GŁOGÓW

zamek książąt głogowskich

OD PIASTÓW PO HABSBURGÓW, OD CZESKICH KRÓLÓW PO PRUSKICH URZĘDNIKÓW – PRZEZ BRAMY TEGO ZAMKU PRZECHODZIŁA HISTORIA ŚLĄSKA W NIEMAL KAŻDEJ DOSTĘPNEJ ODSŁONIE

DZIEJE ZAMKU


W podręcznikowej le­gen­dzie gło­go­wski gród ja­wi się ja­ko tar­cza, któ­ra w 1109 ro­ku bez­ce­re­mo­nia­lnie za­trzy­ma­ła im­pe­rial­ne am­bi­cje ce­sa­rza Hen­ry­ka V W 1109 roku cesarz Henryk V stanął pod Głogowem. Kiedy mieszkańcy odmówili kapitulacji, dzieci oddane wcześniej jako zakładnicy przywiązano do machin oblężniczych i poprowadzono pod mury grodu. Manewr nie przyniósł cesarzowi zwycięstwa, za to zapewnił mu miejsce wśród autorów pomysłów, które nawet po dziewięciu stuleciach trudno uznać za szczególnie chwalebne. . Scho­dząc jed­nak na zie­mię – a kon­kre­tnie w bło­ta odrzań­skie­go Ostro­wa Tum­skie­go – wa­ro­wnia mia­ła rów­nież zna­cznie bar­dziej przy­ziem­ne za­da­nia. Pil­no­wa­ła stra­te­gi­czne­go bro­du i, co rów­nie isto­tne, czu­wa­ła nad tym, by każ­dy ku­piec prze­kra­cza­ją­cy Odrę od­po­wie­dnio za­si­lił ksią­żę­cą sa­kie­wkę.

HIPOTETYCZNA REKONSTRUKCJA GRODU POKAZUJE MIEJSCE, KTÓRE W 1109 ROKU ZASŁYNĘŁO OBRONĄ PRZED HENRYKIEM V, CHOCIAŻ DLA MIEJSCOWEGO KSIĘCIA RÓWNIE WAŻNE BYŁO TO, ŻE KAŻDY PRZEKRACZAJĄCY ODRĘ KUPIEC ZOSTAWIAŁ TU CZĄSTKĘ SWOJEGO MAJĄTKU

O tym, kto dokładnie za­rzą­dzał gro­dem w pier­wszych de­ka­dach je­go istnie­nia, wie­my w isto­cie bar­dzo nie­wie­le. Wia­do­mo na­to­miast, że po roz­bi­ciu dziel­ni­co­wym Rozbicie dzielnicowe to okres, w którym Polska została podzielona między synów Bolesława Krzywoustego, jakby każdy z nich koniecznie musiał mieć własny kawałek państwa do testowania pomysłów. Książęta zamiast współpracować, często rywalizowali, co sprawiało, że granice między dzielnicami zmieniały się szybciej niż ich nastroje. W efekcie zjednoczenie kraju zajęło ponad sto lat, bo każdy z władców uważał, że to właśnie jego wersja Polski jest tą „prawdziwą”. miej­sce szyb­ko do­ce­ni­li ksią­żę­ta ślą­scy. Trud­no zre­sztą by­ło przejść obo­ję­tnie obok pun­ktu, przez któ­ry prze­wi­ja­ły się to­wa­ry, ku­pcy i pie­nią­dze. W śre­dnio­wie­czu by­ła to kom­bi­na­cja rów­nie ku­szą­ca jak dziś wła­sny ter­mi­nal kon­te­ne­ro­wy, au­to­stra­da i urząd skar­bo­wy po­sta­wio­ne obok sie­bie.

DREWNIANA NAWIERZCHNIA ULICY Z XI WIEKU POKAZUJE, JAK WYGLĄDAŁA CODZIENNOŚĆ GRODU NA ODRZAŃSKICH MOKRADŁACH — LEGENDY O BOHATERACH BRZMIĄ PIĘKNIE, ALE NAJPIERW TRZEBA BYŁO NIE UTONĄĆ W BŁOCIE

Ta prowizoryczna sta­bi­li­za­cja pę­kła w 1177 ro­ku, gdy sy­no­wie Wła­dy­sła­wa (Wy­gna­ńca), Bo­le­sław (Wy­so­ki) i Mie­szko (Plą­to­no­gi), uzna­li otwar­tą woj­nę za naj­wy­go­dniej­szy in­stru­ment ne­go­cja­cyj­ny w kwe­stii po­dzia­łu ma­ją­tku. Do bra­ter­skiej awan­tu­ry skwa­pli­wie do­łą­czył naj­mło­dszy z ro­dzeń­stwa, Kon­rad (La­sko­no­gi). Wy­ka­zał się on na ty­le sil­ną de­ter­mi­na­cją, że osta­te­cznie za­bez­pie­czył dla sie­bie Gło­gów, a od księ­cia se­nio­ra uzy­skał na­wet dum­ny ty­tuł mar­gra­bie­go gło­go­wskie­goGlo­go­vien­sis mar­chie prin­ci­pea cre­at – co bez wąt­pie­nia za­spo­ka­ja­ło je­go am­bi­cje, cho­ciaż re­al­ne pa­no­wa­nie na tym pod­mo­kłym po­gra­ni­czu po­zo­sta­wa­ło ra­czej w sfe­rze po­bo­żnych ży­czeń niż twar­dych fa­któw.

NA PRZEDWOJENNEJ FOTOGRAFII WIDAĆ REZYDENCJĘ JESZCZE NIEŚWIADOMĄ NADCHODZĄCYCH KŁOPOTÓW, WSPÓŁCZESNY KADR POKAZUJE NATOMIAST, ŻE ZNISZCZENIE NIE PRZEKREŚLA PRZYSZŁOŚCI, JEŚLI ZNAJDZIE SIĘ WOLA ODBUDOWY

Śmierć bezdzietnego Kon­ra­da da­ła Hen­ry­ko­wi Bro­da­te­mu wolną rękę do prze­ję­cia Gło­go­wa, a ten oko­ło 1230 ro­ku szyb­ko zorien­to­wał się, że zna­cze­nie sta­re­go gro­du to­pnie­je do­kła­dnie w tym sa­mym tem­pie, w ja­kim po dru­giej stro­nie Odry rósł ośro­dek sku­pia­ją­cy han­del, kup­ców i pie­nią­dze. Ksią­żę nie za­mie­rzał więc wda­wać się w po­je­dy­nek z eko­no­mią i za­miast kur­czo­wo trzy­mać się gro­du, z któ­re­go han­del po­wo­li wy­pro­wa­dzał się bez sło­wa po­że­gna­nia, prze­niósł osa­dę na le­wy brzeg Odry, po­zo­sta­wia­jąc opu­szczo­ny Ostrów Tum­ski Ko­ścio­ło­wi.

ZANIM NAD ODRĄ WYROSŁA STRZELISTA WIEŻA KOLEGIATY, W TYM SAMYM MIEJSCU WZNOSIŁY SIĘ WAŁY GŁOGOWSKIEGO GRODU, KTÓRE PRZEZ PEWIEN CZAS WYDAWAŁY SIĘ NIEZASTĄPIONE, JAK TO ZAZWYCZAJ BYWA TUŻ PRZED ZASTĄPIENIEM

W 1249 roku wnuk Hen­ry­ka Bro­da­te­go, Kon­rad I, zde­cy­do­wa­nym ru­chem wy­ciął zie­mię gło­go­wską z księ­stwa wro­cław­skie­go rzą­dzo­ne­go przez Bo­le­sła­wa Ro­ga­tkę i wy­ty­czył gra­ni­ce no­we­go księ­stwa, po­twier­dza­jąc przy oka­zji, że ślą­scy ksią­żę­ta rów­nie chę­tnie bu­do­wa­li no­we pań­stwa, jak roz­bie­ra­li sta­re na czę­ści. Wraz z nim na­ro­dzi­ła się gło­go­wska li­nia Pia­stów, choć sa­me oko­li­czno­ści te­go ro­dzin­ne­go roz­sta­nia kro­ni­ka­rze opi­sa­li z ta­ką pre­cy­zją, że hi­sto­ry­cy od stu­le­ci pró­bu­ją usta­lić, o co wła­ści­wie wte­dy po­szło.

NA PIECZĘCI WIDNIEJE KONRAD GŁOGOWSKI, TENŻE KSIĄŻĘ, KTÓRY ZIEMIĘ GŁOGOWSKĄ OD KSIĘSTWA WROCŁAWSKIEGO ODDZIELIŁ I NOWE PAŃSTWO DLA SIEBIE WYKROIŁ

Wytyczenie granic no­we­go księ­stwa by­ło do­pie­ro po­czą­tkiem, po­nie­waż każ­dy am­bi­tny ksią­żę po­trze­bo­wał jesz­cze sie­dzi­by od­po­wie­dniej do swo­ich am­bi­cji. W dru­giej po­ło­wie XIII wie­ku roz­po­czę­to więc bu­do­wę zam­ku, któ­ry po­cząt­ko­wo nie wy­glą­dał jesz­cze jak re­zy­den­cja wład­cy aspi­ru­ją­ce­go do wiel­kiej po­li­ty­ki. Drew­nia­ne za­bu­do­wa­nia i ziem­ne wa­ły su­ge­ro­wa­ły ra­czej przy­ziem­ne moż­li­wo­ści, lecz wy­ra­sta­ją­ca po­nad nie ce­gla­na wie­ża zda­wa­ła się snuć znacz­nie śmiel­sze pla­ny.

FUNDAMENTY KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA NIE OFERUJĄ JUŻ SKLEPIEŃ ANI OŁTARZY, ALE W ZAMIAN ZAPEWNIAJĄ CAŁKIEM PRZYZWOITĄ PERSPEKTYWĘ NA ZAMEK

Od samego po­czą­tku ksią­żę­ca sie­dzi­ba słu­ży­ła głów­nie ja­ko are­na po­li­ty­cznych roz­gry­wek ślą­skich Pia­stów. W 1293 tra­fił tu Hen­ryk V Gru­by, stry­je­czny brat Hen­ry­ka III Gło­go­wskie­go, któ­ry po śmier­ci Hen­ry­ka Pro­bu­sa zna­lazł się po prze­ciw­nej stro­nie spo­ru o je­go dzie­dzi­ctwo. Gło­go­wczyk uwa­żał się za na­tu­ral­ne­go na­stęp­cę zmar­łe­go księ­cia, jed­nak wro­cła­wscy mie­szcza­nie po­sta­no­wi­li po­przeć je­go krew­nia­ka, a róż­ni­ca zdań szyb­ko przy­bra­ła for­mę zna­cznie bar­dziej do­sło­wną niż wy­mia­na ar­gu­men­tów. Po­rwa­ny pro­sto z ła­źni i przy­wle­czo­ny na­go do Gło­go­wa Hen­ryk Gru­by zo­stał zam­knię­ty w cia­snej że­la­znej skrzy­ni wy­po­sa­żo­nej w dwa otwo­ry – je­den na kar­mie­nie, dru­gi na od­cią­że­nie su­mie­nia i ki­szek – gdzie spę­dził bli­sko pół ro­ku, osta­te­cznie zrze­ka­jąc się spor­nych te­ry­to­riów do­pie­ro wte­dy, gdy ro­ba­ki, po­wo­li i z na­ma­szcze­niem, za­czę­ły de­gu­sto­wać je­go cia­ło jak ko­ne­se­rzy rzad­kie­go mię­sa.

NA PIECZĘCI HENRYK V GRUBY STOI MIĘDZY WIEŻAMI JAK PAN PEŁEN MOCY, LECZ KTO ZNA DZIEJE ROKU 1293, TEN WIE, IŻ LOS ZAMKNĄŁ GO PÓŹNIEJ W ŻELAZNEJ SKRZYNI O WIELKOŚCI DALEKO MNIEJSZEJ NIŻ CAŁE KSIĘSTWO, O KTÓRE WALCZYŁ

Ten sam Henryk III, za­nim jesz­cze za­jął się tor­tu­ro­wa­niem ku­zy­na, mu­siał naj­pierw po­ra­dzić so­bie z ży­wio­łem – gdy w 1291 ro­ku po­żar stra­wił do­tych­cza­so­wą sie­dzi­bę, ksią­żę wzniósł na po­pio­łach no­wą, mu­ro­wa­ną już re­zy­den­cję, któ­rej frag­men­ty prze­trwa­ły w mu­rach dzi­siej­szej bu­do­wli. Ten krok do­sko­na­le współ­grał z for­ma­tem po­li­ty­cznym wład­cy, któ­ry bez­ape­la­cyj­nie za­pi­sał się ja­ko naj­wy­bit­niej­szy go­spo­darz gło­go­wskie­go zam­ku. Za je­go pa­no­wa­nia księ­stwo osiąg­nę­ło swo­je hi­sto­ry­czne ma­ksi­mum te­ry­to­rial­ne, wchła­nia­jąc mię­dzy in­ny­mi Wiel­ko­pol­skę, co uczy­ni­ło z Hen­ry­ka głów­ne­go kon­ku­re­nta Wła­dy­sła­wa Ło­kie­tka w wy­ści­gu o ko­ro­nę zje­dno­czo­ne­go Kró­le­stwa Pol­skie­go i wy­nio­sło Gło­gów do ran­gi, jak­iej nie uda­ło mu się osiąg­nąć ani wcze­śniej, ani póź­niej.

UKRYTE W PODZIEMIACH FRAGMENTY ZAMKU HENRYKA III. NIE JEST TO MOŻE NAJBARDZIEJ EFEKTOWNA ATRAKCJA, ALE ZA TO JEDNA Z NAJSTARSZYCH.

W 1331 roku wzglę­dny spo­kój gło­go­wskiej sto­li­cy, znaj­du­ją­cej się pod wspól­nym pa­no­wa­niem Ja­na Ści­naw­skie­go i Hen­ry­ka IV Ża­gań­skie­go, za­koń­czył się wraz z przy­by­ciem wojsk Ja­na Luk­sem­bur­skie­go . Cze­ski król zdo­był mia­sto, po czym – bez owi­ja­nia spra­wy w je­dwab­ne wstą­żki – osa­dził na zam­ku swo­je­go bur­gra­bie­go, Hin­ka z Du­bu, naj­wy­ra­źniej uzna­jąc sa­mą kwe­stię wła­sno­ści za de­fi­ni­ty­wnie roz­strzy­gnię­tą. Jan Ści­na­wski szyb­ko po­go­dził się z ta­kim sta­nem rze­czy i w za­mian za za­cho­wa­nie po­zo­sta­łych dóbr zrzekł się praw do Gło­go­wa. Hen­ryk IV do­ko­nał jed­nak od­mien­nej kal­ku­la­cji, uzna­jąc, że obec­ność cze­skie­go urzęd­ni­ka za zam­ko­wy­mi mu­ra­mi nie mu­si jesz­cze prze­są­dzać o lo­sach mia­sta.

