamiennego protokołu.


Fryz zwieńczono kartuszem z herbami Kacpra von Warnsdorf i Heleny von Zedlitz-Leipe, podtrzymywanym przez gryfy i przedzielonym figurą Najświętszej Marii Panny, umieszczoną na cokole wspartym na agrafie Agrafa to taki ozdobny „korek” na samej górze łuku. Siedzi tam, patrzy na wszystko z góry i udaje, że trzyma całą konstrukcję w ryzach, choć w praktyce głównie robi klimat. Gdyby zniknęła, łuk by nie runął — ale wyglądałby jakby zapomniał dopiąć koszuli. . Całość dopełniały rzeźby i płaskorzeźby-personifikacje cnót: Męstwa, Roztropności, Umiarkowania, Miłosierdzia, Wiary i Nadziei — każdą z własnym gestem i wyrazem, tak że przechodzący pod portalem trafiał od razu pod spojrzenia całej tej kamiennej reprezentacji i mógł się tylko zastanawiać, która ze cnót najbardziej nie wierzy w jego intencje.

W skład zespołu rezydencjalnego wchodziły też budynki gospodarcze położone na północ od zamku, wśród nich najbardziej rozpoznawalny Dom Kawalerów — podcieniowy gmach, który na tle tej całej architektonicznej padliny wygląda, jakby czas miał dla niego wyjątkowo dużo litości.

ZWIEDZANIE
Do czasów współczesnych zachował się mur obwodowy, kilka ścian trzymających się głównie na słowo honoru, jakieś renesansowe szczyty, które wciąż nieśmiało wychylają się tu i ówdzie, podłe pozostałości zdobień, fragmenty kamieniarki okiennej — też podłe — a także resztki schodów oraz średniowieczne piwnice, w znacznej mierze zawalone gruzem. Całość, choć rozległa, może jednak subtelnie komplikować odbiór, ponieważ dzika roślinność potraktowała tę ruinę jak idealne miejsce na swój festiwal rozgaszczając się tu z pewnością siebie godną nowej administracji, która nie ma pojęcia, co robi, ale robi to z rozmachem.


Ruiny otwarte? Pewnie. Teraz to bardziej galeria „Śmieć jako manifest”, kuratorowana przez okolicznych mistrzów melinowego designu.


DOJAZD
Gościszów rozciąga się jak wstążka kilka kilometrów na południowy‑wschód od Nowogrodźca, przy drodze do Lwówka Śląskiego. Ruina zajmuje centralne miejsce we wsi, naprzeciwko szkoły podstawowej i w sąsiedztwie kościoła — który, jako najbliższy, automatycznie zostaje królem orientacji terenowej.
Dojazd? Autobusy PKS z Bolesławca, Nowogrodźca i Lwówka zatrzymują się tuż przy kościele, więc nawet jeśli ktoś przyjechał bez samochodu, nie zginie. Samo wejście do ruin to już mała przygoda: wąska, ukryta w zieleni ścieżka między kościołem a zamkiem, taka trochę tajemnicza i zachęcająca do eksploracji — choć trzeba przyznać, że ta eksploracja potrafi błyskawicznie stracić cały swój urok, kiedy człowiek zamiast tajemniczego szlaku odkrywa tor przeszkód z butelek, folii i resztek po lokalnych koneserach syfu — przygoda, owszem, ale bardziej w stylu „survival w śmietniku” niż romantyczne odkrywanie ruin.
Auto zostawiamy pod kościołem — stąd ścieżka do zamku jest praktycznie pod ręką.

WARTO ZOBACZYĆ
Stojący w pobliżu ruin kościół, dziś pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej, pojawia się w źródłach dopiero w 1305 roku, choć same mury mają ochotę krzyczeć „po 1233!”. Pierwotnie pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny i św. Jana Chrzciciela, kościół przetrwał kilka solidnych metamorfoz: w XVI wieku mieszkańcy przeszli na luteranizm razem z proboszczem Laurentiusem Wolfsdorfem, dobudowano zachodnią wieżę, a prezbiterium elegancko wydłużono.

Później wnętrze dostało renesansowy lifting (1595–1615), z kasetonowym sklepieniem nad nawą, a w XVII wieku dorzucono kryptę grobową, żeby było jeszcze poważniej. Katolicy wrócili tutaj w 1654 roku, a gdy po niemal 150 latach
Fryderyk Wilhelm III
ponownie oddał świątynię protestantom, luteranie znów mogli zamienić przepych na porządek zgodnie z tym ich talentem do odchudzania wnętrz.

Współcześnie kościół to prawdziwy miks języków stylistycznych, który wygląda jak kronika architektoniczna w miniaturze. Bazuje na późnoromańskim fundamencie – widzisz więc masywne piaskowcowe mury i pierwotne romańskie okna – ale już prezbiterium i apsyda zdradzają gotyckie smaczki: fryzy, sklepienia trójpolowe i detale roślinno-zwierzęce — i całość działa tak, że zamiast wyboru stylu masz je wszystkie naraz.

Dach dwuspadowy nad nawą i prezbiterium, wieża z XVI wieku z hełmem–iglicą i renesansowe wnętrze z ołtarzem, amboną i sakramentarium dopełniają mieszanki epok. Wszystko to daje efekt, w którym każda generacja zostawiała po sobie mały podpis — jak auto po trzech właścicielach: jeden zmienił felgi, drugi radio, a trzeci kolor — i wszystko zostało.


ZAMKI W POBLIŻU
- Radłówka – ruina zamku szlacheckiego z XVI w., 10 km
- Rakowice Wielkie – wieże mieszkalno-obronne z XV-XVI w., 10 km<
- Rząsiny – relikty zamku Podskale z XIII w., 11 km
- Płakowice – zamek szlachecki z XVI w., 16 km
- Warta Bolesławiecka – ruina zamku rycerskiego z XIV w., 20 km
- Proszówka – ruina zamku piastowskiego Gryf z XIII w., 22 km
- Zapusta – zamek piastowski Rajsko z XIII w., 22 km
- Kliczków – zamek książęcy z XIII-XVI w., 24 km
- Leśna – zamek Czocha z XIII/XIV w., 25 km
- Wleń – ruina zamku książęcego z XII-XIII w., 28 km