DRZEWICA

ruina późnogotyckiego zamku Drzewickich

DRZEWICA: POTĘGA W RUINIE, OSKALPOWANA, ALE NADAL Z CZTEREMA WIEŻAMI NA STRAŻY

DZIEJE ZAMKU


Gdy myślimy o tu­tej­szym zam­ku, od ra­zu ro­dzi się py­ta­nie: kto go wła­ści­wie po­sta­wił i gdzie wcze­śniej mie­szka­li wła­ści­cie­le Drze­wi­cy? Naj­praw­do­po­do­bniej przed po­wsta­niem mu­ro­wa­nej wa­ro­wni dwór wła­ści­cie­li oko­li­cznych dóbr stał na le­wym brze­gu rze­ki, tuż obok XIV‑­wiecz­ne­go ko­ścio­ła i nie­da­wno za­ło­żo­nej osa­dy. Nie­któ­re źró­dła pod­po­wia­da­ją, że bu­do­wni­czym owe­go dwo­ru mógł być Ma­ciej Cio­łek — je­den z pro­to­pla­stów ro­du Drze­wi­ckich, czy­li czło­wiek, któ­ry naj­wy­ra­źniej uznał, że czas zbu­do­wać coś, co da się po­ka­zać, a nie tyl­ko prze­cho­wy­wać w pa­mię­ci.

GDZIEŚ TUTAJ, NA WZNIESIENIU, W POBLIŻU KOŚCIOŁA ŚW. ŁUKASZA, MACIEJ CIOŁEK POSTAWIŁ DREWNIANY DWÓR, ŻEBY KAŻDY WIEDZIAŁ, KTO TU MA PIENIĄDZE I KTO NIE MUSI PRACOWAĆ (1907)

Natomiast po­cząt­ki póź­no­go­ty­ckiej sie­dzi­by wa­ro­wnej w Drze­wi­cy na­le­ży już wią­zać z ar­cy­bi­sku­pem gnie­źnie­ńskim Ma­cie­jem Drze­wi­ckim her­bu Cio­łek (zm. 1535), któ­ry za­pe­wne do­szedł do wnio­sku, że drew­nia­ne cha­ty to już tro­chę za skro­mnie, i w la­tach 1527–1535 wzniósł w po­bli­żu dwo­ru ele­gan­cki mu­ro­wa­ny za­mek. Fa­cet nie był by­le kim — se­kre­tarz kró­la Ja­na Ol­bra­chta Sekretarz królewski był człowiekiem od pisania, czytania i pilnowania królewskiej korespondencji – czyli kimś, kto zamieniał królewskie pomysły w oficjalne dokumenty. Sporządzał listy, przywileje i instrukcje wysyłane do urzędników, posłów czy miast, a przy okazji dbał, żeby wszystko miało właściwą formę i nie narobiło królowi kłopotów dyplomatycznych. W skrócie: król mówił, sekretarz zapisywał, a potem cały kraj udawał, że tak właśnie było od początku. , kan­clerz wiel­ki ko­ron­ny Kanclerz wielki koronny był w Rzeczypospolitej czymś w rodzaju szefa kancelarii państwa i głównego strażnika papierów, pieczęci oraz dyplomacji. To przez jego ręce przechodziły najważniejsze dokumenty – od traktatów z obcymi dworami po królewskie decyzje – a bez jego pieczęci nawet najpiękniejszy akt władzy był tylko ładnie zapisanym kawałkiem pergaminu. W praktyce oznaczało to, że kanclerz pilnował, żeby król nie rozdawał łask szybciej, niż zdąży wyschnąć atrament. i wre­szcie pry­mas Prymas był najwyższym rangą biskupem w Królestwie Polskim i czymś w rodzaju kościelnego szefa całego krajowego episkopatu. Oprócz spraw religijnych miał też sporo roboty politycznej – bywał doradcą króla, a w czasie bezkrólewia przejmował rolę interreksa, czyli tymczasowej głowy państwa. Innymi słowy: gdy król znikał z planszy, prymas na chwilę siadał przy sterze i pilnował, żeby Rzeczpospolita nie zaczęła rządzić się sama. — i każ­dy de­tal no­wej bu­do­wli miał przy­po­mi­nać o je­go po­zy­cji, spra­wia­jąc, że po­bli­skie kró­le­wskie wa­ro­wnie w Opo­cznie i Ino­wło­dzu wy­glą­da­ły przy niej jak ka­mien­ne szkie­le­ty, któ­rym ktoś za­po­mniał włą­czyć oso­bo­wość. Nie by­ła to więc skrom­na for­ta­li­cja dla po­ka­za­nia gu­stu czy wy­go­dy, lecz śre­dnio­wie­czny znak za­py­ta­nia skie­ro­wa­ny pro­sto w stro­nę są­sia­dów: kto tu roz­da­je kar­ty, a kto tyl­ko przy­glą­da się z bo­ku.

TAK MÓGŁ WYGLĄDAĆ ZAMEK W DRZEWICY W XVI WIEKU — MUROWANA SIEDZIBA MACIEJA DRZEWICKIEGO, KTÓRY PO KARIERZE SEKRETARZA JANA OLBRACHTA, KANCLERZA WIELKIEGO KORONNEGO I WRESZCIE PRYMASA DOSZEDŁ DO WNIOSKU, ŻE DREWNIANY DWÓR NIE PASUJE JUŻ DO TAKIEGO CV

Gmach ten przez na­stę­pne dwie­ście lat po­zo­stał w rę­kach ro­dzi­ny fun­da­to­ra, któ­ra naj­wy­ra­źniej do­brze się tu czu­ła i nie mia­ła naj­mniej­szej ocho­ty się z nim roz­sta­wać. Po śmier­ci Ma­cie­ja prze­szedł on na wła­sność je­go bra­ta Ada­ma, a na­stęp­nie dzie­dzi­czy­li go ko­lej­ni człon­ko­wie ro­du — mię­dzy in­ny­mi Ja­kub (zm. 1564) i Adam, sta­ro­sta ino­wło­dzki Starosta był królewskim zarządcą terenu – pilnował porządku, sądów i królewskich dochodów w powiecie lub grodzie. Reprezentował władzę monarchy w terenie, przewodniczył sądom grodzkim i czuwał, żeby podatki oraz różne opłaty trafiały tam, gdzie trzeba, czyli do królewskiej kasy. W skrócie: coś między gubernatorem, sędzią i lokalnym szefem administracji – z kluczami do zamku w kieszeni. (zm. 1604). Każ­dy z nich miał swo­je obo­wią­zki, swo­je spra­wy i za­pe­wne swo­je zmar­twie­nia, ale za­mek po­zo­sta­wał w ro­dzi­nie, jak­by sam pod­po­wia­dał, że tu­taj naj­le­piej czu­je się wśród swo­ich.