OTO HENRYK IV ŻAGAŃSKI, PAN NIEUSTĘPLIWEGO DUCHA, KTÓRY PO UTRACIE GŁOGOWA NIE ZŁOŻYŁ ROSZCZEŃ DO SKRZYNI ANI DO ARCHIWUM, LECZ PRÓBOWAŁ ODEBRAĆ TO, CO ZA SWE DZIEDZICTWO UWAŻAŁ

Przez pewien czas wy­da­wa­ło się na­wet, że Luk­sem­bur­go­wie prze­li­czy­li się w swo­ich ra­chu­bach. Po śmier­ci Hen­ry­ka IV wal­kę o Gło­gów kon­ty­nu­ował je­go syn, Hen­ryk V Że­la­zny, któ­ry zdo­łał od­bić za­mek i wy­rzu­cić z nie­go cze­ską za­ło­gę. Suk­ces ten nie prze­trwał jed­nak pró­by cza­su. Gdy od jed­nej stro­ny na­ci­ska­li Cze­si, a od dru­giej na zie­mię gło­go­wską wkro­czy­ły woj­ska Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go, ksią­żę zna­lazł się mię­dzy mło­tem a ko­wa­dłem, przy czym oba te na­rzę­dzia pre­sji znaj­do­wa­ły się w rę­kach lu­dzi o po­tę­dze da­le­ko wy­kra­cza­ją­cej po­za je­go moż­li­wo­ści. W 1344 ro­ku mu­siał więc uznać zwierz­chni­ctwo kró­la Czech, od­zy­sku­jąc w za­mian je­dy­nie po­ło­wę utra­co­ne­go Gło­go­wa. Jak na czło­wie­ka, któ­ry jesz­cze nie­da­wno wy­rzu­cał cze­ską za­ło­gę z wła­sne­go zam­ku, był to fi­nał po­zo­sta­wia­ją­cy spo­ry nie­do­syt.

DAWNA TKANKA MIEJSKA ZAROSŁA ZIELENIĄ, NATOMIAST PERYFERIA ZROBIŁY KARIERĘ I DOCZEKAŁY SIĘ WŁASNEJ WIELKIEJ PŁYTY

W 1361 roku cze­ską część mia­sta otrzy­mał Bol­ko II , a gdy je­go spra­wy do­cze­sne do­bie­gły koń­ca, za­mek tra­fił do ksią­żąt cie­szyń­skich, dla któ­rych był ko­lej­nym przy­stan­kiem w nie­koń­czą­cej się śre­dnio­wie­cznej ka­ru­ze­li wła­sno­ści. Ta ge­o­po­li­ty­czna ro­sza­da ozna­cza­ła, że gło­go­wscy Pia­sto­wie zo­sta­li de­fi­ni­ty­wnie od­cię­ci od swo­jej ro­do­wej sie­dzi­by, dla­te­go Jan I, po­to­mek Hen­ry­ka Że­la­zne­go, po­sta­no­wił w 1406 ro­ku wznieść wła­sny za­mek. In­we­sty­cję sfi­nan­so­wa­no dzię­ki wspar­ciu gło­go­wskich mie­szczan, któ­rych ksią­żę zwol­nił w za­mian z opłat na rzecz są­du ziem­skie­go, jed­nak no­wa re­zy­den­cja oka­za­ła się wy­ra­źnie skrom­niej­sza od am­bi­cji fun­da­tora. Za­miast mo­nu­men­tal­nej wa­ro­wni po­wstał nie­wiel­ki dom obron­ny do­kle­jo­ny do mu­rów miej­skich, któ­ry szyb­ko po­padł w ru­inę i w 1480 ro­ku zo­stał sprze­da­ny, koń­cząc swój ży­wot z za­dzi­wia­ją­cą dy­skre­cją jak na bu­do­wlę po­wo­ła­ną do ra­to­wa­nia ksią­żę­ce­go pre­sti­żu.

W TYM KADRZE WIDAĆ TRZECH BOHATERÓW GŁOGOWSKIEJ HISTORII: ODRĘ, ZAMEK I PUSTKĘ PO MIEŚCIE, KTÓRE PRZEZ KILKA STULECI UWAŻAŁO TEN FRAGMENT GŁOGOWA ZA SWÓJ ADRES

Tymczasem zamek nad Odrą na­dal peł­nił funk­cję pre­sti­żo­wej sie­dzi­by na­mie­stni­ków kró­la Czech i naj­wy­ra­źniej nie za­mie­rzał przej­mo­wać się lo­sem swo­jej mniej uda­nej kon­ku­ren­cji po dru­giej stro­nie mia­sta. W je­go mu­rach re­zy­do­wa­li póź­niej mię­dzy in­ny­mi bra­cia Wła­dy­sła­wa Ja­giel­loń­czy­ka Jan Ol­bracht i Zyg­munt (Sta­ry) . Obaj przy­by­li do Gło­go­wa ja­ko kró­le­wscy ad­mi­ni­stra­to­rzy, a opu­ścil­i go już ja­ko lu­dzie, któ­rych cze­ka­ła zna­cznie bar­dziej im­po­nu­ją­ca ka­rie­ra niż za­rzą­dza­nie ślą­ską pro­win­cją.

TRUDNO O LEPSZĄ REKOMENDACJĘ ADRESU NIŻ FAKT, ŻE MIESZKALI TU JAN OLBRACHT I ZYGMUNT STARY, ZANIM ZAJĘLI SIĘ SPRAWAMI CAŁEGO KRÓLESTWA

Zanim jednak Jagiellonowie prze­ję­li tu­tej­sze kom­na­ty, śmierć osta­tnie­go z li­nii gło­go­wskich Pia­stów – Hen­ry­ka XI w 1476 ro­ku – pod­pa­li­ła re­gion, wy­wo­łu­jąc wie­lo­le­tnią, bru­tal­ną woj­nę o suk­ce­sję. Sy­tu­ację bez­wzglę­dnie wy­ko­rzy­stał Jan II Sza­lo­ny , któ­ry 11 mar­ca 1480 ro­ku opa­no­wał mia­sto, a na­stęp­nie zdo­był za­mek, wy­rzu­ca­jąc z nie­go do­tych­cza­so­wą go­spo­dy­nię, Mał­go­rza­tę Cy­lej­ską (wdo­wę po księ­ciu cie­szyń­skim). Aby za­be­to­no­wać swo­ją wła­dzę i za­be­zpie­czyć przy­szłość ro­du, Jan II za­aran­żo­wał spe­kta­ku­la­rną, po­trój­ną fu­zję po­li­ty­czną: 6 sty­cznia 1488 ro­ku w zam­ko­wej ka­pli­cy wy­dał trzy swo­je cór­ki – Sa­lo­meę, Jad­wi­gę i An­nę – za trzech sy­nów księ­cia zię­bi­ckie­go Hen­ry­ka I Star­sze­go.

TA WIEŻA TO OSTATNI ŚLAD ZAMKU W PRZEWOZIE, GDZIE REZYDOWAŁ JAN SZALONY. WSPÓŁCZEŚNI OKREŚLALI GO JAKO "DZIKIEGO", "OKRUTNEGO" I "ZŁEGO", CZYLI PREKURSORA ZARZĄDZANIA PRZEZ TRAUMĘ, ZANIM STAŁO SIĘ TO NIEMODNE.

Gdy po ceremonii za­żą­dał od gło­go­wskich sta­nów zło­że­nia hoł­du swo­im no­wym zię­ciom, na­tra­fił na zde­cy­do­wa­ny opór. Sza­lo­ny nie był jed­nak czło­wie­kiem szcze­gól­nie przy­wią­za­nym do idei kom­pro­mi­su, dla­te­go miej­skich raj­ców zam­knął w zam­ko­wej wie­ży, a ich urzę­dy po­wie­rzył bar­dziej ugo­do­wym na­stęp­com. Ci pier­wsi po kil­ku mie­sią­cach zma­rli z gło­du, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie wy­jąt­ko­wo ko­szto­wną lek­cję sa­mo­rzą­do­wej nie­za­leż­no­ści.

JAN SZALONY NALEŻAŁ DO WŁADCÓW, KTÓRZY UWAŻALI, ŻE KOMPROMIS JEST PRZEREKLAMOWANY. POLITYKA PERSONALNA BYWAŁA TU ZASKAKUJĄCO PROSTA I WYJĄTKOWO DEFINITYWNA. (1930)

Kolejna próba unie­za­le­żnie­nia się – tym ra­zem od wę­gier­skie­go mo­nar­chy Ma­cie­ja Kor­wi­na – skoń­czy­ła się dla Ja­na II ka­ta­stro­fą mi­li­tar­ną i szyb­ką ka­pi­tu­la­cją. 28 grud­nia 1488 ro­ku Sza­lo­ny mu­siał bez­po­wro­tnie zrzec się księ­stwa gło­go­wskie­go, choć trze­ba mu od­dać, że wła­sny upa­dek po­tra­fił spe­kta­ku­lar­nie spie­nię­żyć. Król Wę­gier, za­miast ba­wić się w dar­mo­we kon­fi­ska­ty, po pro­stu spła­cił uciąż­li­we­go Pia­sta, wrę­cza­jąc mu na po­że­gna­nie oka­za­łą kwo­tę 20 ty­się­cy gul­de­nów – dzię­ki cze­mu ksią­żę za­mie­nił utra­co­ne zie­mie na fi­nan­so­wa­ne przez Kor­wi­na wa­ka­cje ży­cia.

KRUK W HERBIE GŁOGOWA TO PAMIĄTKA PO MACIEJU KORWINIE, KTÓRY RZĄDZIŁ MIASTEM ZBYT KRÓTKO, BY ZMIENIĆ JEGO CHARAKTER, ALE WYSTARCZAJĄCO DŁUGO, BY ZMIENIĆ JEGO HERB

Zanim jednak zamek na do­bre prze­obra­ził się w sta­te­czną sie­dzi­bę urzęd­ni­ków, w 1462 ro­ku prze­żył swo­je pięć mi­nut w wiel­kiej po­li­ty­ce. W je­go mu­rach ze­bra­ła się śmie­tan­ka ów­cze­snej Eu­ro­py: król Pol­ski Ka­zi­mierz Ja­giel­lo­ńczyk oraz wład­ca Czech Je­rzy z Po­die­bra­dów de­ba­to­wa­li tu nad ukła­dem sił na kon­ty­ne­ncie, kre­śląc so­ju­sze z roz­ma­chem god­nym re­ne­san­so­wych stra­te­gów. Na czas zja­zdu pol­ski mo­nar­cha wraz z ca­łym dwo­rem prze­jął zam­ko­we kom­na­ty, za­mie­nia­jąc je w tę­tnią­ce ży­ciem cen­trum dy­plo­ma­ty­cznych in­tryg i kró­lew­skie­go prze­py­chu.

JEDYNA WZGLĘDNIE HISTORYCZNA SALA ZAMKU GŁOGOWSKIEGO SPRAWIA WRAŻENIE, JAKBY KILKA STULECI WPROWADZIŁO SIĘ TU JEDNOCZEŚNIE I NIKT NIE MIAŁ SERCA ICH ROZDZIELAĆ

Te dyplomatyczne sa­lo­ny bły­ska­wi­cznie zwe­ry­fi­ko­wa­ła bru­tal­na rze­czy­wi­stość wo­jen suk­ce­syj­nych z koń­ca XV wie­ku, któ­re obró­ci­ły re­zy­den­cję w ru­inę. O ska­li te­go mi­li­tar­ne­go sza­le­ństwa naj­le­piej świad­czy fakt, że pod­czas oblę­że­nia mia­sta w 1488 ro­ku, w cią­gu za­le­dwie jed­ne­go, naj­bar­dziej in­ten­sy­wne­go dnia, na wy­spę tum­ską spa­dło aż 120 po­ci­sków z cięż­kich dział. Sa­ma le­gen­dar­na bom­bar­da świd­ni­cka Bombarda była jedną największych armat średniowiecznych armii, przeznaczoną do kruszenia murów zamków i miast. Strzelała tak rzadko, że każdy wystrzał stawał się wydarzeniem, a po obu stronach fortyfikacji znajdowali się ludzie żywo zainteresowani jego rezultatem. plu­nę­ła ogniem 17 ra­zy, a po­tęż­na pu­szka leg­ni­cka Puszka to jedno z dawnych określeń działa używanego w początkach epoki artylerii. W źródłach termin bywa nieprecyzyjny, jednak przy opisie oblężeń zazwyczaj oznacza broń zdolną kruszyć mury i prowadzić ogień na większą odległość. Średniowiecze miało po prostu osobliwy zwyczaj nadawania niepozornych nazw rzeczom, których lepiej było nie spotkać od strony wylotu lufy. – je­den z trzech naj­wię­kszych ka­li­brów ar­ty­le­ryj­skich na Ślą­sku – zdą­ży­ła od­dać 14 strza­łów, za­nim pod wpły­wem wła­sne­go ci­śnie­nia spe­kta­ku­lar­nie pę­kła.

BRAMA BRZOSTOWSKA I XVII-WIECZNE MURY MIEJSKIE PRZYPOMINAJĄ, ŻE DAWNIEJ WJAZD DO MIASTA BYŁ PROCEDURĄ ZNACZNIE BARDZIEJ SKOMPLIKOWANĄ NIŻ WSPÓŁCZEŚNIE ZNALEZIENIE MIEJSCA PARKINGOWEGO

Właśnie taki zamek – no­szą­cy na so­bie śla­dy po­ża­rów i oblę­żeń – za­stał w 1499 ro­ku Zyg­munt Ja­giel­lo­ńczyk , obej­mu­jąc wła­dzę nad księ­stwem. W la­tach 1502–1506 urzą­dził tu cał­kiem gwar­ne ży­cie, spro­wa­dza­jąc sie­dem­dzie­się­cio­oso­bowy dwór, swo­ją ko­chan­kę Ka­ta­rzy­nę Tel­ni­czan­kę oraz dwój­kę ich mło­dych owo­ców ro­man­so­we­go zry­wu. Zyg­munt pod­szedł do te­ma­tu po kró­le­wsku i do od­bu­do­wy zam­ku za­tru­dnił wło­skich ar­chi­te­któw, jed­nak oso­bi­ście nie zdą­żył na­cie­szyć się efe­kta­mi – w 1506 kra­ko­wski tron we­zwał go do Wiel­kiej Gry i ksią­żę wy­je­chał za­rzą­dzać ca­łym kró­le­stwem.

