GOŚCISZÓW

ruina zamku książęcego

RUINY W GOŚCISZOWIE NIE PRÓBUJĄ BYĆ ŁADNE — SĄ SZCZERE DO BÓLU, POKAZUJĄC, JAK WYGLĄDA ZANIEDBANIE W PRAKTYCE

DZIEJE ZAMKU


Jeśli ufać temu, co za­cho­wa­ło się w źró­dłach, za­mek wznie­sio­no z ini­cja­ty­wy Hen­ry­ka III gło­go­wskie­go (zm. 1309), któ­ry od chwi­li, gdy po­li­ty­ka sta­ła się je­go pla­cem za­baw, wie­lo­kro­tnie udo­wa­dniał, że ukła­dy i pod­cho­dy nie są grą dla sub­tel­nych dusz ani dla tych, któ­rzy wy­obra­ża­ją so­bie, że wła­dza roz­gry­wa sie w świe­cie grze­czno­ścio­wych złu­dzeń. Do­wiódł te­go mię­dzy in­ny­mi w 1294 ro­ku, kie­dy prze­jął spor­ne zie­mie od swe­go stry­je­czne­go bra­ta, Hen­ry­ka V Brzu­cha­te­go (zm. 1296), roz­po­czy­na­jąc ope­ra­cję od bru­tal­ne­go wy­ciąg­nię­cia go pro­sto z ką­pie­li, a koń­cząc wy­mu­sze­niem pod­pi­sa­nia ukła­du po kil­ku mie­sią­cach trzy­ma­nia w że­la­znej skrzy­ni. W ten wła­śnie oto spo­sób, ko­rzy­sta­jąc z tech­ni­ki „wy­ciąg­nij i za­pa­kuj” Po kolei: Najpierw ludzie Henryka III wyciągnęli z kąpieli niczego niespodziewającego się Henryka V Brzuchatego (zwanego też Tłustym lub Grubym) — nagiego, wkurzonego i już wtedy podejrzewającego, że to nie będzie jego dzień. Potem Henryk III zapakował Henryka V do ciasnej żelaznej skrzyni, gdzie ten spędzał czas w rytmie bólu i robactwa. Po pół roku Henrykowi V przeszła ochota na bohaterstwo i z ulgą podpisał wszystko, co mu podsunięto. A Henryk III głogowski? Cóż — dostał, co chciał, udowadniając, że w tej epoce „negocjacje” potrafiły być bardziej przekonujące niż jakiekolwiek argumenty. , zdo­był zie­mie, na któ­rych póź­niej wy­rósł je­go za­mek.

COFAMY SIĘ O PÓŁ WIEKU. NA PIERWSZYM PLANIE WIDZIMY DAWNY FOLWARK, ZA NIM ZAMEK JUŻ W ROZKŁADZIE — ALE JESZCZE W WERSJI PREMIUM: „WYGLĄDA ŹLE, LECZ PRZYNAJMNIEJ ROBI KLIMAT” — A DALEJ KOŚCIÓŁ MATKI BOŻEJ CZĘSTOCHOWSKIEJ, KTÓRY JAKBY NIE UCZESTNICZY W TYM EKSPERYMENCIE. (1960-70)

Na początku XIV wie­ku Go­sbin­sdorf pod­le­ga­ło już księ­ciu ja­wor­skie­mu Hen­ry­ko­wi (zm. 1346), któ­ry w 1318 od­dał je wraz z 40-ła­no­wym fol­war­kiem w len­no Ge­bhard­to­wi von Que­ren­fur­the z bo­cznej li­nii hra­biów Man­sfeld. Póź­niej ma­ją­tek tra­fił do ro­du von Re­dern, by w 1371 przejść w rę­ce (lub dzier­ża­wę) Jo­han­na von Greis­slau, a od 1381 ro­ku na do­bre za­go­ścić u ro­dzi­ny von Warn­sdorf, któ­ra utrzy­ma­ła go przez ko­lej­ne 250 lat.