ARCHITEKTURA STAŁA TU OD XVI WIEKU, ALE PRZYRODA UZNAŁA, ŻE SKORO NIKT JEJ NIE PILNUJE, TO ONA SOBIE POWOLI WEŹMIE OKOLICĘ Z POWROTEM

To właśnie ów zamek Drze­wi­ckich był jed­nym z nie­li­cznych miejsc, gdzie jesz­cze w XVII wie­ku sto­so­wać mia­no tzw. pró­by po­wie­trza. Po­le­ga­ły one na zrzu­ce­niu oso­by po­dej­rza­nej o cza­ry z wie­ży, a w Drze­wi­cy wy­ko­ny­wa­no je rze­ko­mo z ośmio­bo­cznej ba­szty zwa­nej Wie­żą Cza­ro­wnic, z któ­rej w la­tach 1620–1635 strą­co­no 22 oso­by, głów­nie sta­re że­bra­czki i cy­gan­ki po­dej­rza­ne o kon­sza­chty z dia­błem — ta­ki ów­cze­sny test aero­dy­na­mi­ki, któ­re­go nie­ste­ty nikt nie miał pra­wa zdać.

NAJCIĘŻSZA HISTORIA ZAMKU NIE JEST W JEGO MURACH, TYLKO W PAMIĘCI O TYM, CO PRZED CZTEREMA WIEKAMI DZIAŁO SIĘ NA GÓRZE TEJ BASZTY

Tuż przed strą­ce­niem wci­ska­no tym bied­nym ko­bie­tom kne­bel w usta, aby nie mo­gły we­zwać na po­moc sza­ta­na. Jak nie­tru­dno się do­my­ślić, żad­ne­go dia­bła w po­bli­żu nie by­ło, co naj­wy­ra­źniej wpra­wia­ło w za­kło­po­ta­nie ów­cze­sny kler, któ­ry nie po­tra­fił wy­my­ślić ni­cze­go bar­dziej prze­ko­nu­ją­ce­go, oraz Drze­wi­ckich, któ­rzy naj­wy­ra­źniej uzna­li, że mo­żna tu z po­wo­dze­niem po­łą­czyć funk­cję straż­ni­ka zam­ku z ro­lą re­ży­se­ra śre­dnio­wie­czne­go hor­ro­ru.

Po kil­ku­na­stu la­tach owe absur­da­lne pra­kty­ki za­rzu­co­no, a ak­ta za­bo­bo­nu ukry­to w taj­nych ar­chi­wach, do któ­rych jed­nak do­ta­rli hi­sto­ry­cy — i nie­tru­dno się do­my­śleć, że czy­ta­jąc li­sty „strą­co­nych i kne­blo­wa­nych”, atmo­sfe­ra ro­bi­ła się ra­czej lo­do­wa­ta niż uczo­na.

SAM MOMENT STRĄCANIA „CZAROWNIC” Z WIEŻY JAKOŚ NIE TRAFIŁ NA RYCINY. ZA TO ILUSTRACJE TAKIE JAK TA Z PROCESÓW W NORTH BERWICK (1591) POKAZUJĄ, JAK BARDZO EPOKA POTRZEBOWAŁA DEMONÓW.

W październiku 1655 roku, w pier­wszych mie­sią­cach szwedz­kie­go „po­to­pu”, wie­lu mo­żno­wład­ców, ary­sto­kra­tów i pol­skich ofi­ce­rów pod­pi­sa­ło akt lo­jal­no­ści wo­bec Ka­ro­la Gu­sta­wa . Po­wód był pro­sty: król Jan Ka­zi­mierz uciekł za gra­nicę, a Szwed obie­cy­wał za­cho­wać wol­ność szla­che­cką, re­li­gię oraz ma­jąt­ki i zam­ki. An­drzej Drze­wi­cki też do­ło­żył swój pod­pis — naj­wy­ra­źniej do­cho­dząc do wnio­sku, że bo­ha­ter­stwo to pięk­na rzecz, ale nie za­wsze szcze­gól­nie uży­te­czna. I jak się oka­za­ło, kal­ku­la­cja by­ła tra­fna: gdy mia­sto ra­bo­wa­no, a ko­ściół za­mie­nio­no w ma­ga­zyn łu­pów, je­go za­mek po­zo­stał nie­na­ru­szo­ny.

MUR PÓŁNOCNY ZAMKU LICZY PROSTO: NA DZIESIĘĆ TON KAMIENIA PRZYPADA JEDNO OKNO, I TO RACZEJ Z LITOŚCI

Po bezpotomnej śmier­ci w 1717 ro­ku Hie­ro­ni­ma Drze­wi­ckie­go, osta­tnie­go z ro­du, ma­ją­tek prze­szedł w rę­ce je­go sio­stry Kon­stan­cji, któ­ra być mo­że do­szła do wnio­sku, że dzie­dzi­ctwo w rę­kach ro­dzi­ny to za ma­ło eks­cy­ta­cji i naj­le­piej od­dać je ko­muś, kto nie bę­dzie się oglą­dał na sta­re po­ra­chun­ki. W ten oto spo­sób sta­ry za­mek tra­fił do Sza­nia­wskich — praw­do­po­do­bnie do Fa­bia­na Sza­nia­wskie­go her­bu Ju­no­sza , sta­ro­sty so­cha­cze­wskie­go (zm. 1732). Gmach zmie­nił wła­ści­cie­la, a ży­cie w je­go mu­rach, jak to zwy­kle by­wa­ło, po­to­czy­ło się da­lej już pod no­wym na­zwi­skiem nad bra­mą.

BRAMA MA SENS WYŁĄCZNIE WTEDY, GDY JEST CO ZAMYKAĆ — TU TEN ETAP MAMY JUŻ ZA SOBĄ (1933)

Fabian Szaniawski po­zo­sta­wił Drze­wi­cę Fi­li­po­wi Ne­riu­szo­wi Ne­reu­szo­wi, sta­ro­ście ra­dzi­ckie­mu (zm. 1782), któ­ry po­ślu­bił Lud­wi­kę Za­łu­ską her­bu Ju­no­sza . W 1748 ów Fi­lip wraz z bra­tem Te­odo­rem po­dzie­li­li ro­dzin­ny ma­ją­tek, w wy­ni­ku cze­go do­bra drze­wi­ckie przy­pa­dły wła­śnie Fi­li­po­wi, obej­mu­jąc mia­sto Drze­wi­ca oraz wsie: Bru­sło­wiec, Jel­na, Strzy­żów, Żar­dki Du­że i Ma­łe, Giel­niów z mia­stem Giel­niów, Brze­zin­ki i Wy­wóz, a tak­że mia­sto Nie­zna­mie­ro­wi­ce, wsie Bie­lo­wi­ce i Mro­czków, oraz ca­łą re­sztę wiej­skiej epo­pei, któ­rą ła­twiej by­ło po­sia­dać niż wy­mie­nić.