OTO GROSZ BITY ZA CZASÓW ZYGMUNTA JAKO KSIĘCIA GŁOGOWSKIEGO Z ROKU 1506, GDY O WŁADZY ŚWIADCZYŁY ZARÓWNO PIECZĘCIE I PRZYWILEJE, JAK TEŻ KRĄŻEK SREBRA PRZECHODZĄCY Z RĄK DO RĄK

Przed nim porządek w Gło­go­wie pró­bo­wał ro­bić je­go brat Jan Ol­bracht , mia­nu­jąc sta­ro­stą Ja­na Karn­ko­wskie­go. Urzęd­nik ten rzą­dził z ta­kim roz­ma­chem, że po dwóch la­tach do­pro­wa­dził mie­szczan do bun­tu, po czym po­sta­no­wił po­tra­kto­wać ich ska­rgi w spo­sób wy­jąt­ko­wo do­sło­wny. Bur­mistrz i ław­ni­cy tra­fi­li do zam­ko­wych lo­chów, któ­re mi­mo upły­wu lat wciąż po­zo­sta­wa­ły naj­bar­dziej nie­za­wo­dnym na­rzę­dziem miej­sco­wej ad­mi­ni­stra­cji.

BURMISTRZ I ŁAWNICY GŁOGOWSCY PRZED JANEM KARNKOWSKIM, CZŁOWIEKIEM SZCZERZE ODDANYM IDEI OGRANICZANIA ZBĘDNYCH GŁOSÓW W DEBACIE PUBLICZNEJ

W 1526 roku, po spe­kta­ku­lar­nej klę­sce i śmier­ci Lud­wi­ka Ja­giel­loń­czy­ka pod Mo­ha­czem Bitwa pod Mohaczem w 1526 roku była jedną z największych katastrof w dziejach Węgier. Armia sułtana Sulejmana Wielkiego rozgromiła wojska króla Ludwika w zaledwie kilka godzin, a sam monarcha zginął podczas ucieczki z pola walki. Klęska była tak dotkliwa, że zakończyła epokę średniowiecznego Królestwa Węgier i otworzyła sąsiadom wieloletnią dyskusję o tym, kto powinien przejąć jego spuściznę. , Śląsk wraz z Gło­go­wem wpadł w rę­ce Hab­sbur­gów i od­tąd aż do 1740 ro­ku zam­kiem rzą­dzi­li mia­no­wa­ni przez nich sta­ro­sto­wie. No­wi za­rząd­cy mu­sie­li jed­nak wal­czyć z sy­pią­cą się ma­te­rią: w 1574 ro­ku część bu­dyn­ków po pro­stu ru­nę­ła ze sta­ro­ści, a w 1615 ro­ku część zam­ku stra­wił po­tęż­ny po­żar mia­sta.

MAPA KSIĘSTWA GŁOGOWSKIEGO Z 1651 ROKU PRZYPOMINA CZASY, GDY KARTOGRAFOWIE WCIĄŻ CZULI SIĘ PO CZĘŚCI ARTYSTAMI I NIE WIDZIELI W TYM NAJMNIEJSZEGO PROBLEMU

Rudolf von Zedlitz pró­bo­wał jesz­cze utrzy­mać za­mek na po­wie­rzchni, lecz Jan Ber­nard von Her­ber­stein naj­wy­ra­źniej uznał, że zna­cznie ła­twiej bę­dzie wy­my­ślić go od no­wa. W la­tach 1652–1669 po­tra­kto­wał re­zy­den­cję z ta­kim roz­ma­chem, że współ­cze­sny za­mek bar­dziej przy­po­mi­na je­go wi­zy­tó­wkę niż dzie­ło śre­dnio­wie­cznych fun­da­to­rów. Wie­ża zni­knę­ła pod no­wą obu­do­wą, ca­ły gmach urósł o ko­lej­ne pię­tro, a fa­sa­dę usta­wio­no do pio­nu sy­me­try­cznych okien. Dzie­dzi­niec otrzy­mał ele­gan­ckie ar­ka­dy i pa­ła­co­we ma­nie­ry, na­to­miast kul­mi­na­cją ca­łe­go przed­się­wzię­cia sta­ła się Wiel­ka Sa­la, gdzie z gi­gan­ty­czne­go pla­fo­nu ce­sarz Le­opold na ko­niu spo­glą­dał na pod­da­nych z wy­so­ko­ści wy­ra­źnie od­po­wia­da­ją­cej je­go po­zy­cji.

NAJSTARSZY WIDOK GŁOGOWSKIEGO ZAMKU Z 1635 ROKU, CZYLI ŹRÓDŁO TAK CENNE, ŻE NIKT NIE MA ODWAGI GO ZIGNOROWAĆ, I TAK PODEJRZANE, ŻE NIKT NIE CHCE MU W PEŁNI UWIERZYĆ

W latach 1630–1632 Ernst von Mon­te­cu­cco­li bez­ce­re­mo­nial­nie wtło­czył Gło­gów w gor­set no­wo­cze­snej twier­dzy. Aby zro­bić miej­sce dla nowych for­ty­fi­ka­cji, bez wa­ha­nia zrów­na­no z zie­mią ca­łe przed­mie­ścia, co na dłu­gie de­ka­dy sku­te­cznie zdła­wi­ło roz­wój te­ry­to­rial­ny mia­sta. W tym mi­li­tar­nym ko­tle w 1632 ro­ku na mo­ment po­ja­wił się sam Al­brecht z Vald­štej­na ja­ko no­wy ksią­żę gło­go­wski. Choć pa­mią­tką po tych burz­li­wych cza­sach mo­że być pie­częć od­ko­pa­na nie­da­wno przy uli­cy Bal­wier­skiej, to za­miast do ge­ne­ral­is­si­mu­sa, bar­dziej praw­do­po­do­bnie na­le­ża­ła ona do któ­re­goś z lo­kal­nych urzęd­ni­ków lub przed­sta­wi­cie­li sta­nów.

GŁOGÓW W LATACH 30. XVII WIEKU PRZYPOMINA ORGANIZM, KTÓRY DOPIERO OTRZYMAŁ NOWY PANCERZ, A JUŻ ZACZYNA GO OBRASTAĆ TKANKĄ DOMÓW, DRÓG I OGRODÓW

Sytuacja na zamku zmie­nia­ła się zre­sztą jak w ka­lej­do­sko­pie – ko­men­da­nci twier­dzy ro­to­wa­li wraz z li­nią fron­tu, a nie­któ­rzy, jak ka­to­li­cki puł­ko­wnik Ge­org von Ro­stock, zo­sta­li tu już na za­wsze, znaj­du­jąc spo­czy­nek w pod­zie­miach fa­ry św. Mi­ko­ła­ja. Ko­lej­ne oblę­że­nia re­gu­lar­nie fun­do­wa­ły cy­wi­lom do­tkli­wą pró­bę wy­trzy­ma­ło­ści, któ­ra skoń­czy­ła się do­pie­ro w 1650 ro­ku, gdy – dwa la­ta po po­ko­ju west­fal­skim Pokój westfalski zawarty w 1648 roku wreszcie zakończył wojnę trzydziestoletnią, czyli konkurs europejskich mocarstw na to, kto skuteczniej zamieni Niemcy w pobojowisko. Cesarz zgodził się, że kilkuset książąt Rzeszy może prowadzić własną politykę zagraniczną, Niderlandy i Szwajcaria oficjalnie uzyskały niepodległość, a katolicy, luteranie i kalwiniści zostali prawnie zrównani. Najwięcej ugrała przy tym Francja i Szwecja, które wyszły z negocjacji bogatsze o wpływy i terytoria, podczas gdy Święte Cesarstwo Rzymskie zachowało koronę, ale musiało pogodzić się z tym, że jego poddani coraz mniej przejmują się zdaniem cesarza. – mia­sto ła­ska­wie opu­ścił osta­tni gar­ni­zon szwe­dzki.

TYM RAZEM PLANISTA WYBRAŁ PERSPEKTYWĘ, Z JAKIEJ DOSKONALE WIDAĆ, KTO TU DOMINUJE NAD PANORAMĄ – ZAMEK, RATUSZ I WIEŻE KOŚCIOŁÓW WYSTAJĄCE PONAD DACHY, POD KTÓRYMI TŁOCZYŁA SIĘ WIĘKSZOŚĆ MIESZKAŃCÓW GŁOGOWA (1698)

W ojna trzydziestoletnia Wojna trzydziestoletnia (1618–1648) zaczęła się od buntu czeskich protestantów przeciw Habsburgom, którego najbardziej znanym epizodem była druga defenestracja praska, czyli wyrzucenie cesarskich urzędników przez okno zamku na Hradczanach. Wydarzenie, które początkowo wyglądało na lokalną czeską awanturę, szybko przyciągnęło Szwedów, Hiszpanów, Francuzów i dziesiątki niemieckich książąt, z których każdy miał własny pomysł na urządzenie Europy. Zakończyła się pokojem westfalskim w 1648 roku, a niemieckie wsie mogły wreszcie odpocząć od armii, które od trzech dekad pojawiały się tam częściej niż żniwa. zo­sta­wi­ła Gło­gów zruj­no­wa­ny, wy­lu­dnio­ny i za­dłu­żo­ny po uszy, ale mia­sto po­wo­li za­czę­ło ła­pać dru­gi od­dech. Wy­ra­zem no­wej, choć wciąż kru­chej sta­bi­li­za­cji stał się wznie­sio­ny w 1652 ro­ku za mu­ra­mi pro­te­stan­cki Ko­ściół Po­ko­ju. Inau­gu­ra­cyj­ne na­bo­że­ństwo krót­ką mo­wą otwo­rzył tu­tej­szy syn­dyk i za­ra­zem abso­lu­tna gwia­zda eu­ro­pej­skie­go ba­ro­ku, An­dre­as Gry­phius – au­tor przej­mu­ją­cych so­ne­tów o wo­jen­nej apo­ka­li­psie, któ­rą znał z au­to­psji. Zre­sztą Gło­gów miał wte­dy nie­złą pas­sę do wy­bi­tnych jed­no­stek, bo stąd po­cho­dził też Jo­achim Pa­sto­rius , któ­ry zro­bił póź­niej bły­sko­tli­wą ka­rie­rę hi­sto­ry­ka i se­kre­ta­rza na pol­skim dwo­rze Wa­zów.

KOŚCIÓŁ POKOJU W GŁOGOWIE NA REKONSTRUKCJI Z RYSUNKU REFERENCYJNEGO – SACRUM Z CHRUSTU I BŁOTA, KTÓRY SPEKTAKULARNIE „PRZEWRÓCIŁ SIĘ NIEDŁUGO PO ZAKOŃCZENIU BUDOWY”

W 1726 roku oto­cze­nie re­zy­den­cji zy­ska­ło zu­peł­nie no­we obli­cze – zam­ko­we ogro­dy zo­sta­ły upo­rząd­ko­wa­ne, oto­czo­ne mu­rem i wzbo­ga­co­ne o ba­se­ny, pa­wi­lon her­ba­cia­rni oraz ze­gar sło­ne­czny. Ta chwi­la spo­ko­ju trwa­ła jed­nak tyl­ko do mo­me­ntu, gdy nad Ślą­skiem za­wisł kon­flikt mię­dzy Hab­sbur­ga­mi i Pru­s­ami Wojny śląskie (1740–1763) zaczęły się, gdy młody król Prus Fryderyk II uznał, że Śląsk bardzo dobrze wyglądałby w granicach jego państwa. Austria była innego zdania, więc przez ponad dwadzieścia lat obie strony próbowały rozstrzygnąć tę kwestię na polach bitew. Ostatecznie Śląsk pozostał przy Prusach, a Maria Teresa musiała pogodzić się z tym, że jeden z najbogatszych regionów monarchii właśnie zmienił właściciela. , a gło­go­wski za­mek po raz ko­lej­ny prze­ko­nał się, że w tej czę­ści Eu­ro­py okre­sy wzglę­dnej ci­szy rzad­ko trwa­ją dłu­go.

REKONSTRUKCJA POKAZUJE ZAMEK WEDŁUG WIZJI, KTÓRĄ FRIEDRICH BERNHARD WERNER MIAŁ W POŁOWIE XVIII WIEKU – CYFROWY RENDERING STWORZYŁ IDEALNY ŚWIAT, W KTÓRYM NAWET WODA W FOSIE I TRAWNIKI WYGLĄDAJĄ JAKBY JE CODZIENNIE POLEROWAŁA ARMIA NIEWOLNIKÓW Z PHOTOSHOPA

Po zakończeniu wojen ślą­skich, od 1742 ro­ku, w zam­ku roz­go­ści­li się pru­scy urzęd­ni­cy, któ­rzy dość szy­bko za­bra­li się za urzą­dza­nie re­zy­den­cji we­dług wła­snych upo­do­bań. W dru­giej po­ło­wie XVIII wie­ku prze­bu­do­wa­no ele­wa­cje fron­to­wą i po­łu­dnio­wą, a przy oka­zji po­wstał re­pre­zen­ta­cyj­ny wjazd od wscho­du oraz oka­za­ła kla­tka scho­do­wa we wscho­dnim skrzy­dle, na­le­żą­ca dziś do naj­bar­dziej cha­ra­kte­ry­sty­cznych pa­mią­tek po pru­skiej obec­no­ści w Gło­go­wie.