I ZNOWU SKOK WSTECZ O 50 LAT: MURY JUŻ LEKKO ZMĘCZONE, ALE CAŁOŚĆ WCIĄŻ TRZYMA STYL, A ELEGANCKIE CEBULASTE HEŁMY ROBIĄ TU CAŁĄ SCENĘ (OKOŁO 1910)

Jeszcze pod koniec XIV wie­ku, za­pew­ne za cza­sów Mel­chio­ra von Warn­sdorf, za­mek roz­bu­do­wa­no w du­chu go­ty­ckim. Z cza­sem, gdy na­stęp­ne de­ka­dy prze­ta­cza­ły się ni­czym po­wol­na fa­la po mu­rach, wa­ro­wnia przyj­mo­wa­ła ko­lej­ne po­ko­le­nia jak sce­na no­wych akto­rów: Sieg­mun­da (wzmian­ko­wa­ne­go w 1489 i 1495), Fa­bia­na (zm. 1522), a tak­że je­go sy­nów Han­sa oraz Ka­spa­ra (zm. 1541), któ­rzy ją dzie­dzi­czy­li, lecz trak­to­wa­li ra­czej jak za­sta­ny po­rzą­dek niż po­le do po­pi­su.

POŁUDNIOWA ELEWACJA ZAMKU W LATACH 30. XX WIEKU JESZCZE MA CIĄGŁOŚĆ, DZIŚ MA JUŻ GŁÓWNIE PRZERWY. RÓŻNICA NIE POTRZEBUJE KOMENTARZA, ALE I TAK SIĘ NARZUCA.

Dopiero na prze­ło­mie XVI i XVII wie­ku za­mek do­cze­kał się śmiel­sze­go ge­stu: Ka­cper von Warn­sdorf zu Guss­mans­dorff uznał za­pew­ne, że sko­ro epo­ka do­ma­ga się wy­gód, to i on do­rzu­ci swo­je trzy gro­sze, do­da­jąc do su­ro­wej go­ty­ckiej bry­ły no­we skrzy­dła miesz­kal­ne i ozdo­bne por­ta­le. Tak więc bu­do­wla, do­tąd wier­na śre­dnio­wie­cznej asce­zie, przy­wdzia­ła póź­no­re­ne­san­so­wą, re­zy­den­cjonal­ną sza­tę, któ­ra choć na­dal trzy­ma­ła przy­by­szy na dy­stans, za­czę­ła choć odro­bi­nę przy­po­mi­nać miej­sce, gdzie da się żyć bez prze­ko­na­nia, że im go­rzej, tym god­niej.

MOŻE I TO CYFROWA WERSJA WIZJI WERNERA Z XVIII WIEKU, ALE PRZYNAJMNIEJ WIDAĆ, JAK PIĘKNIE TEN ZAMEK WYGLĄDA, GDY NIKT GO NIE UŻYWA 😄

XVIII wiek przy­niósł ko­lej­ne prze­ta­so­wa­nia, kie­dy ród von Bi­bran Mo­dlau, obec­ny tu w la­tach 1635–1828, urzą­dził re­zy­den­cję po swo­je­mu i na­dał jej wy­ra­źnie upo­rząd­ko­wa­ny cha­ra­kter, któ­ry naj­wy­ra­źniej miał wy­star­czyć na po­ko­le­nia. Gdy je­go czas do­biegł koń­ca, za­mek tra­fił w rę­ce ro­dzi­ny von Schoen­berg i ich spad­ko­bier­ców, więc zmie­ni­ły się na­zwi­ska, a po­rzą­dek trze­ba by­ło po­ukła­dać od no­wa. To wła­śnie von Scho­en­ber­go­wie zro­bi­li z Go­ści­szo­wa miej­sce zna­ne w ca­łych Pru­sach, gdy w zam­ko­wych wnę­trzach zgro­ma­dzi­li ko­le­kcję rzeźb i urzą­dzi­li bi­blio­te­kę, do któ­rej tra­fi­ły li­sty oraz oso­bi­ste przy­rzą­dy Mi­ko­ła­ja Ko­per­ni­ka — i tak ma­ła wieś sta­ła się ma­łym cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, bo cza­sem wy­star­czy odro­bi­na hi­sto­rii, by lu­dzie za­czę­li wi­dzieć pa­łac tam, gdzie stoi po pro­stu za­mek z cha­ra­kte­rem.