1792: ZAMEK JESZCZE W GRZE, ALE JUŻ NIE NA PEŁNYCH OBROTACH — RACZEJ OBRONA SYMBOLICZNA NIŻ REALNA

W dniu 12 mar­ca 1781 ro­ku Fi­lip Ne­riusz Ne­re­usz Sza­nia­wski spi­sał te­sta­ment, zgod­nie z któ­rym Drze­wi­cę prze­jął naj­star­szy syn, Fa­bian Sza­nia­wski (zm. 1814). Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, bo w dru­giej po­ło­wie XVIII wie­ku, wła­ści­cie­le od­da­li wa­ro­wnię ber­nar­dy­nkom, któ­re wcze­śniej stra­ci­ły w po­ża­rze swój kla­sztor ufun­do­wa­ny w 1630 ro­ku przez An­nę z Bą­ko­wca-Drze­wi­cką — za­mek więc ro­bił za coś w ro­dza­ju awa­ryj­ne­go adre­su po ka­ta­stro­fie, gdzie ścia­ny by­ły so­li­dne, ale po­wie­trze jak­by od wie­ków wstrzy­my­wa­ło od­dech.

W ROKU 1814 CHRZĄŃSKI UTRWALIŁ ZAMEK Z BRAMĄ POD ŁUKIEM, ZWARTĄ ŚCIANĄ I WIEŻAMI, KTÓRE STOJĄ JAKBY PILNOWAŁY PORZĄDKU, CHOCIAŻ ZA MOMENT TEN PORZĄDEK ROZWIĄŻE OGIEŃ BEZ ŻADNEJ KONSULTACJI

W 1787 roku w mu­rach tej re­zy­den­cji za­trzy­mał się Sta­ni­sław Au­gust Po­nia­to­wski (zm. 1798), co na mo­ment pod­nio­sło ran­gę miej­sca i po­zwo­li­ło za­pi­sać je w ka­len­da­rzu kró­lew­skich po­dró­ży. Spo­koj­na hi­sto­ria nie trwa­ła jed­nak dłu­go, po­nie­waż w 1814 ro­ku za­mek padł ofia­rą ognia, a we­dług lo­kal­nych po­dań przy­czy­ną mia­ły być świe­ce po­zo­sta­wio­ne po ro­ra­tach, któ­re naj­wy­ra­źniej uzna­ły, że za­koń­czą na­bo­żeń­stwo w spo­sób bar­dziej spe­kta­ku­lar­ny niż prze­wi­dy­wał li­tur­gi­czny sce­na­riusz.

DWADZIEŚCIA LAT PO POŻARZE ZAMEK WYGLĄDA JAK PROJEKT PORZUCONY W TRAKCIE — TYLE ŻE TU NIC NIE JEST W TRAKCIE, TO JUŻ FINALNA WERSJA: RUINA

W 1827 roku ruiny od­wie­dzi­ła Kle­men­ty­na z Tań­skich Hoff­ma­no­wa (zm. 1845), au­tor­ka Opi­sów róż­nych oko­lic Kró­le­stwa Pol­skie­go, któ­ra spoj­rza­ła na za­mek okiem pod­róż­ni­czki, mo­ra­li­stki i oso­by wy­ra­źnie zdzi­wio­nej sta­nem rze­czy. Swą re­cen­zję za­czy­na spo­koj­nie od ar­chi­te­ktu­ry: Za­mek jest du­ży, czwo­ro­bo­czny, z czte­re­ma wie­ża­mi na ro­gach, go­ty­ckiej i sta­ro­da­wnej ar­chi­te­ktu­ry, po czym do­da­je, że wi­dać, że był obron­ny i wo­dą oto­czo­ny wko­ło. Trud­no się dzi­wić tej ob­ser­wa­cji, sko­ro pod mu­ra­mi wciąż pły­nę­ła Drze­wi­czka, choć jak sa­ma au­tor­ka za­uwa­ża ka­na­łów bi­tych już tyl­ko śla­dy, co w ję­zy­ku epo­ki ozna­cz­ło po pro­stu, że sys­tem obron­ny zdą­żył już przejść do dzia­łu wspo­mnień.

„WIDAĆ, ŻE BYŁ OBRONNY I WODĄ OTOCZONY WKOŁO” — PISZE HOFFMANOWA — I PATRZĄC NA PEJZAŻ T. CHRZĄŃSKIEGO, MOŻNA DOJŚĆ DO WNIOSKU, ŻE WODA WZIĘŁA TEN FRAGMENT OPISU NA POWAŻNIE I POSTANOWIŁA GO NIECO PODKREŚLIĆ

Autorka przypomina też fun­da­to­rów zam­ku, pi­sząc że za­ło­ży­li go bar­dzo daw­no Cioł­ko­wie, z ro­dzi­ny w Pol­sce zna­ko­mi­tej, któ­rzy póź­niej przy­ję­li na­zwi­sko Drze­wi­ccy od miej­sca swo­jej sie­dzi­by. Da­lej po­ja­wia się ty­po­wy dla ru­in zwrot akcji, po­nie­waż po wy­ga­śnię­ciu tej li­nii bu­do­wla zo­sta­ła uży­ta na kla­sztor pa­nien Fran­ci­szka­nek, a na­stęp­nie – jak do­da­je bez zbęd­ne­go dra­ma­ty­zmu – trzy­na­ście lat te­mu zgo­rzał. W prak­ty­ce ozna­cza­ło to, że za­kon­ni­ce prze­nie­sio­no do kla­szto­ru św. Ka­ta­rzy­ny w Gó­rach Świę­to­krzy­skich, na­to­miast za­mek do­stał no­wą funk­cję w lo­kal­nej wy­obra­źni.

LEWA ŚCIANA JESZCZE UDAJE ELEGANCJĘ, RESZTA JUŻ ODPUŚCIŁA, I W TYM MOMENCIE „GOTYCKA I STARODAWNA ARCHITEKTURA” BRZMI TROCHĘ JAK BARDZO DELIKATNY KOMPLEMENT

Od tego momentu nar­ra­cja ro­bi się już wy­ra­źnie bar­dziej ma­lo­wni­cza, po­nie­waż – jak no­tu­je Hoff­ma­no­wa – spu­sto­sza­łe mu­ry sta­ły się po­stra­chem miesz­kań­ców, gdyż we­dług jed­nych złe du­chy, a we­dług in­nych po pro­stu źli lu­dzie mie­li tam zna­leźć wy­go­dną kry­jów­kę. In­ny­mi sło­wy ru­ina za­czę­ła ro­bić to, co ru­iny ro­bią naj­le­piej — pro­du­ko­wać hi­sto­rie.