PANORAMA MIASTA NA PODSTAWIE SZKICÓW, KTÓRE WERNER OPRACOWAŁ W POŁOWIE XVIII WIEKU, UKAZUJE GŁOGÓW W SPOKOJNYM KLIMACIE, GDZIE GACIE NA SZNURACH I MIEJSKI GWAR ZOSTAŁY ZASTĄPIONE PRZEZ MALOWNICZĄ SYLWETKĘ WIEŻ I STYLOWYCH DACHÓW

Sam król pruski Fry­de­ryk II Wiel­ki – zna­ny z te­go, że sy­piał ma­ło, a po­dró­żo­wał du­żo – tra­kto­wał Gło­gów ja­ko nie­odłą­czny ele­ment nie­koń­czą­cej się mar­szru­ty kró­le­wskiej. Prze­je­żdżał tę­dy nie­mal co­ro­cznie w dro­dze na ru­ty­no­we prze­glą­dy ślą­skich gar­ni­zo­nów, co dla zam­ko­wej ku­chni ozna­cza­ło re­gu­lar­ny stres: mo­nar­cha ja­dał w tu­tej­szych sa­lo­nach, a cza­sem ła­ska­wie zo­sta­wał na no­cleg.

FRYDERYK II TYLE RAZY PRZEJEŻDŻAŁ PRZEZ GŁOGÓW, ŻE W KOŃCU POSTAWIONO GO TAM NA STAŁE

Obecność tak wy­ma­ga­ją­ce­go lo­ka­to­ra wy­mu­si­ła ko­lej­ny li­fting gma­chu, bo pru­ski wład­ca nie za­mie­rzał prze­cież to­le­ro­wać pro­win­cjo­nal­ne­go bez­gu­ścia. Za je­go cza­sów osta­te­cznie prze­me­blo­wa­no wy­gląd zam­ko­wych ele­wa­cji, do­pa­so­wu­jąc je do su­ro­wej, pru­skiej este­ty­ki. Wjazd w skrzy­dle wscho­dnim zy­skał ele­gan­ckie, pół­ko­li­ste zam­knię­cie, otwór zwień­czo­no łu­kiem, a że­by nie by­ło zbyt po­nu­ro, po obu stro­nach we­tknię­to ka­mien­ne kwia­to­ny. Wej­ścia na dzie­dzi­niec dla fa­so­nu obra­mo­wa­no de­ko­ra­cyj­ny­mi por­ta­la­mi, a we­wnątrz wscho­dnie­go skrzy­dła wy­bu­do­wa­no za­cho­wa­ną do dzi­siaj kla­tkę scho­do­wą, któ­rą – w ra­mach ów­cze­sne­go krzy­ku mo­dy – ozdo­bio­no mi­ster­nym orna­me­ntem wstę­go­wym.

TAKI MNIEJ WIĘCEJ ZAMEK W GŁOGOWIE OGLĄDAŁ FRYDERYK WIELKI PODCZAS KOLEJNYCH WIZYT, A SKORO WRACAŁ TU ROK PO ROKU, TO ALBO BARDZO CENIŁ MIEJSCOWY GARNIZON, ALBO ZAMKOWA KUCHNIA WYKONYWAŁA PRACĘ NA POZIOMIE STRATEGICZNYM (1780)

Na początku XIX wieku Gło­gów stał się klu­czo­wym pun­ktem na tra­sie na­po­le­oń­skich raj­dów przez Eu­ro­pę, a sam ce­sarz Fran­cu­zów za­szczy­cił tu­tej­sze zam­ko­we pro­gi aż trzy­kro­tnie. Trud­no po­wie­dzieć, czy był to prze­jaw szcze­gól­nej sym­pa­tii do mia­sta, czy po pro­stu efekt po­ło­że­nia na dro­dze do ko­lej­nej woj­ny.

BUDOWA GŁOGOWSKICH FORTYFIKACJI W 1806 ROKU, CZYLI MOMENT, W KTÓRYM ŁOPATA WYKONYWAŁA DLA NAPOLEONA WIĘCEJ PRACY NIŻ ARMATA (RYS. RICHARD KNÖTEL)

Podczas pierwszej wi­zy­ty, 16 li­pca 1807 ro­ku – gdy Na­po­le­on wra­cał w chwa­le z Tyl­ży do Pa­ry­ża – zde­zo­rien­to­wa­ni Pru­sa­cy po­sta­no­wi­li wyjść przed sze­reg. Po­sta­wi­li bra­mę trium­fal­ną i z peł­nym pod­da­ństwem spró­bo­wa­li wrę­czyć Bo­na­par­te­mu klu­cze do Gło­go­wa. Ten jed­nak, wy­ka­zu­jąc się rzad­kim u nie­go chło­dnym for­ma­li­zmem, ge­stu nie do­ce­nił i klu­czy nie przy­jął, rzu­ca­jąc su­cho, że prze­cież ta twier­dza jesz­cze ofi­cjal­nie do nie­go nie na­le­ży. Mi­mo pew­ne­go zgrzy­tu re­szta im­pre­zy po­szła gład­ko: żoł­nie­rze utwo­rzy­li po­ka­zo­wy szpa­ler, ar­ma­ty huk­nę­ły trzy­kro­tnie, a dzwo­ny we wszy­stkich ko­ścio­łach bi­ły jak sza­lo­ne.

UROCZYSTY WJAZD NAPOLEONA DO GŁOGOWA W 1807 ROKU. DZWONY BIŁY, ARMATY GRZMIAŁY, A MIASTO STARAŁO SIĘ WYGLĄDAĆ TAK, JAKBY OD ZAWSZE CZEKAŁO WŁAŚNIE NA NIEGO.

Na zamku przyjął go ko­mi­tet po­wi­tal­ny zło­żo­ny z pru­skich urzęd­ni­ków i fran­cu­skich ofi­ce­rów. Na­po­leon prze­szedł przez sa­lę zgro­ma­dzeń ni­czym bu­rza i za­in­sta­lo­wał się w na­pręd­ce przy­go­to­wa­nym apar­ta­me­ncie, z któ­re­go bez­ce­re­mo­nial­nie eks­mi­to­wa­no daw­ne­go ślą­skie­go mi­ni­stra fi­nan­sów. Po po­sił­ku ce­sarz za­fun­do­wał pru­skiej biu­ro­kra­cji krót­ką, za­pew­ne ma­ło pod­no­szą­cą na du­chu mo­wę, po czym na­stęp­ne­go dnia spa­ko­wał ma­na­tki i ru­szył da­lej.

PO TRIUMFALNYM WJEŹDZIE DO GŁOGOWA CESARZ PRZYJMOWAŁ MIEJSCOWYCH NOTABLI NA ZAMKU, GDZIE POZIOM POKORY WYRAŹNIE PRZEWYŻSZAŁ POZIOM WOJSKOWYCH UMOCNIEŃ

Głogowskie pokoje naj­wy­ra­źniej za­pa­dły mu w pa­mięć, bo w tym sa­mym zam­ku mel­do­wał się jesz­cze dwu­kro­tnie w peł­nym zwro­tów akcji 1812 ro­ku: naj­pierw 30 ma­ja, kie­dy parł na Mo­skwę, oraz 12 grud­nia, gdy w po­śpie­chu ucie­kał z po­wro­tem na Za­chód, zo­sta­wia­jąc za so­bą za­mar­znię­te re­sztki Wiel­kiej Ar­mii.

GŁOGÓW W 1837 ROKU WEDŁUG EDUARDA PIETZSCHA — MIASTO TAK MALOWNICZE, ŻE NAWET ZWYKŁA PRZECHADZKA NAD ODRĄ WYGLĄDA JAK POSELSTWO NA SALONY SZTUKI

W 1814 roku, gdy opadł dym po woj­nach na­po­le­oń­skich, daw­na re­zy­den­cja ksią­żę­ca po­wró­ci­ła pod pa­no­wa­nie pru­skie. Pod ko­niec stu­le­cia urzęd­ni­cy do­szli do wnio­sku, że daw­na ksią­żę­ca re­zy­den­cja mo­że zna­leźć prak­ty­czniej­sze za­sto­so­wa­nie niż bu­dze­nie hi­sto­ry­cznych wspo­mnień, dla­te­go jej kom­na­ty od­da­no są­do­wym kan­ce­la­riom oraz lo­ka­to­rom, dla któ­rych był to po pro­stu ko­lej­ny adres w mie­ście.

KOLEJNE XIX-WIECZNE WIDOKI GŁOGOWA, W KTÓRYCH ODRA, ZAMEK I MIASTO ZGODNIE PRACUJĄ NA WSPÓLNY EFEKT ESTETYCZNY

Prawdziwe wewnętrzne trzę­sie­nie zie­mi przy­nio­sły do­pie­ro pier­wsze de­ka­dy XX wie­ku, gdy daw­ny układ po­mie­szczeń nie­mal cał­ko­wi­cie ustą­pił miej­sca no­wym po­trze­bom i no­wej funk­cjo­nal­no­ści. Naj­bar­dziej wy­mo­wnym sym­bo­lem tej prze­mia­ny sta­ła się Wie­ża Gło­do­wa, w któ­rej par­te­rze prze­bi­to no­we wej­ście, a su­ro­we wnę­trze prze­cię­to klat­ką scho­do­wą. W ten spo­sób miej­sce, któ­re przez stu­le­cia bu­dzi­ło po­nu­re sko­ja­rze­nia z tra­dy­cją umie­ra­nia za wła­sne po­glą­dy spro­wa­dzo­no do ro­li zwy­kłe­go cią­gu ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go.

HISTORIA KULTURY Z ZAMKIEM W TLE: EMOCJE PODCZAS WYSTĘPU ORKIESTRY DĘTEJ BYŁY TAK GŁĘBOKO SKRYWANE, ŻE NA FOTOGRAFII UWIECZNIONO JEDYNIE DYSKRETNĄ KONTEMPLACJĘ I ELEGANCKIE KAPELUSZE (1910-13)

NA NASTĘPNEJ ARCHIWALNEJ FOTOGRAFII WIDZIMY DRUGIE OBLICZE ZAMKOWEJ CODZIENNOŚCI – WOJENNY LAZARET, W KTÓRYM RANNI ŻOŁNIERZE ZASKAKUJĄCO SPRAWNIE ZAMIENILI KARABINY NA SZTALUGI I PĘDZLE (1915-18)

Wszystkie te ar­chi­te­kto­ni­czne me­ta­mor­fo­zy stra­ci­ły jed­nak zna­cze­nie w 1945 ro­ku, kie­dy pod­czas trwa­ją­ce­go po­nad dwa mie­sią­ce oblę­że­nia Gło­go­wa za­mek po­dzie­lił los ca­łe­go hi­sto­ry­czne­go cen­trum mia­sta. Gdy wal­ki do­bie­gły koń­ca, z daw­nej re­zy­den­cji po­zo­sta­ły głów­nie wy­pa­lo­ne mu­ry i frag­me­nty ele­wa­cji ster­czą­ce po­nad mo­rzem gru­zów.

IDĄC DALEJ ŚLADEM HISTORII: PO PRZEDWOJENNYCH KONCERTACH I WOJENNYM LAZARECIE POZOSTAŁO JEDYNIE MORZE GRUZÓW ORAZ KILKA WYPALONYCH ŚCIAN STERCZĄCYCH KU PRZESTRODZE (LATA 1945-50)

DZISIAJ JEDNAK TA PERSPEKTYWA CAŁKOWICIE ZACIERA PRZESZŁOŚĆ – NOWA ODSŁONA ZAMKU Z KLASĄ UDAJE, ŻE OSTATNIE STULECIE BYŁO DLA NIEGO JEDYNIE PASMEM ŚWIĘTEGO, URZĘDOWEGO SPOKOJU

Patrząc na skalę zni­szczeń trud­no by­ło uwie­rzyć, że ru­ina do­cze­ka się jesz­cze ja­kiej­kol­wiek funk­cji po­za do­star­cza­niem ma­te­ria­łu do po­nu­rych fo­to­gra­fii. Mi­mo to w 1967 ro­ku, gdy mu­ry na­dal da­le­kie by­ły od świe­tno­ści, wła­śnie tu­taj zor­ga­ni­zo­wa­no pier­wszą wy­sta­wę no­wo utwo­rzo­ne­go mu­ze­um, wy­ko­nu­jąc tym sa­mym dość śmia­ły skok od gru­zo­wi­ska do in­sty­tu­cji kul­tu­ry.

W LATACH 60. XX WIEKU ZAMEK WCIĄŻ CZEKAŁ NA SWÓJ DRUGI AKT – DWIE DEKADY POWOJENNEGO MARAZMU ZAMKNĘŁY GO W RAMACH KADRÓW, KTÓRE WYGLĄDA JAK REKLAMA ABSOLUTNEJ CISZY REMONTOWEJ

W kolejnych latach mu­zeum do­ra­sta­ło wraz z od­bu­do­wy­wa­nym zam­kiem, prze­cho­dząc przy tym fa­scy­nu­ją­cą ewo­lu­cję wi­ze­run­ko­wą. Za­czy­na­ło z tech­ni­cznym chło­dem ja­ko Mu­ze­um Hut­ni­ctwa i Od­le­wni­ctwa Me­ta­li Ko­lo­ro­wych, w la­tach 80. ucie­kło w bez­pie­czny aka­de­mizm ja­ko Ośro­dek Ar­che­olo­gi­czno-Kon­ser­wa­to­rski, by w 1992 ro­ku osta­te­cznie zy­skać obe­cną, sze­ro­ką toż­sa­mość Mu­ze­um Ar­che­olo­gi­czno-Hi­sto­ry­czne­go.

NA POCZĄTKU LAT 70. GMACH OFICJALNIE POŻEGNAŁ STAN SPOKOJNEJ RUINY – ROBOTA WRESZCIE DRGNĘŁA, A NOWE DACHY ZACZĘŁY SYGNALIZOWAĆ, ŻE ERA CAŁKOWITEGO ZAPOMNIENIA WŁAŚNIE SIĘ SKOŃCZYŁA

Właściwą odbudowę zai­ni­cjo­wa­no w 1971 ro­ku, roz­po­czy­na­jąc trwa­ją­cy kil­ka­na­ście lat pro­ces sca­la­nia zam­ko­we­go or­ga­ni­zmu. Już pięć lat póź­niej go­to­we by­ło skrzy­dło po­łu­dnio­we – ni­skie i sty­li­zo­wa­ne na mur obron­ny, by efe­kto­wnie wy­eks­po­no­wać uwol­nio­ną z daw­ne­go uści­sku Wie­żę Gło­do­wą. Z ko­lei skrzy­dło wscho­dnie zre­kon­stru­owa­no z pie­ty­zmem w sty­li­sty­ce ba­ro­ko­wej. Osta­tnie ru­szto­wa­nia zde­mon­to­wa­no w 1983 ro­ku, uro­czy­ście za­my­ka­jąc ten wie­lo­wie­ko­wy, pe­łen po­ża­rów i nie­spo­dzie­wa­nych zwro­tów akcji dzie­jo­wy ma­ra­ton.