LITOGRAFIA T. BLATTERBAUERA Z DRUGIEJ POŁOWY XIX WIEKU POKAZUJE ZACHODNIĄ ELEWACJĘ ZAMKU W NASTROJU TAK GRZECZNYM, ŻE AŻ PROSI SIĘ O JAKIŚ SKANDAL DLA RÓWNOWAGI

W 1930 roku ko­lej­ny wła­ści­ciel, ba­ron Frie­drich Karl von Eg­ge­ling, po­sta­no­wił przy­wró­cić re­zy­den­cji re­ne­san­so­wy wy­gląd, ale hi­sto­ria szyb­ko wy­bi­ła mu ten po­mysł z gło­wy — za an­ty­hi­tle­ro­wską po­sta­wę i mał­że­ństwo z Ży­dów­ką tra­fił bo­wiem do obo­zu, a je­go pla­ny zo­sta­ły na pa­pie­rze. W cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej obiekt za­czął żyć zu­peł­nie in­nym ryt­mem: stał się przy­sta­nią an­ty­na­zi­sto­wskiej opo­zy­cji, przez pe­wien czas kry­jąc w swo­ich skrom­nych mu­rach przy­szłe­go pre­zy­den­ta Nie­miec, The­odo­ra Heus­sa (zm. 1963).

LATA 30. XX WIEKU: ŚWIATŁO OPADA NA TKANINY, CISZA UKŁADA SIĘ MIĘDZY KOLUMNAMI — TAK PIĘKNIE, ŻE AŻ NIE WYPADA PRZYPOMINAĆ, JAK KRÓTKO TO POTRWA

Finał był już mniej sub­tel­ny — zi­mą 1945 ro­ku Luft­wa­ffe po­mył­ko­wo zbom­bar­do­wa­ła za­mek Niemieccy piloci zbombardowali zamek omyłkowo, biorąc jego sąsiedztwo za koncentrację wojsk rosyjskich — wywiad najwyraźniej uznał, że najlepiej strzelać najpierw, a sprawdzać dopiero potem. , któ­ry sta­nął w pło­mie­niach, a je­go stro­py za­pa­dły się pod si­łą ude­rzeń, zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie po­go­rze­li­sko i nad­pa­lo­ne mu­ry. Po woj­nie obję­to go pro­gra­mem nic­nie­ro­bie­nia; w PRL‑u fi­gu­ro­wał ja­ko „do­bro pań­stwo­we”, czy­li obiekt, któ­ry naj­le­piej zo­sta­wić, aż sam się roz­pa­dnie. I roz­pa­dał się zgod­nie z pla­nem pię­cio­le­tnim: co rok od­pa­dał ka­wa­łek mu­ru, co dwa la­ta strop, a urzęd­ni­cy by­li za­do­wo­le­ni, bo przy­naj­mniej nie trze­ba by­ło tłu­ma­czyć, że ce­gły są, ale w przy­szłym kwar­ta­le, w in­nym wo­je­wódz­twie i tyl­ko na pa­pie­rze.

WIEK XXI: ŚWIATŁO NADAL GRA NA TYCH MURACH — TYLE ŻE TERAZ MA ZNACZNIE MNIEJ PRZESZKÓD, BO SUFIT POSTANOWIŁ ZROBIĆ MU PRZEJŚCIE

OPIS ZAMKU


Najstarsze murowane umo­cnie­nia w Go­ści­szo­wie two­rzył ko­li­sty mur obwo­do­wy o gru­bo­ści do­cho­dzą­cej do dwóch me­trów, wy­po­sa­żo­ny w sze­ro­ką, bra­mę od stro­ny wscho­dniej. Otwie­ra­ła się ona w kie­run­ku ko­ścio­ła, co trud­no uznać za przy­pa­dek, choć mur — w prze­ci­wień­stwie do je­go fun­da­to­rów — nie miał w tej spra­wie wła­sne­go zda­nia. Naj­pew­niej był to po pro­stu nie­zbyt wy­szu­ka­ny prze­jazd prze­bi­ty w mu­rze, uję­ty w sta­ran­nie opra­co­wa­ny por­tal.

ŚREDNIOWIECZNY MUR OBRONNY O GRUBOŚCI 2 METRÓW. KTOŚ TU NAPRAWDĘ NIE LUBIŁ SĄSIADÓW.