Na końcu autor­ka to­nu­je jed­nak atmo­sfe­rę gro­zy i za­uwa­ża rzecz cał­kiem prak­ty­czną: Mu­ry zam­ku zda­ją się jesz­cze moc­ne i mo­że przy nie­wiel­kim na­kła­dzie mógł­by on zno­wu być miesz­kal­nym i uży­te­cznym. Wspo­mi­na na­wet po­gło­ski o kimś, kto miał­by je­go i Drze­wi­cę ca­łą do po­rząd­ku przy­pro­wa­dzić, po czym do­da­je kró­tkie daj Bo­że, jak­by wie­dzia­ła, że po­mysł za­cny, tyl­ko chęt­nych do dźwi­ga­nia tych mu­rów ra­czej nie­wie­lu.

W XIX WIEKU ZAMEK NIE MUSI STRASZYĆ, ON PO PROSTU DOSTARCZA WARUNKÓW — A CZY BĘDĄ TO „ZŁE DUCHY”, CZY „ŹLI LUDZIE”, TO JUŻ KWESTIA OBSADY

Całość zamyka zdanie, któ­re brzmi jak dzie­wię­tna­sto­wie­czna wer­sja ko­men­ta­rza pod ar­ty­ku­łem o ku­mu­la­cji błę­dów w za­rzą­dza­niu akty­wa­mi: Ser­ce bo­li, pa­trząc na okrop­ne skut­ki nie­ła­du i mar­no­tra­wstwa! Po­tra­fią one głaz po­ryć i skru­szyć że­la­zo. Trud­no o bar­dziej ele­gan­ckie pod­su­mo­wa­nie hi­sto­rii zam­ku, któ­ry naj­pierw prze­trwał kil­ka stu­le­ci, a po­tem prze­grał z ludz­ką obo­jęt­no­ścią.

„SERCE BOLI, PATRZĄC NA OKROPNE SKUTKI NIEŁADU I MARNOTRAWSTWA” — BO NAJTRUDNIEJ PRZYJĄĆ, ŻE NIE TRZEBA NICZEGO ZNISZCZYĆ, ŻEBY WSZYSTKO SIĘ ROZPADŁO

Od tego momentu nikt już na zam­ku nie za­mie­szkał, więc bu­do­wla za­czę­ła spo­koj­nie prze­cho­dzić w stan ru­iny, któ­ry w ta­kich przy­pa­dkach roz­wi­ja się po­wo­li, lecz bar­dzo kon­se­kwen­tnie. Z cza­sem zni­ka­ły da­chy, kru­sza­ły mu­ry i od­pa­da­ły ko­lej­ne frag­me­nty daw­nych wy­gód, aż ca­łość za­czę­ła przy­po­mi­nać ra­czej mo­nu­men­tal­ną pa­miąt­kę po daw­nych wła­ści­cie­lach niż miej­sce, w któ­rym kto­ko­lwiek miał­by jesz­cze ocho­tę roz­pa­ko­wać ku­fry.

NA TEJ FOTOGRAFII ZAMEK W TLE JESZCZE UDAJE HISTORIĘ, ALE KOMINY NA PRZODZIE MÓWIĄ WPROST, ŻE W LATACH 1914–1918 KTOŚ PRZYSZEDŁ I SKRÓCIŁ CZĘŚĆ MIASTECZKA DO KILKU PIONOWYCH LINII I BARDZO DŁUGIEJ CISZY

W tym stanie za­mek do­trwał wła­ści­wie aż do 1949 ro­ku, kie­dy prze­pro­wa­dzo­no dro­bne pra­ce za­be­zpie­cza­ją­ce, czy­li ty­po­wą ak­cję ra­tun­ko­wą po­le­ga­ją­cą na tym, że­by ru­ina nie roz­pa­dła się cał­kiem na oczach na­stęp­ne­go po­ko­le­nia. Na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wie­ku za­mek tra­fił w pry­wa­tne rę­ce i po­zo­sta­je w nich do dziś, choć sa­me mu­ry re­agu­ją na tę in­for­ma­cję z god­nym ru­in spo­ko­jem, da­lej się kru­sząc i sy­piąc jak­by kwe­stia wła­sno­ści by­ła dla nich rów­nie eks­cy­tu­ją­ca jak zmia­na nu­me­ru dział­ki w księ­dze wie­czy­stej.

STAN W 1951: OBIEKT PO INTERWENCJI FUNKCJONUJE W TRYBIE MINIMALNEJ STABILNOŚCI CO OZNACZA, ŻE ARCHITEKTURA NIE UPADŁA, ALE TEŻ NIE MA JUŻ AMBICJI SIĘ ROZWIJAĆ

OPIS ZAMKU


Zamek wzniesiono na pra­wym brze­gu Drze­wi­czki, na pa­gór­ku wy­sta­ją­cym z te­ra­sy za­le­wo­wej, w miej­scu któ­re wy­glą­da jak na­tu­ra­lny punkt do­wo­dze­nia nad oko­li­cą i w śre­dnio­wie­cznej lo­gi­ce lo­ka­li­za­cyj­nej mó­wi jed­no­zna­cznie: tu się pa­trzy na świat z gó­ry. Oko­ło czte­ry­stu me­trów da­lej, po dru­giej stro­nie rze­ki, le­ża­ła osa­da z ko­ścio­łem św. Łu­ka­sza, więc z zam­ko­we­go wzgó­rza mo­żna by­ło spo­koj­nie obser­wo­wać ży­cie miej­sco­wo­ści, jak­by ktoś usta­wił re­zy­den­cję w pier­wszym rzę­dzie z wi­do­kiem na co­dzien­ność pod­da­nych.

NA ZDJĘCIU WIDZISZ KOŚCIÓŁ ŚW. ŁUKASZA STOJĄCY NA LEWYM BRZEGU DRZEWICZKI — DOKŁADNIE TEN, NA KTÓRY ZAMKOWE WZGÓRZE PO DRUGIEJ STRONIE RZEKI PATRZYŁO JAK Z LOŻY (1907)

Na południe od zam­ku roz­cią­ga­ły się la­sy, któ­re w śre­dnio­wie­czu by­ły jed­no­cze­śnie ma­ga­zy­nem dre­wna, miej­scem po­lo­wań i na­tu­ral­ną za­sło­ną kraj­obra­zo­wą, na­to­miast od po­łu­dnio­we­go wscho­du te­ren prze­ci­nał stru­mień wi­ją­cy się w stro­nę Drze­wi­czki tak in­ten­sy­wnie, jak­by pró­bo­wał sam dla sie­bie za­pro­je­kto­wać sys­tem obron­ny. Od wscho­du znaj­do­wa­ło się praw­do­po­do­bnie pod­zam­cze, być mo­że po­wsta­łe w miej­scu star­sze­go dwo­ru z XV wie­ku, czy­li wcze­śniej­szej, skrom­niej­szej wer­sji lo­kal­nej sie­dzi­by wła­dzy, za­nim ktoś stwier­dził, że drew­nia­na cha­ta to jed­nak tro­chę sła­ba wi­zy­tów­ka dla pa­na oko­li­cy.