ZAMEK MOŻE I NIE MA JESZCZE OKIEN, ALE ZA TO MA PEŁNE ZABEZPIECZENIE TRANSPORTOWE I STRATEGICZNY PORZĄDEK W ROZMIESZCZENIU LUDZI NA METR KWADRATOWY BŁOTA

OPIS ZAMKU


Zamek wzniesiono w pół­no­cno-za­cho­dnim na­ro­żni­ku mia­sta, tuż nad le­wym brze­giem Odry, skąd z iście woj­sko­wą czuj­no­ścią kon­tro­lo­wał oko­li­cę. Je­go głów­nym za­da­niem by­ła straż nad tu­tej­szą prze­pra­wą – a póź­niej mo­stem – przez któ­rą prze­ta­czał się klu­czo­wy, stra­te­gi­czny trakt wprost do Wiel­ko­pol­ski. Choć wa­ro­wnia for­mal­nie współ­two­rzy­ła miej­ski sys­tem obron­ny, to ksią­żę­ta wy­ra­źnie wo­le­li trzy­mać wła­snych mie­szczan na bez­pie­czny dys­tans, od­gra­dza­jąc się od Gło­go­wa głę­bo­ką fo­są.

STRATEGICZNA LOKALIZACJA NAD SAMĄ WODĄ DAJE DOBRĄ PERSPEKTYWĘ: DAWNIEJ BRONIONO STĄD DOSTĘPU DO MIASTA, DZIŚ TO NIEMY ŚWIADEK MĘKI KIEROWCÓW, KTÓRZY CHCĄ PO PROSTU WRÓCIĆ DO DOMU

Z DAWNEJ FOSY ZOSTAŁA GŁÓWNIE NAZWA I OZDOBNY MOSTEK, BO NURT WODY DOSYĆ SKUTECZNIE ZASTĄPIONO ELEGANCKIM, SUCHYM BRUKIEM

W swoich pra­po­czą­tkach wa­ro­wnia nie grze­szy­ła jed­nak mu­ro­wa­nym mo­nu­men­ta­li­zmem. Ob­wa­ro­wa­nia by­ły dość skrom­ne, drew­nia­no-ziem­ne, opie­ra­ją­ce się na czę­sto­ko­le i wa­le, któ­ry od po­łu­dnia po­zwa­lał so­bie na bli­sko 80 me­trów wię­cej prze­strze­ni niż póź­niej­sza, mu­ro­wa­na wer­sja wa­ro­wni. Praw­dzi­wym, dum­nym świad­kiem tam­tych su­ro­wych cza­sów i za­ra­zem naj­star­szym ele­men­tem ca­łej ar­chi­te­ktu­ry jest po­tę­żna, ko­li­sta wie­ża. Wznie­sio­na w dru­giej po­ło­wie XIII wie­ku, prze­trwa­ła stu­le­cia dzię­ki wy­ją­tko­wo so­lid­nej kon­stru­kcji ce­gla­nej, po­zo­sta­jąc nie­na­ru­szo­ną pa­mią­tką po cza­sach, gdy o po­tę­dze de­cy­do­wał śre­dnio­wie­czny kunszt mu­rar­ski, a nie de­ko­ra­cyj­ne tyn­ki.

NA TLE PÓŹNIEJSZYCH PRZEBUDÓW I RENESANSOWYCH UPIĘKSZEŃ WIEŻA PRZYPOMINA STAREGO WETERANA, KTÓRY PAMIĘTA CZASY, GDY ARCHITEKTURA MIAŁA PRZEDE WSZYSTKIM NIE PRZEWRÓCIĆ SIĘ PODCZAS OBLĘŻENIA

Wejście do wieży ulo­ko­wa­no wy­so­ko po­nad po­zio­mem dzie­dziń­ca, na­da­jąc ca­łej kon­stru­kcji cha­ra­kte­ry­sty­czny rys śre­dnio­wie­cznej mi­zan­tro­pii. Ar­chi­te­kci epo­ki wy­ra­źnie wy­cho­dzi­li z za­ło­że­nia, że im trud­niej do­stać się do środ­ka, tym więk­sza szan­sa, że jej obroń­cy do­cze­ka­ją ko­lej­nej wio­sny.

INWESTYCJA Z DRUGIEJ POŁOWY XIII WIEKU. CEGŁA PREMIUM, ŚCIANY O TRWAŁOŚCI WIELOPOKOLENIOWEJ, BRAK ZBĘDNYCH TYNKÓW I GWARANCJA LICZONA W STULECIACH, A NIE W LATACH

Właściwe serce tej bu­do­wli bi­ło jed­nak zna­cznie ni­żej, i to w ry­tmie wy­ją­tko­wo po­nu­rej me­lo­dii. Głę­bo­kie, po­zba­wio­ne okien przy­zie­mie za­ada­pto­wa­no na loch gło­do­wy, który przez dłu­gi czas po­zo­sta­wał naj­sku­te­czniej­szym na­rzę­dziem per­swa­zji w lo­kal­nej po­li­ty­ce. Prze­ko­na­li się o tym bo­le­śnie gło­go­wscy raj­cy w 1488 ro­ku. Gdy od­mó­wi­li zło­że­nia przy­się­gi wier­no­ści stron­ni­kom księ­cia Ja­na II Ża­gań­skie­go, wład­ca uznał naj­wy­ra­źniej, że dal­sza dy­sku­sja nie ma więk­sze­go sen­su, i sie­dmiu z nich ska­zał na po­wol­ną śmierć gło­do­wą w mu­rach tej wła­śnie wie­ży.

NA TYM PIĘTRZE WIEŻY CISZA PANUJE, LECZ GŁĘBIEJ, W CIEMNYM PRZYZIEMIU, ROKU PAŃSKIEGO 1488 SIEDMIU RAJCÓW GŁOGOWSKICH GŁODEM SKONANO ZA WIARĘ W SWĄ PRZYSIĘGĘ

Ta makabryczna lekcja naj­wy­ra­źniej nie za­pa­dła jed­nak miesz­ka­ńcom mia­sta szcze­gól­nie głę­bo­ko w pa­mięć, po­nie­waż za­le­dwie pięć lat póź­niej na­mie­stnik kró­le­wi­cza Ja­na Ol­bra­chta, Jan Karn­ko­wski, po­sta­no­wił się­gnąć po do­kła­dnie ten sam ze­staw ar­gu­me­ntów. Za sprze­ciw wo­bec je­go de­cy­zji do zam­ko­we­go lo­chu tra­fi­li ko­lej­ny bur­mistrz oraz gru­pa krną­brnych ław­ni­ków. Ci dru­dzy zdo­ła­li jesz­cze wy­pro­sić dla sie­bie ła­skę i po upo­ka­rza­ją­cym ak­cie skru­chy od­zy­ska­li wol­ność. Ich prze­ło­żo­ny nie miał jed­nak ty­le szczę­ścia. W je­go przy­pa­dku Karn­ko­wski uznał naj­wy­ra­źniej, że czas per­swa­zji do­biegł koń­ca, po czym ka­zał ściąć bur­mi­strza na zam­ko­wym dzie­dzi­ńcu.

NA TYMŻE MIEJSCU, U STÓP WIEŻY, BURMISTRZ ŻYCIE POSTRADAŁ, A ŁAWNICY, SKRUSZENI I PONIŻENI, ODESZLI, CHWALĄC LOS, ŻE TYLKO WSTYDEM ZAPŁACILI (1922)

W kolejnych stuleciach ta po­nu­ra ma­chi­na stra­chu za­czę­ła ra­zić este­ty­czne zmy­sły no­wych, ba­ro­ko­wych lo­ka­to­rów. Pod­czas XVIII-wie­cznej me­ta­mor­fo­zy zam­ku w pa­ła­co­wą re­zy­den­cję su­ro­wy wa­lec bez­ce­re­mo­nial­nie wto­pio­no w mu­ry po­łu­dnio­we­go skrzy­dła. Praw­dzi­wa re­wo­lu­cja bur­żu­azyj­na na­de­szła jed­nak na po­czą­tku XX wie­ku: wie­żę po­kry­to tyn­kiem, u jej pod­sta­wy prze­bi­to zu­peł­nie pro­za­iczny otwór wej­ścio­wy, a daw­ną otchłań lo­chu bez­ce­re­mo­nia­lnie okieł­zna­no prag­ma­ty­czną klat­ką scho­do­wą. Na szczy­cie z ko­lei wy­mu­ro­wa­no sze­ro­kie blan­ki, ma­ją­ce za­pe­wne do­da­wać bu­do­wli nie­co ro­man­ty­czne­go dra­ma­ty­zmu.

W 1945 ROKU WSZYSTKO WOKÓŁ ZAMIENIŁO SIĘ W GRUZOWISKO, LECZ WIEŻA POZOSTAŁA NIEMAL NIENARUSZONA, JAKBY CHCIAŁA PRZYPOMNIEĆ, ŻE PRAWDZIWA TRWAŁOŚĆ NIE PODDAJE SIĘ CZASOWI ANI WOJNIE

Swoistą kropkę nad „i” po­sta­wio­no już re­aliach Pol­ski Lu­do­wej. Wte­dy to hi­sto­ry­czne piw­ni­ce za­sy­pa­no wo­jen­nym gru­zem, wy­słu­żo­ne sto­pnie za­stą­pio­no no­wą, be­to­no­wą kon­stru­kcją, a ca­łość ozdo­bio­no in­sta­la­cją, któ­ra we­dług za­my­słu mia­ła przy­po­mi­nać pia­sto­wską ko­ro­nę. Wszy­stkie te dzie­jo­we i este­ty­czne ro­sza­dy osta­te­cznie opa­rły się o su­ro­wy ce­gla­ny mo­no­lit – wie­ża do dziś trzy­ma nie­zło­mny fa­son, uwię­zio­na w swo­ich 24 me­trach wy­so­ko­ści i ob­wa­ro­wa­na u pod­sta­wy mo­nu­men­tal­nym pan­ce­rzem o gru­bo­ści 2,75 me­tra.

ZAMEK MOŻE I STRACIŁ SWOJE HISTORYCZNE PIWNICE, ALE ZA TO ZYSKAŁ PEŁNE ZABEZPIECZENIE ESTETYCZNE I STRATEGICZNY PORZĄDEK W ROZMIESZCZENIU KĄTÓW OSTRYCH NA METR KWADRATOWY CEGLANEJ POSADZKI

Po pożarze z 1291 roku z po­go­rze­li­ska za­czę­ło wy­ła­niać się no­we, zna­cznie bar­dziej upo­rząd­ko­wa­ne za­ło­że­nie. Hen­ryk III po­sta­no­wił na­dać swo­jej sie­dzi­bie god­niej­szą opra­wę, wzno­sząc go­ty­cką re­zy­den­cję zło­żo­ną z trzech bu­dyn­ków: jed­ne­go przy kur­ty­nie za­cho­dniej oraz dwóch ko­lej­nych zaj­mu­ją­cych na­ro­żni­ki pół­no­cno-wscho­dni i po­łu­dnio­wo-wscho­dni.

OD STRONY POŁUDNIOWEJ WIDAĆ ZAMEK, A PRZED NIM POMNIK DZIECI GŁOGOWSKICH KU PAMIĘCI OBLĘŻENIA ROKU PAŃSKIEGO 1109, GDY CESARZ HENRYK V NIEWINNYCH POD MURY WYSTAWIŁ, MYŚLĄC, ŻE TYM SERCA OBROŃCÓW ZŁAMIE

Choć obrys murów obwo­do­wych prze­trwał do na­szych cza­sów nie­mal bez zmian, sam układ funk­cjo­na­lny zam­ku wciąż po­zo­sta­je źró­dłem spo­rów. Ba­da­cze na­dal nie po­tra­fią jed­no­zna­cznie wska­zać, któ­ry z bu­dyn­ków mie­ścił kom­na­ty ksią­żę­ce, a któ­ry peł­nił bar­dziej przy­zie­mne funk­cje go­spo­dar­cze. Nie­pe­wność do­ty­czy rów­nież ka­pli­cy, któ­ra w źró­dłach pi­sa­nych po­ja­wia się do­pie­ro w 1488 ro­ku.

POZA ŚREDNIOWIECZNĄ WIEŻĄ TO WŁAŚNIE MASYWNE PRZYPORY I FOSA STANOWIĄ FILAR DAWNEGO GOTYCKIEGO WIZERUNKU, WYRAŹNIE ODCINAJĄC SIĘ OD WSZYSTKIEGO, CO POWSTAŁO TU W WIEKACH PÓŹNIEJSZYCH

Przez kolejne stu­le­cia za­mek prze­cho­dził ty­le prze­bu­dów, że od­two­rze­nie je­go pier­wo­tne­go ukła­du przy­po­mi­na dziś skła­da­nie puz­zli, z któ­rych ktoś zgu­bił po­ło­wę ele­me­ntów. W XV wie­ku wzbo­ga­co­no go o trze­cie skrzy­dło mie­szkal­ne, na­to­miast dru­ga po­ło­wa XVII stu­le­cia przy­nio­sła trium­fa­lne wkro­cze­nie ba­ro­ku wraz z ca­łym je­go de­ko­ra­cyj­nym ba­ga­żem. Do­bu­do­wa­no wów­czas skrzy­dło po­łu­dnio­we, wscho­dnią ele­wa­cję ozdo­bio­no ar­ka­do­wą log­gią, a po­zo­sta­łe bu­dyn­ki pod­wyż­szo­no o do­da­tko­wą kon­dy­gna­cję. Wnę­trza prze­mo­de­lo­wa­no od pod­staw, ok­na ujed­no­li­co­no, a daw­ną śre­dnio­wie­czną su­ro­wość sta­ran­nie przy­kry­to de­ko­ra­cja­mi, któ­re mia­ły prze­ko­nać świat, że rów­nież tu­taj na­de­szło no­we stu­le­cie.