Część mieszkalną sta­no­wi­ła pię­tro­wa, pod­pi­wni­czo­na wie­ża na pla­nie pro­sto­ką­ta oko­ło 8×10 me­trów, po­sa­do­wio­na w po­łu­dnio­wo-za­cho­dnim na­ro­żni­ku zam­ku, do­kła­dnie na­prze­ciw­ko bra­my. Mur i wie­żę wznie­sio­no z ka­mie­ni ła­ma­nych, na­to­miast na­ro­żni­ki zło­żo­no z rów­nych cio­sów, na ty­le so­lid­nych, aby ca­łość nie ro­ze­szła się jak źle zszy­ty rę­kaw. Po­mie­szcze­nia par­te­ru i pię­tra wie­ży mia­ły oso­bne wej­ścia od stro­ny za­uł­ka mu­ru, więc je­śli — przyj­mij­my — ja­kaś Ger­tru­da nio­sła na gó­rę pie­czeń i wy­bra­ła dol­ne drzwi, koń­czy­ła na par­te­rze z obia­dem w rę­kach, pod­czas gdy na pię­trze moż­na by­ło już tyl­ko snuć wi­zje i li­czyć, że za­pach wy­star­czy za po­si­łek.

FASADA JESZCZE STROJNA, CHOĆ JUŻ MOCNO POOBIJANA PRZEZ CZAS, A ZA NIĄ SIEDZI PRAWDZIWY PRZODEK TEGO ZAŁOŻENIA: ŚREDNIOWIECZNA WIEŻA, CZYLI TEN ELEMENT, KTÓRY BYŁ TU ZANIM RESZTA ZACZĘŁA SIĘ ROZRASTAĆ I OZDABIAĆ (1958)

Budynek wznosił się na co naj­mniej trzy kon­dy­gna­cje, przy czym na pię­tro pro­wa­dzi­ło wej­ście z ko­ro­ny mu­ru obron­ne­go, więc do­stęp za­czy­nał się do­pie­ro tam, gdzie koń­czy­ła się wy­go­dna dro­ga. Je­go przy­zie­mie i piw­ni­cę zam­knię­to skle­pie­niem ko­leb­ko­wym, cięż­kim i od­por­nym, na­to­miast wyż­sze kon­dy­gna­cje przy­kry­to drew­nia­ny­mi stro­pa­mi, na­da­ją­cy­mi wnę­trzom so­lid­ny, a przy tym pro­sty cha­ra­kter.

PLAN ZAMKU W GOŚCISZOWIE: 1. ŚREDNIOWIECZNY MUR OBRONNY — NAJPROSTSZA FORMA DYSTANSU SPOŁECZNEGO, 2. BRAMA WSCHODNIA — ZERO OZDÓB, ZERO FILOZOFII — OTWIERA SIĘ I ZAMYKA, 3. WIEŻA MIESZKALNA — NAJWYŻSZY ADRES W OKOLICY, DOSŁOWNIE, 4. BUDYNKI RENESANSOWE — TUTAJ ZAMEK ZACZYNAŁ SIĘ STROIĆ, 5. NOWA BRAMA (ZACHODNIA) — BO JAK ROBIĆ WEJŚCIE, TO Z ODROBINĄ TEATRU, 6. MOST — JUŻ NIEZWODZONY, BO W PEWNYM MOMENCIE WSZYSCY UZNALI, ŻE CHYBA NIE MA CO SIĘ TAK SPINAĆ, 7. FOSA — NA WYPADEK, GDYBY KTOŚ NIE ZROZUMIAŁ ALUZJI Z MUREM

W XVI wieku prze­bu­do­wa zam­ku cał­ko­wi­cie prze­or­ga­ni­zo­wa­ła spo­sób, w ja­ki funk­cjo­no­wał dzie­dzi­niec. Od za­cho­du, po­łu­dnia i wscho­du obu­do­wa­no go zwar­tą za­bu­do­wą miesz­kal­ną, z ele­wa­cja­mi zwień­czo­ny­mi trój­kąt­ny­mi szczy­ta­mi i po­kry­ty­mi sgraf­fi­tem — tym samym ścia­ny prze­sta­ły być tyl­ko tłem i za­czę­ły pra­co­wać na efekt. Ca­łość ota­cza­ła fo­sa, przez któ­rą prze­cho­dzi­ło się mo­stem ku no­wej, za­cho­dniej bra­mie, pod­czas gdy daw­na wscho­dnia bra­ma prze­szła na pół‑etat, z god­no­ścią eme­ry­tki do­ra­bia­ją­cej do ry­cer­skiej ren­ty.