KIEDYŚ ZAMEK PATRZYŁ NA LAS I DYM Z CHAT, DZIŚ PATRZY NA RÓWNE DACHY I GRZECZNE OGRODY — EWOLUCJA PODDANYCH WERSJA 2.0

Zamek zbudowano na pla­nie pro­sto­ką­ta o wy­mia­rach oko­ło 37 × 43 me­try, wy­ko­rzy­stu­jąc głów­nie miej­sco­wy pia­sko­wiec, a ce­głę zo­sta­wia­jąc tyl­ko dla nie­któ­rych ele­men­tów kon­stru­kcyj­nych i szczy­tów bu­dyn­ków (czy­li tam, gdzie ka­mień był zbyt cięż­ki, a ce­gła wy­go­dniej­sza). Je­go przed­po­le flan­ko­wa­ły na­ro­żne wie­że, kwa­dra­to­we u pod­sta­wy i usta­wio­ne nie w osi mu­rów, lecz uko­śnie, jak­by ktoś pod­czas ry­so­wa­nia pla­nu lek­ko prze­krę­cił kar­tkę.

NAROŻNE WIEŻE USTAWIONE POD KĄTEM SUGERUJĄ ZABIEG, KTÓRY, JEŚLI DOBRZE ROZUMIEM, PROWADZI DO PEWNEJ… SKOŚNEJ PROSTOLINIJNOŚCI

To ustawienie pod ką­tem 45 sto­pni do kur­ty­ny mu­ru ob­wo­do­we­go wy­glą­da­ło efe­kto­wnie, lecz w pra­kty­ce tro­chę utru­dnia­ło obro­nę, dla­te­go w wyż­szych par­tiach pół­no­cnej wie­ży po­ja­wia się już ośmio­bo­czny rzut, któ­ry pró­bo­wał tro­chę na­pra­wić sy­tu­ację. Krót­ko mó­wiąc: naj­pierw usta­wio­no wie­że pod ką­tem, a do­pie­ro po­tem za­czę­to się za­sta­na­wiać, jak z nich w ogó­le sen­so­wnie pro­wa­dzić obro­nę.

UKŁAD WYDAJE SIĘ OPEROWAĆ PEWNĄ, POWIEDZMY, NIEOSIOWOŚCIĄ, KTÓRA ZOSTAJE NASTĘPNIE CZĘŚCIOWO ZREKOMPENSOWANA PRZEZ ZMIANĘ GEOMETRII WYŻEJ

Wieża bramna w pół­­nocno-wscho­dnim na­ro­żni­ku by­ła naj­wię­kszym i naj­bar­dziej cha­ra­kte­ry­sty­cznym ele­me­ntem zam­ku, więc wła­śnie tam każ­dy przy­bysz koń­czył ro­man­ty­czne wy­obra­że­nia o śre­dnio­wie­czu i za­czy­nał roz­mo­wę z za­ło­gą. Wjazd pro­wa­dził przez bra­mę, przy któ­rej ruch ukła­dał się sam — sze­rzej pły­nę­ły ko­nie i wo­zy, cia­śniej prze­wi­ja­li się pie­si, od zbroj­nych po tych z wor­kiem na ple­cach, ka­żdy ła­piąc swo­ją prze­strzeń bez więk­szej ce­re­mo­nii. Da­lej i tak wszy­stko spro­wa­dza­ło się do jed­ne­go mo­me­ntu: most nad fo­są, a za nim bro­na — cięż­ka kra­ta opa­da­ją­ca z gó­ry, któ­ra jed­nym ru­chem za­my­ka­ła prze­jazd.

NAJWIĘKSZY ELEMENT ZAMKU NIE TŁUMACZY SIĘ ARCHITEKTURĄ, TYLKO PROCEDURĄ: PODNIEŚ MOST, OPUŚĆ KRATĘ, KONIEC ROZMOWY (1911)

Most nad fosą pod­no­szo­no za­pe­wne przy uży­ciu prze­ciw­wa­gi, choć do­kła­dny me­cha­nizm prze­padł ra­zem z epo­ką, któ­ra po­tra­fi­ła bu­do­wać spry­tne urzą­dze­nia i nie zo­sta­wić po nich żad­nej in­stru­kcji. Nad prze­ja­zdem w wie­ży znaj­do­wa­ły się trzy kon­dy­gna­cje miesz­kal­ne, o czym świad­czą prze­wo­dy ko­mi­no­we, więc straż­ni­cy nie tyl­ko pil­no­wa­li bra­my, lecz tak­że mie­li tu­taj swój ma­ły ką­cik do ży­cia. Do tych po­mie­szczeń pro­wa­dził sys­tem ze­wnę­trznych gan­ków i scho­dów, dzię­ki cze­mu za­ło­ga mo­gła szyb­ko prze­mie­szczać się mię­dzy pię­tra­mi i mieć oko na wszy­stko, co dzia­ło się pod mu­ra­mi.

NAD BRAMĄ FUNKCJONOWAŁ SYSTEM „ALWAYS ON” — ŚPISZ, JESZ, PILNUJESZ, I TAK W KÓŁKO, BO W PRZECIWIEŃSTWIE DO DZISIAJ NIKT NIE PYTAŁ O WORK-LIFE BALANCE

Pozostałe wieże zamkowe by­ły ści­śle ze­spo­lo­ne z bu­dyn­ka­mi, do któ­rych przy­le­ga­ły, więc nie funk­cjo­no­wa­ły ja­ko oso­bne by­ty ster­czą­ce obok mu­rów, lecz ja­ko peł­no­pra­wne ele­men­ty ca­łe­go ukła­du, wpię­te w je­go ko­mu­ni­ka­cję i co­dzien­ne uży­tko­wa­nie bez żad­nej ar­chi­te­kto­ni­cznej sa­mo­wol­ki. Do każ­dej ich kon­dy­gna­cji pro­wa­dzi­ły prze­jścia z od­po­wie­dnich pię­ter skrzy­deł miesz­kal­nych, a na naj­wyż­sze, pią­te po­zio­my wcho­dzi­ło się ze stry­chów, co do­brze po­ka­zu­je, że za­mek or­ga­ni­zo­wa­no tu bar­dziej jak zwar­ty sys­tem niż zbiór efe­kto­wnych do­da­tków.

TU NIE MA GWIAZD, TU JEST DRUŻYNA — KAŻDY ELEMENT ROBI SWOJE I NIKT TU NIE WYCHODZI NA ŚRODEK BOISKA, ŻEBY POKAZAĆ SIĘ PUBLICZNOŚCI

Wieża północno-za­cho­dnia, ta słyn­na „wie­ża cza­ro­wnic”, do­sta­ła na pią­tej kon­dy­gna­cji cha­ra­kte­ry­sty­czne zwień­cze­nie w for­mie ośmio­bo­ku, więc przy­naj­mniej je­den ele­ment za­ło­że­nia za­dbał o wła­sny znak roz­po­zna­wczy i nie mu­siał się ni­ko­mu przed­sta­wiać. Za­cho­wa­ne ko­ro­ny mu­rów nie pod­po­wia­da­ją już jed­nak, jak wy­glą­da­ły ich heł­my czy za­da­sze­nia, więc w tym miej­scu ar­chi­te­ktu­ra na­gle mil­knie i zo­sta­wia ba­da­czy z kla­sy­cznym pro­ble­mem sta­re­go zam­ku, czy­li z ka­mie­niem, któ­ry stoi, ale szcze­gó­łów zdra­dzić już nie chce.