TO JUŻ BARDZIEJ BAROKOWY PAŁAC NIŻ PIASTOWSKI ZAMEK, CHOĆ XIII-WIECZNA WIEŻA NADAL ZDOBI TEN PLAN JAK ZAKŁADKA WYSTAJĄCA Z NAJSTARSZEJ KARTY KRONIKI MIASTA

Pod koniec XIX wieku przy­szła ko­lej na prag­ma­tyzm – po­no­wnie zmie­nio­no układ po­mie­szczeń, we­wnątrz wieży wci­śnię­to kla­tkę scho­do­wą, wy­bi­ja­jąc w jej przy­zie­miu no­wy otwór, a szczyt zwień­czo­no klin­kie­ro­wym kre­ne­la­żem, co mia­ło do­dać bu­do­wli nie­co hi­sto­ry­zu­ją­ce­go szny­tu. Po 1945 ro­ku este­ty­czne eks­pe­ry­me­nty ze­szły na dal­szy plan, ustę­pu­jąc miej­sca bar­dziej przy­ziem­nym pro­ble­mom. Zruj­no­wa­ne skrzy­dło po­łu­dnio­we ro­ze­bra­no, a w je­go miej­scu sta­nął pro­sty mur pa­ra­wa­no­wy. Po­zo­sta­łe czę­ści zam­ku od­bu­do­wa­no, przy­wra­ca­jąc im ba­ro­ko­we for­my.

FOTOGRAFIE OFERUJĄ KRÓTKIE SPOJRZENIE W ŚWIAT, KTÓRY ZNIKNĄŁ W 1945 ROKU, CHOĆ TRZEBA UCZCIWIE PRZYZNAĆ, ŻE POKAZUJE GO W DAWCE RACZEJ HOMEOPATYCZNEJ (LATA 30. XX WIEKU)

ZWIEDZANIE


Dawna rezydencja ksią­żąt gło­go­wskich na­le­ży do tych miejsc, w któ­rych śre­dnio­wie­cze nie ty­le rzu­ca się w oczy, co od cza­su do cza­su dy­skre­tnie wy­chy­la się spod mło­dszych warstw. Z bu­do­wli, któ­ra przez stu­le­cia by­ła po­li­ty­cznym cen­trum księ­stwa, za­cho­wa­ła się XIII-wiecz­na go­ty­cka wie­ża, na­ro­żna skar­pa od stro­ny fo­sy oraz frag­me­nty śre­dnio­wie­cznych mu­rów ukry­te pod współ­cze­sny­mi tyn­ka­mi, w tym obec­ny prze­jazd bram­ny. Sa­mo wnę­trze wie­ży i jej zwień­cze­nie prze­szły jed­nak tak da­le­ko idą­ce prze­mia­ny, że śre­dnio­wie­cze za­cho­wa­ło tam je­dy­nie sta­tus za­ło­ży­cie­la.

GŁOGOWSKI ZAMEK NALEŻY DO TYCH BUDOWLI, W KTÓRYCH ŚREDNIOWIECZE TRZEBA NAJPIERW ODSZUKAĆ, A DOPIERO POTEM PODZIWIAĆ

Dziś swoją siedzibę w zam­ku ma Mu­ze­um Ar­che­olo­gi­czno-Hi­sto­ry­czne, dzię­ki cze­mu gmach na­dal peł­ni funk­cję pub­li­czną. To tu­taj tra­fi­ły naj­cen­niej­sze zna­le­zi­ska i pa­mią­tki zwią­za­ne z hi­sto­rią mia­sta, po­zwa­la­jąc zaj­rzeć zna­cznie głę­biej niż tyl­ko za gru­bą war­stwę zam­ko­wych tyn­ków.

REPREZENTACYJNY FRONT DAWNEJ REZYDENCJI KSIĄŻĘCEJ I JEDEN SZCZEGÓŁ, KTÓRY PSUJE ZŁUDZENIE NIEŚMIERTELNOŚCI

Muzeum to przede wszy­stkim zna­ko­mi­te miej­sce dla tych, któ­rym śre­dnio­wie­czny skarb ko­ja­rzy się ze sło­wem „skarb”, a do­pie­ro póź­niej ze śre­dnio­wie­czem. Przy­go­to­wa­ło ono bo­wiem aż dwie wy­sta­wy po­świę­co­ne ta­kim skar­bom, i nie cho­dzi tu o kil­ka przy­pa­dko­wych mo­net wy­grze­ba­nych z ogród­ka czy garść drob­ni­cy wy­ło­wio­nej z dna szu­fla­dy. Mo­wa o zna­le­zi­skach przez du­że „S”. Pier­wszą z ta­kich eks­po­zy­cji jest Blask zło­ta i sre­bra, czy­li pie­niądz w ba­ro­ku, opar­ta na nie­zwy­kłym zna­le­zi­sku mo­net od­kry­tych w 2004 ro­ku pod­czas prac pro­wa­dzo­nych na gło­go­wskiej sta­rów­ce.

WYSTAWA O PIENIĄDZU W BAROKU, CZYLI DOWÓD NA TO, ŻE LUDZIE OD STULECI NIE MAJĄ NIC PRZECIWKO ODNAJDYWANIU CUDZYCH OSZCZĘDNOŚCI

Skarb składa się z oko­ło 5600 mo­net wy­bi­tych po­mię­dzy 1497 a 1656 ro­kiem w men­ni­cach roz­sia­nych nie­mal po ca­łej Eu­ro­pie. Na wy­sta­wie po­ka­za­no nie­speł­na 400 eg­zem­pla­rzy, co ozna­cza, że na­wet naj­bar­dziej za­go­rza­li mi­ło­śni­cy bły­szczą­cych krąż­ków nie po­win­ni na­rze­kać na nie­do­syt. To­wa­rzy­szą im za­by­tki ar­che­olo­gi­czne zwią­za­ne z hi­sto­rią od­kry­cia, dzię­ki cze­mu eks­po­zy­cja opo­wia­da nie tyl­ko o sa­mych mo­ne­tach, lecz tak­że o nie­spo­koj­nych cza­sach, w któ­rych krą­ży­ły z rąk do rąk, fi­nan­so­wa­ły in­te­re­sy, spła­ca­ły dłu­gi, a osta­te­cznie tra­fi­ły do skrzy­ni ukry­tej pod po­dło­gą pew­nej gło­go­wskiej ka­mie­ni­cy.

TE MAŁE KRĄŻKI PRZYPOMINAJĄ, ŻE HISTORIA GOSPODARKI OD DAWNA OPIERA SIĘ NA ZAUFANIU DO RZECZY, KTÓRE ŁATWO ZGUBIĆ

Latem 2004 roku ar­che­olo­dzy pro­wa­dzący ba­da­nia na gło­go­wskim Sta­rym Mie­ście od­kry­li pod po­sa­dzką jed­nej z ka­mie­nic przy uli­cy Dłu­giej drew­nia­ną skrzy­nię wy­peł­nio­ną sa­kiew­ka­mi ze zło­tem i sre­brem, ukry­tą tam po­nad trzy i pół wie­ku wcze­śniej przez czło­wie­ka, któ­ry naj­wy­ra­źniej po­kła­dał więk­szą wia­rę w kil­ka ło­pat zie­mi niż w sta­bil­ność sie­dem­na­sto­wie­cznej Eu­ro­py.

CZERWONY KRZYŻYK WYZNACZA MIEJSCE, W KTÓRYM ZIEMIA PRZECHOWAŁA CUDZE OSZCZĘDNOŚCI ZNACZNIE SUMIENNIEJ NIŻ XVII-WIECZNA EUROPA PRZECHOWYWAŁA SPOKÓJ

W skrzyni znaj­do­wa­ły się 273 zło­te mo­ne­ty, 438 wy­so­kich sreb­rnych no­mi­na­łów, 4888 sreb­rnych mo­net śred­nich i ma­łych no­mi­na­łów oraz frag­ment zło­te­go łań­cu­cha. Naj­star­sze eg­zem­pla­rze wy­bi­to w Ham­bur­gu w 1497 ro­ku, naj­mło­dsze po­cho­dzą z 1656 ro­ku. Ozna­cza to, że w jed­nym miej­scu spo­tka­ły się mo­ne­ty dzie­lo­ne przez bli­sko sto sześć­dzie­siąt lat hi­sto­rii i po­cho­dzą­ce z nie­mal ca­łej Eu­ro­py, po czym przez na­stęp­ne stu­le­cia za­le­ga­ły pod pod­ło­gą, nie fi­na­nsu­jąc już ani han­dlu, ani wo­jen, ani na­wet po­rząd­nej kar­czem­nej awan­tu­ry.

WŚRÓD TYSIĘCY MONET ODKRYTEGO SKARBU SZCZEGÓLNE MIEJSCE ZAJMUJE TALAR CESARZA RUDOLFA II Z 1607 ROKU — SREBRNY, ALE Z RODOWODEM, KTÓREGO NIEJEDNO ZŁOTO MOGŁOBY POZAZDROŚCIĆ

Jeżeli po pierwszej wy­sta­wie ktoś na­dal od­czu­wa nie­do­syt sre­bra, mu­ze­um przy­go­to­wa­ło rów­nież dru­gą por­cję. Tym ra­zem bo­ha­te­rem eks­po­zy­cji jest skarb od­kry­ty w 1987 ro­ku na te­re­nie ogród­ków dział­ko­wych „We­ne­cja”, któ­ry z po­nad dwu­dzie­sto­ma ty­sią­ca­mi mo­net na­le­ży do naj­wię­kszych zna­le­zisk te­go ty­pu w Pol­sce. W ga­blo­tach zo­ba­czyć moż­na de­na­ry, brak­te­aty oraz sre­brne sztab­ki, czy­li ma­ją­tek, któ­re­go wła­ści­ciel z pew­no­ścią nie trak­to­wał jak drob­nych na co­dzien­ne wy­da­tki. Wśród nu­mi­zma­tów do­mi­nu­ją mo­ne­ty ślą­skie­go księ­cia Bo­le­sła­wa Wy­so­kie­go oraz Mie­szka Plą­to­no­gie­go, nie za­bra­kło też eg­zem­pla­rzy, któ­rych ist­nie­nia na­uka wcze­śniej na­wet nie po­dej­rze­wa­ła. Trud­no o bar­dziej spe­kta­ku­lar­ny przy­kład ma­ją­tku, któ­ry prze­padł świa­tu z oczu cier­pli­wie ustę­pu­jąc miej­sca grząd­kom, al­tan­kom i co­ro­cznym spo­rom o to, ko­mu zno­wu pod­kra­dli ogór­ki.

EKSPOZYCJA PRZYBLIŻA HISTORIĘ SKARBU Z „WENECJI”, KTÓRY LICZYŁ PONAD DWADZIEŚCIA TYSIĘCY MONET, SKUTECZNIE UDOWADNIAJĄC, ŻE CZASAMI NAJCIEKAWSZE PLONY WYDAJE NIE OGRÓDEK, LECZ ZIEMIA POD NIM

Historia tego skar­bu za­czę­ła się 23 paź­dzier­ni­ka 1987 ro­ku, gdy dwóch dział­ko­wców pro­wa­dzą­cych pra­ce me­lio­ra­cyj­ne na ogród­kach „We­ne­cja” na­tra­fi­ło na zna­le­zi­sko, któ­re­go ra­czej nie prze­wi­du­ją po­drę­czni­ki dla mi­ło­śni­ków upra­wy po­mi­do­rów. W zie­mi spo­czy­wał de­po­zyt ukry­ty na prze­ło­mie XII i XIII wie­ku, praw­do­po­do­bnie przez za­moż­ne­go ry­ce­rza lub wy­so­kie­go ran­gą du­cho­wne­go zwią­za­ne­go z Gło­go­wem. Je­go wła­ści­ciel nie zde­po­no­wał jed­nak ele­gan­cko po­se­gre­go­wa­nych mo­net, lecz po­nad dwa­dzie­ścia ty­się­cy cię­tych de­na­rów, kil­ka ty­się­cy ich frag­me­ntów oraz sie­dem sre­brnych szta­bek i brył­kę kru­szcu, czy­li ma­ją­tek trak­to­wa­ny bar­dziej jak za­pas sre­bra niż ko­le­kcję nu­mi­zma­ty­czną.

CZERWONE KÓŁKO WSKAZUJE MIEJSCE, W KTÓRYM PRZEZ STULECIA SPOCZYWAŁ JEDEN Z NAJWIĘKSZYCH POLSKICH SKARBÓW ŚREDNIOWIECZA — JAK WIDAĆ, HISTORIA NIE ZAWSZE WYBIERA PRESTIŻOWE ADRESY

Z ponad sześciu ki­lo­gra­mów sre­bra moż­na by­ło zro­bić wie­le rze­czy. Moż­na by­ło ku­pić wieś, po­wię­kszyć ma­ją­tek, spła­cić dłu­gi al­bo po­kłó­cić o spa­dek pół ro­dzi­ny. Tym­cza­sem cały ten ka­pi­tał tra­fił do drew­nia­nej be­czuł­ki i zni­knął pod zie­mią na ty­le sku­te­cznie, że prze­żył swo­je­go wła­ści­cie­la, je­go po­to­mków, lo­kal­ne eli­ty i pa­mięć o sa­mym miej­scu ukry­cia. Kie­dy po bli­sko ośmiu­set la­tach po­no­wnie wy­do­by­to go na po­wie­rzchnię, for­tu­na, któ­ra um­knę­ła ca­łym po­ko­le­niom, osta­te­cznie prze­gra­ła z przy­pa­dko­wym mach­nię­ciem ło­pa­ty.

TAKI WIDOK WYJAŚNIA, DLACZEGO ODKRYCIE Z „WENECJI” TRAFIŁO DO GRONA NAJWAŻNIEJSZYCH POLSKICH ZNALEZISK — ZIEMIA RZADKO ODDAJE TAK WIELE ZA JEDNYM RAZEM

Po dawnych skarbach przy­cho­dzi czas na hi­sto­rię znacz­nie bli­ższą, ale pod wie­lo­ma wzglę­da­mi o wie­le bar­dziej przej­mu­ją­cą. Wy­sta­wa Gło­go­wia­nie 1945 opo­wia­da o mo­me­ncie, w któ­rym jed­no mia­sto wła­ści­wie z dnia na dzień mu­sia­ło na­uczyć się żyć od no­wa. Jej bo­ha­te­ra­mi nie są kró­lo­wie, ksią­żę­ta ani wła­ści­cie­le ukry­tych for­tun, lecz zwy­kli lu­dzie zmu­sze­ni do opu­szcze­nia swo­ich do­mów al­bo pró­bu­ją­cy od­na­leźć się w zu­peł­nie ob­cym miej­scu.