WSCHODNIA BRAMA OD XVI WIEKU PRACOWAŁA NA PÓŁ ETATU, Z GODNOŚCIĄ EMERYTKI, KTÓRA JUŻ NICZEGO NIE MUSIAŁA, ALE WCIĄŻ WYGLĄDAŁA, JAKBY JESZCZE MOGŁA

DZIŚ TA SAMA BRAMA WPUSZCZA GŁÓWNIE TYCH, KTÓRZY SZUKAJĄ „KLIMATU”, A KOŃCZĄ NA TANIM WINIE I BARDZO GŁĘBOKICH WNIOSKACH PO DRUGIM ŁYKU

Portal główny przy za­cho­dnim wej­ściu za­chwy­cał bo­ga­ctwem de­ta­li — pół­ko­li­sty, z dy­skre­tnym ukło­nem w stro­nę łu­ku Kon­stan­ty­na, choć w zde­cy­do­wa­nie bar­dziej lo­kal­nym wy­da­niu. Flan­ku­ją go dwie ko­lum­ny do­ry­ckie, któ­re pod­trzy­mu­ją roz­bu­do­wa­ny fryz zło­żo­ny z dwóch rzę­dów po 8 her­bów ro­do­wych — ra­zem 16 zna­ków, uło­żo­nych rów­no, z po­wa­gą god­ną ka­mien­ne­go pro­to­ko­łu.

PORTAL ZACHODNI ŁUKIEM SIĘ DOMYKA, A NAD NIM HERBY W DWIE KONDYGNACJE WZNIESIONE, PRZETO WIDAĆ WOLĘ FUNDATORÓW, CO W KAMIENIU SOBIE TRON UCZYNILI KU CHWALE I PRÓŻNOŚCI (1910)

PORTAL NIEGDYŚ ZACHODNI ŁUKIEM SIĘ PYSZNIŁ, DZIŚ DESKAMI ZAKLĘTY, A HERBY NAD NIM W STAROŚCI SWEJ TRWAJĄ NICZYM ŚWIADKOWIE, KTÓRYM PAMIĘĆ JUŻ OMSZAŁA

Fryz zwieńczono kar­tu­szem z her­ba­mi Ka­cpra von Warn­sdorf i He­le­ny von Zed­litz-Lei­pe, pod­trzy­my­wa­nym przez gry­fy i prze­dzie­lo­nym fi­gu­rą Naj­świę­tszej Ma­rii Pan­ny, umie­szczo­ną na co­ko­le wspar­tym na agra­fie Agrafa to taki ozdobny „korek” na samej górze łuku. Siedzi tam, patrzy na wszystko z góry i udaje, że trzyma całą konstrukcję w ryzach, choć w praktyce głównie robi klimat. Gdyby zniknęła, łuk by nie runął — ale wyglądałby jakby zapomniał dopiąć koszuli. . Ca­łość do­peł­nia­ły rzeź­by i pła­sko­rzeź­by-per­so­ni­fi­ka­cje cnót: Mę­stwa, Roz­tro­pno­ści, Umiar­ko­wa­nia, Mi­ło­sier­dzia, Wia­ry i Na­dziei — każ­dą z wła­snym ge­stem i wy­ra­zem, tak że prze­cho­dzą­cy pod por­ta­lem tra­fiał od ra­zu pod spoj­rze­nia ca­łej tej ka­mien­nej re­pre­zen­ta­cji i mógł się tyl­ko za­sta­na­wiać, któ­ra ze cnót naj­bar­dziej nie wie­rzy w je­go in­ten­cje.