GÓRNE PARTIE WIEŻY CZAROWNIC JESZCZE TRZYMAJĄ CHARAKTER, ALE IM NIŻEJ, TYM WIĘCEJ MILCZENIA — JAKBY SZCZEGÓŁY ZNIKNĘŁY PO DRODZE

Główną zabudowę dzie­dziń­ca two­rzył re­pre­zen­ta­cyj­ny bu­dy­nek miesz­kal­ny usta­wio­ny wzdłuż ca­łej za­cho­dniej kur­ty­ny mu­rów, pro­sto­kąt­ny gmach o wy­mia­rach oko­ło 40 na 12 me­trów, któ­ry szczel­nie do­my­kał tę część za­ło­że­nia i nie zo­sta­wiał wie­le miej­sca na ar­chi­te­kto­ni­czne im­pro­wi­za­cje. Był to pod­piw­ni­czo­ny, dwu­pię­tro­wy pa­łac o ukła­dzie jed­no­tra­kto­wym, mie­szczą­cy na każ­dej kon­dy­gna­cji po czte­ry izby o po­wie­rzchni oko­ło 70 me­trów kwa­dra­to­wych, czy­li prze­strze­nie na ty­le obszer­ne, by wy­glą­da­ły re­pre­zen­ta­cyj­nie, a przy tym roz­pla­no­wa­ne tak ja­sno, że na­wet ktoś po no­cnej uczcie z wi­nem zdo­łał­by tra­fić do wła­ści­wej kom­na­ty.

PROSZĘ PAŃSTWA, W TLE WIDAĆ DAWNY DOM MIESZKALNY Z CZTEREMA DUŻYMI IZBAMI NA KAŻDEJ KONDYGNACJI, A NA DZIEDZIŃCU PASĄ SIĘ OWCE, CO JEST DOŚĆ PONURYM, CHOĆ UCZCIWYM SKRÓTEM HISTORII: NAJPIERW REPREZENTACJA, POTEM RUINA, NA KOŃCU PRZEŻUWANIE (2002)

Izby oświetlały okna z obu stron bu­dyn­ku, przy czym dwie środ­ko­we mia­ły po dwa ok­na z każ­dej str­ny, na­to­miast skraj­ne do­da­tko­wo ok­na w ścia­nach szczy­to­wych, co za­pe­wnia­ło im wię­cej świa­tła i tro­chę od­de­chu. Do tych wła­śnie po­mie­szczeń przy­le­ga­ły la­try­ny umie­szczo­ne w wy­ku­szach Wykusz to fragment budynku wysunięty poza mur, coś jak kamienny „balkonik” wy­su­nię­tych po­za mur, któ­rych re­li­kty są czy­tel­ne do dziś i przy­po­mi­na­ją, że na­wet naj­bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­na część zam­ku mu­sia­ła mieć do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ne za­ple­cze sa­ni­tar­ne, bo pew­ne spra­wy, jak wia­do­mo, nie uzna­ją hie­rar­chii spo­łe­cznej. Wszy­stkie izby łą­czył dłu­gi ciąg am­fi­la­do­wy, któ­ry pro­wa­dził przez ca­łe skrzy­dło jed­nym ru­chem, bez zbęd­nych za­krę­tów i bez więk­szej tro­ski o dy­skre­cję miesz­kań­ców.

A OKNA TEGO PAŁACU RENESANSOWEGO W KAMIENIU OPRAWIONE BYŁY Z KSZTAŁTÓW PROSTYCH, LECZ DOSTOJNYCH I CHOĆ MURY CZĘŚCIĄ NADWYRĘŻONE ZOSTAŁY, TO OBRAMIENIA WCIĄŻ KSZTAŁT SWÓJ TRZYMAJĄ

Jak już wspomniałem, ko­mu­ni­ka­cja ca­łe­go do­mu wraz z al­kie­rza­mi Alkierz to narożna część budynku, coś w rodzaju małej wieżowej przybudówki prze­bie­ga­ła we­wnątrz bu­dyn­ku, choć na naj­wyż­szej kon­dy­gna­cji biegł je­szcze drew­nia­ny ga­nek łą­czą­cy prze­ciw­le­głe al­kie­rze, więc moż­na by­ło przejść z jed­ne­go koń­ca skrzy­dła na dru­gi bez błą­dze­nia po kom­na­tach. Po tej kon­stru­kcji po­zo­sta­ły śla­dy be­lek wspor­ni­ko­wych oraz dwo­je drzwi, jed­ne pro­wa­dzą­ce z do­mnie­ma­nej ka­pli­cy w po­łu­dnio­wym al­kie­rzu, dru­gie z jed­nej z sal w sze­re­gu kom­nat, co po­zwa­la dość ja­sno od­two­rzyć prze­bieg te­go drew­nia­ne­go „bal­ko­nu ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go”.

STRZELNICE TE W MURZE OSADZONE UCZYNIONE BYŁY TAK, IŻ NA ZEWNĄTRZ WĄSKIE A WEWNĄTRZ SZERSZE, BY STRZELEC WYGODNIE STRZAŁY SWE CZYNIAŁ, A SAM NA NIEPRZYJACIELA NIE BYŁ WYSTAWION

Podobny ganek ciągnął się tak­że wzdłuż kom­nat pier­wsze­go pię­tra, o czym świad­czą za­cho­wa­ne w mu­rach otwo­ry po bel­kach, więc ca­ły dom miał w pra­kty­ce sys­tem drew­nia­nych przejść dzia­ła­ją­cy tro­chę jak śre­dnio­wie­czny ko­ry­tarz ser­wi­so­wy. Je­śli w bu­dyn­ku by­ły scho­dy we­wnę­trzne, to naj­pe­wniej drew­nia­ne i wol­no sto­ją­ce po­środ­ku izb, po­nie­waż mu­ry nie zdra­dza­ją żad­nych śla­dów ich osa­dze­nia.