FRAGMENTY WYSTAWY GŁOGOWIANIE 1945 PRZYPOMINAJĄCE, ŻE PO KAŻDEJ WIELKIEJ POLITYCE KTOŚ MUSI JESZCZE ROZPAKOWAĆ WALIZKI I SPRÓBOWAĆ NORMALNIE ŻYĆ

Ekspozycję podzielono na trzy czę­ści. Pier­wsza po­ka­zu­je ży­cie nie­mie­ckich miesz­kań­ców przed woj­ną oraz dra­ma­ty­czne mie­sią­ce po­prze­dza­ją­ce na­dej­ście fron­tu. Dru­ga prze­no­si zwie­dza­ją­cych do oblę­żo­ne­go Gło­go­wa, któ­ry przez dwa mie­sią­ce zna­lazł się w sa­mym środ­ku wo­jen­nej ka­ta­stro­fy. Trze­cia opo­wia­da o mie­ście prze­ję­tym przez Ar­mię Czer­wo­ną i o pier­wszych pol­skich osad­ni­kach, któ­rzy przy­by­li tu nie po to, by zwie­dzać ru­iny, lecz by urzą­dzić wśród nich wła­sne ży­cie.

1945. FRONT NADCHODZIŁ, A DOM NAGLE STAŁ SIĘ BAGAŻEM.

Szczególną wartość mają wspo­mnie­nia daw­nych miesz­kań­ców oraz ar­chi­wal­ne ma­te­ria­ły fil­mo­we po­ka­zu­ją­ce Gło­gów w pier­wszych mie­sią­cach po woj­nie. To wła­śnie dzię­ki nim za sta­ty­sty­ka­mi, da­ta­mi i de­cy­zja­mi po­li­ty­ków po­no­wnie po­ja­wia­ją się lu­dzie, któ­rzy mu­sie­li zmie­rzyć się z rze­czy­wi­sto­ścią zna­cznie mniej upo­rząd­ko­wa­ną niż więk­szość pod­rę­czni­ków hi­sto­rii.

GŁOGÓW W 1945 ROKU WITAŁ POLSKICH OSADNIKÓW ZNACZNIE SKROMNIEJ NIŻ ÓWCZESNE PLAKATY

Najstarszą ekspozycją pre­zen­to­wa­ną na gło­go­wskim zam­ku jest wy­sta­wa po­świę­co­na obro­nie Gło­go­wa w 1109 ro­ku. I trze­ba ucz­ci­wie przy­znać, że jej me­try­ka mo­men­ta­mi da­je o so­bie znać rów­nie wy­ra­źnie jak wy­da­rze­nia, któ­re przed­sta­wia. Nie zmie­nia to jed­nak fa­ktu, że opo­wia­da o jed­nym z naj­wa­żniej­szych epi­zo­dów w dzie­jach śre­dnio­wie­czne­go Ślą­ska i Pol­ski oraz o ro­li, ja­ką gło­go­wski gród od­gry­wał w pań­stwie pier­wszych Pia­stów.

EKSPOZYCJA POŚWIĘCONA OBRONIE GŁOGOWA W 1109 ROKU MA NIECO MUZEALNY CHARAKTER NAWET JAK NA MUZEUM, ALE HISTORIA NADAL BRONI SIĘ SAMA

Centralnym punktem eks­po­zy­cji po­zo­sta­je ma­kie­ta przed­sta­wia­ją­ca re­kon­stru­kcję gro­du pod­czas oblę­że­nia przez woj­ska ce­sa­rza Hen­ry­ka V. To wła­śnie wo­kół niej zbu­do­wa­no nar­ra­cję o wy­da­rze­niach, któ­re dzię­ki kro­ni­ce Gal­la Ano­ni­ma na trwa­łe we­szły do pol­skiej pa­mię­ci hi­sto­ry­cznej.

REKONSTRUKCJA OBLĘŻENIA GŁOGOWA POKAZUJE ŚREDNIOWIECZE W SKALI, W KTÓREJ NAWET CESARSKA KLĘSKA WYGLĄDA NIEZWYKLE UROCZO

Wystawę uzupełniają za­by­tki ar­che­olo­gi­czne od­kry­te na te­re­nie gro­du, da­to­wa­ne od X do XII wie­ku. W ga­blo­tach zo­ba­czyć moż­na broń, ele­me­nty wy­po­sa­że­nia, czę­ści stro­ju, na­czy­nia oraz ozdo­by, czy­li przed­mio­ty po­zwa­la­ją­ce spoj­rzeć na śre­dnio­wie­czny Gło­gów nie tyl­ko przez pry­zmat wiel­kiej po­li­ty­ki i woj­ny, lecz rów­nież co­dzien­ne­go ży­cia je­go miesz­kań­ców. Ca­łość do­peł­nia­ją re­kon­stru­kcje ubio­ru i uzbro­je­nia wo­jów Bo­le­sła­wa Krzy­wo­uste­go, dzię­ki któ­rym ła­twiej wy­obra­zić so­bie lu­dzi, któ­rzy po­nad dzie­więć­set lat te­mu bro­ni­li gro­du przed ce­sar­ską ar­mią.

— MOŚCI SKRYBO, CZY TO KRONIKA?
— ALIŚCI NIE... TO RELACJA Z GŁOGOWSKIEGO FASHION WEEK, GDZIE W TYM SEZONIE KRÓLUJĄ KOLCZUGA, WEŁNA I ZDECYDOWANY BRAK KOLORÓW.

Ostatnia z zamkowych eks­po­zy­cji jest za­ra­zem naj­mniej­sza i naj­ła­twiej­sza do prze­ocze­nia – co w su­mie sta­no­wi­ło­by pew­ną iro­nię lo­su, bo to wła­śnie ona gwa­ran­tu­je je­dy­ny bi­let wstę­pu do zam­ko­wych podzie­mi. Wy­sta­wa Pa­mięć gło­go­wskich ka­mie­ni de­mon­stra­cyj­nie re­zy­gnu­je z mul­ti­me­dial­ne­go roz­ma­chu i bi­cia re­kor­dów w li­czbie eks­po­na­tów. Jej głów­nym bo­ha­te­rem uczy­nio­no po pro­stu ka­mień – su­ro­wiec, któ­ry miał wąt­pli­wą przy­je­mność ucze­stni­czyć w więk­szo­ści lo­kal­nych ka­ta­strof.

PAMIĘĆ GŁOGOWSKICH KAMIENI TO NAJMNIEJSZA WYSTAWA NA ZAMKU, CHOCIAŻ JEJ GŁÓWNY BOHATER DŹWIGA NA SOBIE KAWAŁEK HISTORII ZDECYDOWANIE CIĘŻSZY NIŻ WSKAZUJE NAZWA

Ekspozycja gromadzi oca­la­łe de­ta­le ar­chi­te­kto­ni­czne i za­by­tki ka­mie­niar­skie wy­do­by­te z ru­in Sta­re­go Mia­sta oraz oko­lic. Prze­trwa­ły tu ele­men­ty daw­nych świą­tyń oraz pły­ty na­gro­bne z nie­ist­nie­ją­ce­go już cmen­ta­rza ży­do­wskie­go – ma­te­rial­ne śla­dy po miej­scach, któ­re z kraj­obra­zu Gło­go­wa zni­knę­ły znacz­nie szyb­ciej niż z ludz­kiej pa­mię­ci.

CAŁE STARE MIASTO POSZŁO Z DYMEM, A TU POZBIERALI JE KAWAŁEK PO KAWAŁKU — DETALE ŚWIĄTYŃ, POZOSTAŁOŚCI CMENTARZA ŻYDOWSKIEGO, BO CHOCIAŻ MURÓW JUŻ NIE MA, TO PAMIĘĆ UPARCIE NIE CHCE SIĘ WYPROWADZIĆ

Na zamku znajdziemy też obiekt, któ­ry igno­ru­je po­trze­bę ja­kich­kol­wiek pod­pi­sów czy na­tręt­nych ta­bli­czek z in­stru­kcją „pro­szę zwró­cić uwa­gę” – i tak bez wy­sił­ku krad­nie ca­łe show. Mo­wa o ośmio­me­tro­wej dłu­ban­ce wy­do­by­tej z Odry w oko­li­cach Ro­go­wa Leg­ni­ckie­go. W prze­ci­wień­stwie do pod­ręcz­ni­ko­wych rek­wi­zy­tów, ma­ją­cych słu­żyć za ab­stra­kcyj­ny „przy­kład roz­wo­ju że­glu­gi”, ma­my tu do czy­nie­nia z kon­kre­tnym, ma­syw­nym czół­nem, któ­re za­miast gnić na dnie, dum­nie prę­ży sło­je przed wy­ciecz­ka­mi szkol­ny­mi, choć - nie oszu­kuj­my się - te i tak wo­lą prze­wi­jać ekran w po­szu­ki­wa­niu ko­lej­nej ży­cio­wej mąd­ro­ści od in­ter­ne­to­we­go ce­le­bry­ty niż uda­wać, ze in­te­re­su­je je osiem­na­sto­wie­czne ry­bo­łów­stwo.

OTO DŁUBANKA OŚMIOMETROWEJ DŁUGOŚCI, Z ODRY POD ROGOWEM LEGNICKIM WYDOBYTA, KTÓRA ZAMIAST W NURCIE ZGINĄĆ, LUDZIOM KU OGLĄDANIU I PAMIĘCI ZACHOWANĄ ZOSTAŁA
Wstęp do muzeum jest pła­tny. Bi­let nor­mal­ny ko­sztu­je 15 zł, ul­go­wy 9 zł (w 2026). Trze­ba przy­znać, że są to ce­ny wy­jąt­ko­wo ła­ska­we dla por­tfe­la, zwła­szcza w cza­sach, gdy po­do­bną kwo­tę po­tra­fi ko­szto­wać ku­bek ka­wy, do któ­rej ktoś do­dał wło­skie sło­wo w na­zwie i li­stek mię­ty na wie­rzchu. Wstęp na zam­ko­wy dzie­dzi­niec po­zo­sta­je dar­mo­wy, więc nic nie stoi na prze­szko­dzie, by choć na chwi­lę zaj­rzeć za mu­ry daw­nej re­zy­den­cji ksią­żę­cej. Zwie­dza­nie moż­na uro­zma­icić za po­mo­cą apli­ka­cji „Mu­ze­um Gło­gów”. Wy­star­czy sięg­nąć po smart­fon, uru­cho­mić pro­gram i po­zwo­lić, by za­mek sam opo­wie­dział swo­ją hi­sto­rię. To wy­go­dne roz­wią­za­nie dla tych, któ­rzy wo­lą zwie­dzać we wła­snym tem­pie, bez ko­nie­czno­ści stu­dio­wa­nia każ­dej ta­bli­czki z oso­bna.
Zwiedzający mogą bez­pła­tnie fo­to­gra­fo­wać i fil­mo­wać eks­po­na­ty na wła­sny uży­tek, więc nic nie stoi na prze­szko­dzie, by za­brać ze so­bą nie­co wię­cej niż tyl­ko wspo­mnie­nia.
Na zam­ko­we wy­sta­wy nie moż­na wpro­wa­dzać psów, nie­za­le­żnie od te­go, jak bar­dzo in­te­re­su­ją się hi­sto­rią.
Ze względu na za­by­tko­wy cha­ra­kter zam­ku oso­by po­ru­sza­ją­ce się na wóz­kach mo­gą zwie­dzać je­dy­nie par­ter, gdzie znaj­du­ją się do­stęp­ne dla nich sa­le i prze­strze­nie mu­ze­al­ne.
Dobra wia­do­mość dla pi­lo­tów dro­nów. Wo­kół zam­ku nie bra­ku­je wol­nej prze­strze­ni, więc bez więk­sze­go pro­ble­mu moż­na uchwy­cić ca­ły za­mek z per­spe­kty­wy, o któ­rej więk­szość je­go daw­nych miesz­kań­ców mo­gła co naj­wy­żej po­ma­rzyć.

DZIEDZINIEC JEST JAK POWIETRZE — DOSTĘPNY DLA WSZYSTKICH. HISTORIA UKRYTA ZA MURAMI MA JUŻ WŁASNE DRZWI I WŁASNĄ CENĘ.

DOJAZD


Zamek położony jest przy ul. Bra­ma Brzo­sto­wska, tuż nad Od­rą, w bez­po­śre­dnim są­sie­dztwie cha­ra­kte­ry­sty­czne­go ró­żo­we­go Mo­stu To­le­ran­cji, któ­re­go trud­no nie za­uwa­żyć na­wet oso­bom nie­spe­cjal­nie za­in­te­re­so­wa­nym ar­chi­te­ktu­rą mo­sto­wą. Od dwor­ca ko­le­jo­wego do zam­ku moż­na dojść pie­szo w oko­ło 20 mi­nut. Wy­star­czy po wyj­ściu z bu­dyn­ku skrę­cić w le­wo w ul. 1 Ma­ja, a na­stę­pnie kon­ty­nu­ować spa­cer ul. Nad­brze­żną w kie­run­ku wscho­dnim, trzy­ma­jąc się bie­gu Od­ry.

W czasach, gdy zna­le­zie­nie wol­ne­go miej­sca po­sto­jo­we­go w nie­któ­rych mia­stach za­czy­na przy­po­mi­nać sport eks­tre­mal­ny, oko­li­ce gło­go­wskie­go zam­ku wy­pa­da­ją za­ska­ku­ją­co przy­ja­źnie. Sa­mo­chód moż­na zo­sta­wić przy ul. Zam­ko­wej lub na nie­wiel­kim pla­cy­ku przy ul. Nad­odrzań­skiej, po­ło­żo­nym nie­mal na­prze­ciw­ko wej­ścia do mu­ze­um.
Rower moż­na wpro­wa­dzić na zam­ko­wy dzie­dzi­niec, oszczę­dza­jąc so­bie póź­niej­szych spe­ku­la­cji, kto bar­dziej ucie­szył się z wy­cie­czki – wła­ści­ciel czy ewen­tu­al­ny no­wy użyt­ko­wnik ro­we­ru.