1903: ELEWACJA ZACHODNIA WYGLĄDA, JAKBY MIAŁA GORSZY DZIEŃ OD JAKICHŚ DWUSTU LAT, ALE PORTAL TRZYMA FORMĘ, A BAROKOWE RZEŹBY, CHOĆ TEŻ JUŻ LEKKO STYRANE, WCIĄŻ ROBIĄ TU NAJŁADNIEJSZY AKCENT

W skład zespołu re­zy­den­cjal­ne­go wcho­dziły też bu­dyn­ki go­spo­dar­cze po­ło­żo­ne na pół­noc od zam­ku, wśród nich naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­ny Dom Ka­wa­le­rów — pod­cie­nio­wy gmach, któ­ry na tle tej ca­łej ar­chi­te­kto­ni­cznej pad­li­ny wy­glą­da, jak­by czas miał dla nie­go wy­jąt­ko­wo du­żo li­to­ści.

W CAŁYM TYM ARCHITEKTONICZNYM POGORZELISKU DOM KAWALERÓW ZACHOWUJE SIĘ Z GODNOŚCIĄ, KTÓRA AŻ DRAŻNI

ZWIEDZANIE


Do czasów współ­cze­snych za­cho­wał się mur obwo­do­wy, kil­ka ścian trzy­ma­ją­cych się głów­nie na sło­wo ho­no­ru, ja­kieś re­ne­san­so­we szczy­ty, któ­re wciąż nie­śmia­ło wy­chy­la­ją się tu i ów­dzie, po­dłe po­zo­sta­ło­ści zdo­bień, frag­men­ty ka­mie­niar­ki okien­nej — też po­dłe — a tak­że reszt­ki scho­dów oraz śre­dnio­wie­czne piw­ni­ce, w znacz­nej mie­rze za­wa­lo­ne gru­zem. Ca­łość, choć roz­le­gła, mo­że jed­nak sub­tel­nie kom­pli­ko­wać od­biór, po­nie­waż dzi­ka ro­ślin­ność po­tra­kto­wa­ła tę ru­inę jak ide­al­ne miej­sce na swój fe­sti­wal roz­ga­szcza­jąc się tu z pew­no­ścią sie­bie god­ną no­wej admi­ni­stra­cji, któ­ra nie ma po­ję­cia, co ro­bi, ale ro­bi to z roz­ma­chem.

ŚCIANY TRZYMAJĄ SIĘ NA RESZTKACH GODNOŚCI, A ROŚLINNOŚĆ NA PEŁNEJ BEZCZELNOŚCI — I TO ONA TU WYZNACZA STANDARDY
Ruiny otwar­te? Pew­nie. Te­raz to bar­dziej ga­le­ria „Śmieć ja­ko ma­ni­fest”, ku­ra­to­ro­wa­na przez oko­li­cznych mi­strzów me­li­no­we­go de­sig­nu.

FAJRANT – WIŚNIOWA SYMFONIA PREMIUM, OTULAJĄCA PODNIEBIENIE JAK KASZMIROWY WELON, Z DELIKATNYM, KARTONOWYM NIUANSEM NADAJĄCYM CAŁOŚCI SUROWĄ SZLACHETNOŚĆ

DOJAZD


Gościszów roz­cią­ga się jak wstąż­ka kil­ka ki­lo­me­trów na po­łu­dnio­wy‑wschód od No­wo­grodź­ca, przy dro­dze do Lwów­ka Ślą­skie­go. Ru­ina zaj­mu­je cen­tral­ne miej­sce we wsi, na­prze­ciw­ko szko­ły pod­sta­wo­wej i w są­siedz­twie ko­ścio­ła — któ­ry, ja­ko naj­bliż­szy, au­to­ma­ty­cznie zo­sta­je kró­lem orien­ta­cji te­re­no­wej.

Dojazd? Au­to­bu­sy PKS z Bo­le­sław­ca, No­wo­grodź­ca i Lwów­ka za­trzy­mu­ją się tuż przy ko­ście­le, więc na­wet je­śli ktoś przy­je­chał bez sa­mo­cho­du, nie zgi­nie. Sa­mo wej­ście do ru­in to już ma­ła przy­go­da: wą­ska, ukry­ta w zie­le­ni ścież­ka mię­dzy ko­ścio­łem a zam­kiem, ta­ka tro­chę ta­jem­ni­cza i za­chę­ca­ją­ca do eks­plo­ra­cji — choć trze­ba przy­znać, że ta eks­plo­ra­cja po­tra­fi bły­ska­wi­cznie stra­cić ca­ły swój urok, kie­dy czło­wiek za­miast ta­jem­ni­cze­go szla­ku od­kry­wa tor prze­szkód z bu­te­lek, fo­lii i re­sztek po lo­kal­nych ko­ne­se­rach sy­fu — przy­go­da, owszem, ale bar­dziej w sty­lu „sur­vi­val w śmie­tni­ku” niż ro­man­ty­czne od­kry­wa­nie ru­in.