GANEK, KTÓRY WZDŁUŻ KOMNAT PIĘTRA PIERWSZEGO SIĘ CIĄGNĄŁ, NA BELKACH W MUR WPUŚCIONYCH SPOCZYWAŁ, CZEGO ŚLADY W KAMIENIU PO DZIŚ DZIEŃ WIDOCZNE ZOSTAŁY, CHOĆ SAM JUŻ W NIEBYT SIĘ OBRÓCIŁ

Budynek mieszkalny przy­kry­to dwo­ma rów­no­le­gły­mi da­cha­mi dwu­spa­do­wy­mi, a do je­go wscho­dniej fa­sa­dy do­sta­wio­no sy­me­try­cznie dwa wie­żo­we ry­za­li­ty Ryzalit to po prostu fragment budynku wysunięty do przodu, coś jak architektoniczny „nos” , przez co ca­łość wy­glą­da­ła bar­dzo upo­rząd­ko­wa­nie i bez przy­pa­dko­wych do­da­tków. Od pół­no­cy i po­łu­dnia po­ła­cie da­cho­we zam­knię­to pod­wój­ny­mi szczy­ta­mi, któ­re do dziś sta­no­wią naj­bar­dziej cha­ra­kte­ry­sty­czny ele­ment ru­in i ro­bią wię­cej dla ich wy­glą­du niż nie­je­den de­tal mu­rów.

CENTRALNY RYZALIT WIEŻOWY TRZYMA OŚ, PODWÓJNE SZCZYTY PILNUJĄ PORZĄDKU, A NA TRAWIE KRĘCĄ SIĘ GĘSI, KTÓRE MAJĄ TO POD OGONEM I TRAKTUJĄ TEN UKŁAD JAK ZWYKŁY TRAWNIK DO ŻARCIA (1910)

Te szczyty wzniesiono z ce­gły usta­wio­nej na ka­mien­nych mu­rach ob­wo­do­wych, nie­gdyś po­kry­tych tyn­kiem. Każ­dy z nich wy­glą­da jak ze­staw dwóch wą­skich szczy­tów do­sta­wio­nych do sie­bie ple­ca­mi, roz­dzie­lo­nych smu­kłym ce­gla­nym ko­mi­nem zwień­czo­nym ko­ro­ną czyli ozdobnym zakończeniem komina , co da­je efekt dość te­atral­ny, jak­by ktoś na da­chu po­sta­wił dwa iden­ty­czne wy­krzy­kni­ki i prze­dzie­lił je pio­no­wą kre­ską.

CEGLANE SZCZYTY WYRASTAJĄ Z KAMIENNYCH MURÓW JAK DWA IDENTYCZNE MODUŁY, A KOMIN POŚRODKU PILNUJE, ŻEBY TA SYMETRIA NIE ROZJECHAŁA SIĘ W CHAOS

Naprzeciw pałacu stał trzy­kon­dy­gna­cyj­ny bu­dy­nek wy­su­nię­ty nie­co po­za obrys mu­rów, w któ­rym naj­pe­wniej mie­ści­ły się po­ko­je służ­by i ma­ga­zy­ny, więc ca­łe to re­pre­zen­ta­cyj­ne za­ło­że­nie mia­ło tu swo­je ro­bo­cze za­ple­cze. Na po­cząt­ku XIX wie­ku sio­stry ber­nar­dy­nki uzna­ły jed­nak, że z ta­kiej bu­do­wli moż­na zro­bić coś bar­dziej po­bo­żne­go i prze­bu­do­wa­ły ją na ka­pli­cę, do­sto­so­wu­jąc daw­ny obiekt go­spo­dar­czy do po­trzeb ży­cia za­kon­ne­go.

OWCE WESZŁY, POPATRZYŁY NA DAWNE ZAPLECZE, KTÓRE PRZEROBIONO NA KAPLICĘ, I STWIERDZIŁY, ŻE TEN MIX MAGAZYNU I POBOŻNOŚCI TO JEDNAK ZA DUŻO — WYJŚCIE BEZ POŻEGNANIA (2002)

Wnętrze przebudowano dość zde­cy­do­wa­nie, po wy­bu­rze­niu ścian dzia­ło­wych po­wsta­ła jed­na du­ża sa­la prze­cię­ta łu­kiem od­dzie­la­ją­cym część za­cho­dnią od pre­zbi­te­rium czyli przestrzeni ołtarzowej . Na tym łu­ku za­cho­wa­ły się reszt­ki po­li­chro­mii z XVIII wie­ku. W trak­cie tej sa­mej prze­bu­do­wy wy­bi­to tak­że du­ży otwór łu­ko­wy do są­sie­dniej izby na pię­trze, gdzie urzą­dzo­no chór za­kon­ny, z któ­re­go sio­stry mo­gły ćwi­czyć swo­je „al­le­lu­ja”, a re­szta zam­ku tyl­ko ki­wa­ła ka­mien­ny­mi gło­wa­mi, uda­jąc że nie sły­szy tej nie­pla­no­wa­nej aku­sty­cznej in­wa­zji.

ŚW. ANNA ZOSTAŁA TU JUŻ TYLKO WE FRAGMENCIE, DO ORYGINAŁU TRUDNO SIĘ DOSTAĆ, WIĘC LINE ART WCHODZI JAK PROSTA NOTATKA Z TERENU — TROCHĘ NIEZDARNA, ALE PRZYNAJMNIEJ PRÓBUJE UTRZYMAĆ TEN ŚLAD, ZANIM FRESK CAŁKIEM SIĘ ROZMYJE

Pozostałe odcinki obwodu two­rzył wy­so­ki mur obron­ny z gan­kiem stra­ży i strzel­ni­ca­mi, a na­roż­ne wie­że do­peł­nia­ły ca­łość tak, że­by na­wet naj­bar­dziej zu­chwa­ły wła­my­wacz po­czuł się nie­co za­gu­bio­ny. Chod­nik biegł na wy­so­ko­ści oko­ło 12 me­trów nad dzie­dziń­cem i miał 85 cm sze­ro­ko­ści, choć pew­nie do­ło­żo­no do nie­go drew­nia­ny po­most wy­su­nię­ty do środ­ka dzie­dziń­ca i pod­par­ty na niż­szej od­sadz­ce, dzię­ki cze­mu straż­ni­cy mo­gli spa­ce­ro­wać wzdłuż mu­rów i uda­wać bo­ha­te­rów, nie ry­zy­ku­jąc spe­kta­ku­lar­ne­go upad­ku.

PLAN ZAMKU W DRZEWICY — TAK PROSTY, ŻE ANALIZA KOŃCZY SIĘ ZANIM SIĘ NA DOBRE ZACZNIE.

U GÓRY PO LEWEJ SIEDZI WIEŻA BRAMNA, OBOK NIEJ BUDYNEK POMOCNICZY, TAKI CO TO ZAWSZE JEST, ALE JEGO OBECNOŚĆ TRZEBA RACZEJ PRZYJĄĆ NIŻ ZROZUMIEĆ.

NA DOLE ROZSIADŁ SIĘ GŁÓWNY DOM MIESZKALNY Z CZTEREMA SALAMI — KONKRETNIE, RÓWNO, BEZ FILOZOFII, WIDAĆ ŻE TU JUŻ NIKT NIE KOMBINOWAŁ, BO TRZEBA BYŁO NORMALNIE MIESZKAĆ.