OD PÓŁNOCY DO GŁOGOWA WIEDZIE MOST RÓŻOWY, KTÓRY NAD ODRĄ PRZEPIĘTY STRZEŻE WJAZDU DO MIASTA NICZYM WSPÓŁCZESNA BRAMA

WARTO ZOBACZYĆ


Zaledwie kilkaset me­trów od zam­ku, na Ostro­wie Tum­skim, wzno­si się ko­le­gia­ta Wnie­bo­wzię­cia Naj­świę­tszej Ma­ryi Pan­ny. Trud­no zre­sztą o bar­dziej oczy­wi­sty cel spa­ce­ru. Po­tęż­na go­ty­cka bry­ła gó­ru­je nad oko­li­cą z sub­tel­no­ścią pan­cer­ni­ka wpły­wa­ją­ce­go do por­tu i od kil­ku stu­le­ci sku­te­cznie przy­po­mi­na wszy­stkim do­oko­ła, kto tu­taj od­po­wia­da za pa­no­ra­mę mia­sta.

Dzisiejsza świątynia jest efe­ktem wy­jąt­ko­wo dłu­giej i mo­men­ta­mi dość wy­bo­istej ka­rie­ry, pod­czas któ­rej po­ża­ry, woj­ny, prze­bu­do­wy i roz­ma­ite hi­sto­ry­czne ka­ta­stro­fy re­gu­lar­nie pró­bo­wa­ły usu­nąć ją z kraj­obra­zu Gło­go­wa. Ko­le­gia­ta upar­cie od­ma­wia­ła jed­nak współ­pra­cy i choć przez stu­le­cia nie bra­ko­wa­ło oka­zji, by de­fi­ni­ty­wnie za­koń­czyć jej hi­sto­rię, naj­bli­żej po­ra­żki zna­la­zła się do­pie­ro w 1945 ro­ku, gdy z po­tęż­nej świą­ty­ni po­zo­sta­ła wy­pa­lo­na ru­ina. Wi­dok mu­siał być na ty­le przy­gnę­bia­ją­cy, że przez na­stęp­ne dzie­się­cio­le­cia bu­do­wla bar­dziej przy­po­mi­na­ła gi­gan­ty­czny wy­rzut su­mie­nia eu­ro­pej­skiej hi­sto­rii niż je­den z naj­wa­żniej­szych za­by­tków Dol­ne­go Ślą­ska.

Warto zajrzeć do jej wnę­trza nie tyl­ko ze wzglę­du na sa­mą ar­chi­te­ktu­rę — choć ta oczy­wi­ście ro­bi wszy­stko, żeby uda­wać, że jest tu głów­ną atra­kcją. Na zwie­dza­ją­cych cze­ka­ją jed­nak tak­że re­li­kty daw­nych bu­do­wli, hi­sto­ry­czne de­ta­le oraz punkt wi­do­ko­wy na jed­nej z wież, z któ­re­go moż­na po­dzi­wiać pa­no­ra­mę Sta­re­go Mia­sta, Od­rę i oko­li­czne te­re­ny, o ile oczy­wi­ście nie tra­fi­my na po­rę, w któ­rej wszy­stko jest chwi­lo­wo nie­do­stę­pne. To wła­śnie stąd naj­le­piej wi­dać, jak bli­sko sie­bie przez stu­le­cia funk­cjo­no­wa­ły naj­wa­żniej­sze in­sty­tu­cje daw­ne­go Gło­go­wa — ksią­żę­cy za­mek, ko­le­gia­ta i gród na Ostro­wie Tum­skim — czy­li ca­ły śre­dnio­wie­czny „trój­kąt ber­mu­dzki”, w któ­rym zni­kał czas, pie­nią­dze i cier­pli­wość pod­da­nych.

Do wnętrza kolegiaty po­win­ni­śmy zaj­rzeć choć­by po to, by prze­ko­nać się, że naj­cie­ka­wsze rze­czy dzie­ją się tu jed­no­cze­śnie nad gło­wą i pod sto­pa­mi. Wy­star­czy kil­ka kro­ków, by zro­zu­mieć, że bu­do­wni­czo­wie nie mie­li naj­mniej­sze­go za­mia­ru oszczę­dzać ani na wy­so­ko­ści, ani na roz­ma­chu. Czło­wiek przez mo­ment czu­je się tu ra­czej do­da­tkiem do ar­chi­te­ktu­ry niż jej adre­sa­tem — co zre­sztą ide­al­nie wpi­sy­wa­ło się w epo­kę, w któ­rej go­tyk po­sta­no­wił udo­wo­dnić świa­tu, że je­śli coś moż­na zro­bić więk­sze, to abso­lu­tnie trze­ba to zro­bić więk­sze.

Prawdziwy skarb kolegiata ukry­wa jed­nak pod po­sa­dzką. W zam­knię­tych pod­zie­miach za­cho­wa­ły się frag­men­ty ko­ścio­ła gro­do­we­go dzia­ła­ją­ce­go już na po­czą­tku XII wie­ku. To wła­śnie tu­taj koń­czy się go­tyk, a za­czy­na Gło­gów pa­mię­ta­ją­cy cza­sy Bo­le­sła­wa Krzy­wo­uste­go. W są­sie­dztwie tych mu­rów miesz­kań­cy gro­du ob­ser­wo­wa­li oblę­że­nie z 1109 ro­ku, a tu­tej­sze wnę­trza sły­sza­ły echa star­cia z woj­ska­mi Hen­ry­ka V.

Dziewięć stuleci brzmi jak od­le­gła, nie­mal ab­stra­kcyj­na prze­szłość — do­pó­ki nie zej­dzie się kil­ka sto­pni w dół i nie sta­nie twa­rzą w twarz z mu­rem, któ­ry pa­mię­ta cza­sy, gdy Hen­ryk V nie był jesz­cze te­ma­tem kon­kur­sów hi­sto­ry­cznych, lecz cał­kiem re­al­nym zmar­twie­niem miesz­kań­ców Gło­go­wa.


Opuszczając kolegiatę, warto po­świę­cić chwi­lę na spa­cer po Sta­rym Mie­ście. Trze­ba jed­nak od ra­zu uprze­dzić, że nie jest to sta­rów­ka w kla­sy­cznym ro­zu­mie­niu te­go sło­wa. Kto li­czy na gę­stą za­bu­do­wę pa­mię­ta­ją­cą śre­dnio­wie­cze, re­ne­sans i ba­rok, mo­że po­cząt­ko­wo po­czuć się nie­co zde­zo­rien­to­wa­ny. W 1945 ro­ku cen­trum Gło­go­wa do­sta­ło bo­wiem tak po­tęż­ny cios, że przez na­stę­pne dzie­się­cio­le­cia bar­dziej przy­po­mi­na­ło ogrom­ne po­le ru­in niż ser­ce jed­ne­go z naj­star­szych miast Ślą­ska.

Przez długi czas tam, gdzie nie­gdyś sta­ły ka­mie­nice, ko­ścio­ły i miej­skie re­zy­den­cje, ro­sła tra­wa, funk­cjo­no­wa­ły pro­wi­zo­ry­czne par­kin­gi, a po­mię­dzy ni­mi sa­mo­tnie ster­cza­ły oca­la­łe frag­men­ty daw­nych bu­do­wli. W pewnym sensie była to najbardziej radykalna forma ochrony zabytków. Trudno przecież zniszczyć starówkę bardziej niż została zniszczona wcześniej.

Odbudowa na więk­szą ska­lę ru­szy­ła do­pie­ro pod ko­niec XX wie­ku, dla­te­go dzi­siej­sze Sta­re Mia­sto jest dość nie­zwy­kłą mie­szan­ką hi­sto­rii, ar­che­olo­gii i współ­cze­snej ar­chi­te­ktu­ry. Nie pró­bo­wa­no tu­taj uda­wać, że woj­na by­ła je­dy­nie dro­bnym epi­zo­dem. Mię­dzy no­wy­mi ka­mie­ni­ca­mi wy­eks­po­no­wa­no frag­me­nty mu­rów i za­zna­czo­no prze­bieg hi­sto­ry­cznych ulic. Dzię­ki te­mu spa­cer po cen­trum przy­po­mi­na mo­men­ta­mi wę­dró­wkę po sta­no­wi­sku ar­che­olo­gi­cznym, któ­re ktoś dla wy­go­dy mie­szkań­ców wy­po­sa­żył w re­stau­ra­cje, ka­wia­rnie, ław­ki i miej­ską in­fra­stru­ktu­rę.


Wśród odbudowanych za­by­tków gło­go­wskie­go Sta­re­go Mia­sta szcze­gól­ne miej­sce zaj­mu­je Te­atr im. An­dre­asa Gry­phiu­sa. Jesz­cze kil­ka­na­ście lat te­mu był to je­den z naj­bar­dziej fo­to­ge­ni­cznych tru­pów w mie­ście. Przez dzie­się­cio­le­cia po daw­nym gma­chu po­zo­sta­wa­ła je­dy­nie ro­man­ty­czna ru­ina, któ­ra wy­glą­da­ła świe­tnie na zdję­ciach i rów­nie kie­psko z pun­ktu wi­dze­nia swo­jej pier­wo­tnej fun­kcji.

W końcu ktoś do­szedł jed­nak do wnio­sku, że te­atr po­wi­nien słu­żyć ra­czej akto­rom niż go­łę­biom, i roz­po­czę­to od­bu­do­wę. Dziś daw­ny gmach po­no­wnie do­mi­nu­je nad oko­li­cą, sku­te­cznie przy­po­mi­na­jąc, że nie wszy­stkie ru­iny są ska­za­ne na po­wol­ne za­ra­sta­nie krza­ka­mi i sta­tus lo­kal­nej cie­ka­wo­stki.

Co ciekawe, dla wielu miesz­ka­ńców sam fakt od­bu­do­wy był nie­mal rów­nie nie­zwy­kły jak spe­kta­kle wy­sta­wia­ne obec­nie na sce­nie. Przez ty­le lat przy­wy­kli bo­wiem do wi­do­ku ma­lo­wni­czych ru­in, że peł­no­pra­wny te­atr wy­da­wał się mo­men­ta­mi bar­dziej fan­ta­sty­czną wi­zją niż ko­lej­nym eta­pem hi­sto­rii te­go miej­sca.


Spaceru­jąc po Sta­rym Mie­ście, trud­no nie natk­nąć się rów­nież na ru­iny koś­cio­ła św. Mi­ko­ła­ja. I właś­nie sło­wo „ru­iny” jest tu­taj klu­czo­we, bo w prze­ci­wień­stwie do ko­le­gia­ty nikt nie pró­bo­wał przy­wra­cać tej świą­ty­ni do daw­nej świe­tno­ści. Po­zo­sta­wio­no ją do­kład­nie ta­ką, ja­ką zo­sta­wił ją rok 1945, dzię­ki cze­mu sta­no­wi dziś je­den z naj­bar­dziej wy­mow­nych śla­dów wo­jen­nej ka­ta­stro­fy, ja­ka do­tknę­ła Gło­gów.

Przez stu­le­cia był to je­den z naj­waż­niej­szych koś­cio­łów mia­sta. Dziś po daw­nym wnę­trzu po­zo­sta­ły głów­nie mu­ry, frag­men­ty de­ta­li ar­chi­tek­to­nicz­nych i ogrom­na ilość pu­stej prze­strze­ni. Pa­ra­dok­sal­nie właś­nie ta pust­ka ro­bi naj­więk­sze wra­że­nie. Tam, gdzie nie­gdyś znaj­do­wa­ły się skle­pie­nia, oł­ta­rze i wy­po­sa­że­nie świą­ty­ni, dziś po­zo­sta­ła je­dy­nie otwar­ta prze­strzeń.

Ru­iny nie są jed­nak mar­twym za­byt­kiem za­mknię­tym za pło­tem. W se­zo­nie re­gu­lar­nie od­by­wa­ją się tu­taj kon­cer­ty, wy­da­rze­nia kul­tu­ral­ne i ple­ne­ro­we spek­ta­kle, a daw­ne wnę­trze świą­ty­ni co ja­kiś czas po­now­nie wy­peł­nia się ludź­mi. Trud­no zresz­tą o bar­dziej wi­do­wi­sko­wą opra­wę. Nie­wie­le miast mo­że bo­wiem po­chwa­lić się sce­ną kon­cer­to­wą, nad któ­rą za­miast skle­pie­nia roz­cią­ga się po pros­tu nie­bo.


Kil­ka­dzie­siąt me­trów od ru­in św. Mi­ko­ła­ja sto­i ko­ściół Bo­że­go Cia­ła, dzię­ki cze­mu zwie­dza­ją­cy mo­gą w cią­gu dwóch mi­nut zo­ba­czyć dwa zu­peł­nie róż­ne spo­so­by ra­dze­nia so­bie z tym sa­mym nie­szczę­ściem. O­bie świą­ty­nie cięż­ko ucier­pia­ły w 1945 ro­ku, ale tyl­ko jed­nej u­da­ło się wró­cić do co­dzien­ne­go ży­cia.

Nie o­zna­cza to jed­nak, że woj­na po­trak­to­wa­ła świą­ty­nię ul­go­wo. Mu­ry u­da­ło się od­bu­do­wać, ale daw­ne wy­po­sa­że­nie w du­żej mie­rze prze­szło do ka­te­go­rii rze­czy bez­po­wrot­nie u­tra­co­nych. Dzi­siej­sze wnę­trze jest więc bar­dziej o­po­wie­ścią o tym, co o­ca­la­ło, niż o tym, co przez stu­le­cia cier­pli­wie gro­ma­dzi­li fun­da­to­rzy koś­cio­ła.

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. M. Chorowska: Za­mek ja­ko re­zy­den­cja ksią­żę­ca na Dol­nym Ślą­sku...
  2. M. Chorowska: >Re­zy­de­ncje śre­dnio­wie­czne na Ślą­sku, OFPWW 2003
  3. I. T. Kaczyńscy: Zamki w Pol­sce po­łu­dnio­wej, Mu­za SA 1999
  4. L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Lek­sy­kon zam­ków w Pol­sce, Ar­ka­dy 2001
  5. H. Szczegóła: Koniec pa­no­wa­nia pia­sto­wskie­go nad środ­ko­wą Od­rą, Wydawnictwo Poznańskie 1968
  6. J. Szymczak: Zamki i pie­nią­dze w śre­dnio­wie­cznej Pol­sce



Chcesz odsłuchać? Kliknij [⋮] na pasku przeglądarki → Odsłuchaj tę stronę.