Auto zo­sta­wia­my pod ko­ścio­łem — stąd ścież­ka do zam­ku jest prak­ty­cznie pod rę­ką.

MOŻNA POD KOŚCIOŁEM, ALE MOŻNA TEŻ PRZY DAWNYM BUDYNKU FOLWARCZNYM – TO IDEALNE MIEJSCE, JEŚLI LUBISZ PARKOWAĆ Z KLIMATEM I LEKKIM POCZUCIEM WINY

WARTO ZOBACZYĆ


Stojący w pobliżu ru­in ko­ściół, dziś pod we­zwa­niem Ma­tki Bo­żej Czę­sto­cho­wskiej, po­ja­wia się w źró­dłach do­pie­ro w 1305 ro­ku, choć sa­me mu­ry ma­ją ocho­tę krzy­czeć „po 1233!”. Pier­wo­tnie pod we­zwa­niem Naj­świę­tszej Ma­ryi Pan­ny i św. Ja­na Chrzci­cie­la, ko­ściół prze­trwał kil­ka so­lid­nych me­ta­mor­foz: w XVI wie­ku miesz­kań­cy prze­szli na lu­te­ra­nizm ra­zem z pro­bo­szczem Lau­ren­tiu­sem Wolf­sdor­fem, do­bu­do­wa­no za­cho­dnią wie­żę, a pre­zbi­te­rium ele­gan­cko wy­dłu­żo­no.

Później wnętrze do­sta­ło re­ne­san­so­wy li­fting (1595–1615), z ka­se­to­no­wym skle­pie­niem nad na­wą, a w XVII wie­ku do­rzu­co­no kry­ptę gro­bo­wą, że­by by­ło jesz­cze po­waż­niej. Ka­to­li­cy wró­ci­li tu­taj w 1654 ro­ku, a gdy po nie­mal 150 la­tach Fry­de­ryk Wil­helm III po­no­wnie od­dał świą­ty­nię pro­te­stan­tom, lu­te­ra­nie znów mo­gli za­mie­nić prze­pych na po­rzą­dek zgod­nie z tym ich ta­len­tem do od­chu­dza­nia wnętrz.

Współcześnie kościół to praw­dzi­wy miks ję­zy­ków sty­li­sty­cznych, któ­ry wy­glą­da jak kro­ni­ka ar­chi­te­kto­ni­czna w mi­nia­tu­rze. Ba­zu­je na póź­no­ro­ma­ńskim fun­da­men­cie – wi­dzisz więc ma­syw­ne pia­sko­wco­we mu­ry i pier­wo­tne ro­mań­skie okna – ale już pre­zbi­te­rium i apsy­da zdra­dza­ją go­ty­ckie sma­czki: fry­zy, skle­pie­nia trój­po­lo­we i de­ta­le ro­ślin­no-zwie­rzę­ce — i ca­łość dzia­ła tak, że za­miast wy­bo­ru sty­lu masz je wszy­stkie na­raz.

Dach dwuspadowy nad na­wą i pre­zbi­te­rium, wie­ża z XVI wie­ku z heł­mem–igli­cą i re­ne­san­so­we wnę­trze z oł­ta­rzem, am­bo­ną i sa­kra­men­ta­rium do­peł­nia­ją mie­szan­ki epok. Wszy­stko to da­je efekt, w któ­rym każ­da ge­ne­ra­cja zo­sta­wia­ła po so­bie ma­ły pod­pis — jak au­to po trzech wła­ści­cie­lach: je­den zmie­nił fel­gi, dru­gi ra­dio, a trze­ci ko­lor — i wszy­stko zo­sta­ło.

ZAMKI W POBLIŻU