Z LEWEJ STRONY NA DOLE DOKLEJONA WIEŻA CZAROWNIC, TA SŁYNNA, WIĘC OBOWIĄZKOWO MUSI TU STAĆ I STRASZYĆ POWAGĄ, CHOĆ RESZTA ZAŁOŻENIA RACZEJ NIE IDZIE W TĘ STRONĘ.

I TO WŁAŚCIWIE WSZYSTKO — ZAMEK, KTÓRY NIE UDAJE, ŻE JEST CZYMŚ WIĘCEJ, CHOĆ PARĘ RAZY WYRAŹNIE PRÓBOWAŁ.

Całość założenia ota­cza­ła fo­sa za­si­la­na wo­da­mi Drze­wi­czki, dzia­ła­ją­ca jak wil­go­tna pu­ła­pka dla każ­de­go, kto my­ślał, że wej­ście do zam­ku to spo­koj­ny spa­cer po ka­mie­niach. Tak oto w tym opi­sie mie­ści się ca­ła lo­gi­ka obro­ny, ar­chi­te­ktu­ry i prak­ty­cznej spry­tnej or­ga­ni­za­cji prze­strze­ni – od baszt po ka­pli­cę i gan­ki, od służ­by po chó­ry ber­nar­dy­nek.

DRZEWICZKA NA PIERWSZYM PLANIE PŁYNIE SPOKOJNIE, A ZA NIĄ STOI ZAMEK, KTÓRY KIEDYŚ WYKORZYSTYWAŁ TĘ WODĘ JAK NATURALNY FILTR DLA KAŻDEGO, KTO LICZYŁ NA ŁATWE WEJŚCIE

STAN OBECNY


Dziś dawny zamek Drze­wi­ckich to ma­lo­wni­cza ru­ina — ta­ka, co wy­glą­da, jak­by ktoś wy­jął naj­le­psze ka­dry do po­cztów­ki, a re­sztę zo­sta­wił w gru­zach. Mu­ry obron­ne i po­dzia­ły we­wnętrz­ne je­szcze trzy­ma­ją fa­son, ce­gla­ne re­ne­san­so­we szczy­ty już nie­co się chwie­ją, choć ca­łość wciąż wy­glą­da so­li­dnie i cał­kiem przy­je­mnie dla oka. Wnę­ki dla mo­stu zwo­dzo­ne­go stra­szą pu­stką, a za­cho­wa­ny frag­ment fre­sku św. An­ny mru­ga do od­wie­dza­ją­cych z ką­ta — je­śli w ogó­le uda im się prze­pchnąć przez dzie­dzi­niec, bo za­mek stoi nie­do­stęp­ny i pa­trzy na lu­dzi, jak­by mó­wił „sor­ry, dziś nie sprze­da­je­my wstę­pu, wróć za sto lat”.

ZAMKNIĘTA BRAMA I KONIEC DYSKUSJI — ZAMEK STOI I PATRZY NA CIEBIE JAK NA PETENTA, KTÓRY PRZYSZEDŁ BEZ TERMINU: „WRÓĆ ZA STO LAT, MOŻE COŚ SIĘ ZMIENI”
Ruina od wie­lu lat znaj­du­je się w rę­kach pry­wa­tnych i nie ro­bi nic po­ży­te­czne­go — jesz­cze na po­cząt­ku XXI wie­ku po dzie­dziń­cu ga­nia­ły owce, więc przy­naj­mniej ktoś miał z te­go po­ży­tek. Dziś stoi pu­sta, zam­knię­ta na czte­ry spu­sty i nie­do­stęp­na, ale moż­na ją obejść do­oko­ła i po­oglą­dać z bli­ska — tak, że­by po­czuć się jak tu­ry­sta pod­mu­ro­wa­nej atrak­cji, któ­rej nie da się zwie­dzić.
Zamek da się obej­rzeć w 20–30 mi­nut — ide­aln­ie na szyb­ki spa­cer po prze­szło­ści bez zbęd­ne­go za­dę­cia.
Od zachodu, czy­li od stro­ny dro­gi, roz­cią­ga się spo­ro nie­uży­tku, któ­ry spo­koj­nie moż­na wy­ko­rzy­stać ja­ko lą­do­wi­sko dla dro­na. Za­bu­do­wa tu nie prze­szka­dza, prze­strzeń jest otwar­ta i spo­koj­na, więc miej­sce śmia­ło moż­na na­zwać przy­ja­znym dla każ­de­go, kto lu­bi pod­nie­bne eks­pe­ry­men­ty.

OD ULICY WSZYSTKO SIĘ ZGADZA — FORMA, PROPORCJE, KLIMAT — DOPIERO Z BLISKA WYCHODZI, ŻE TO JUŻ NIE JEST „ZAMEK DO ZWIEDZANIA”, TYLKO „ZAMEK DO PATRZENIA”

DOJAZD


Drzewica to nie­wiel­kie mia­ste­czko po­ło­żo­ne mniej wię­cej w po­ło­wie dro­gi mię­dzy Pio­trko­wem Try­bu­nal­skim a Ra­do­miem, sie­dem ki­lo­me­trów na pół­noc od tra­sy łą­czą­cej oba mia­sta. Do­je­chać tu moż­na też ko­le­ją — dla tych, któ­rzy wo­lą oglą­dać kraj­obra­zy z wy­go­dne­go fo­te­la i nie mu­szą się ma­rtwić o par­ko­wa­nie.

Z drugiej stro­ny z par­ko­wa­niem na­pra­wdę nie ma tu wiel­kiej fi­lo­zo­fii. Nie wy­zna­czo­no co praw­da spe­cjal­ne­go par­kin­gu dla tu­ry­stów — za­mek prze­cież atra­kcją tu­ry­sty­czną nie jest (aż trud­no uwie­rzyć, jak moż­na zmar­no­wać ta­ki po­ten­cjał) — ale sa­mo­chód bez pro­ble­mu moż­na zo­sta­wić na du­żym par­kin­gu w cen­trum mia­ste­czka, przy Pla­cu Wol­no­ści, al­bo tro­chę bli­żej, przy uli­cy Mi­łej, gdzie z re­gu­ły miej­sca jest ty­le, że aż tro­chę nie­swo­jo.

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. L. Kajzer, J. Salm, S. Ko­ło­dziej­ski: Le­ksy­kon zam­ków w Pol­sce, Ar­ka­dy 2001
  2. R. Kostecki: Ge­ne­alo­gia Ro­dzin Sza­nia­wskich – Zie­mia Łu­ko­wska – Uzu­peł­nie­nie – Drze­wi­ca
  3. B. Kulik: Za­mek w Drze­wi­cy, Wie­ści znad Drze­wi­czki 3/96
  4. A. Wagner: Mu­ro­wa­ne bu­do­wle obron­ne w Pol­sce X-XVIIw., Bel­lo­na 2019
  5. Praca zbiorowa: Spa­ce­ro­wnik po re­gio­nie - Drze­wi­ca, Ga­ze­ta Wy­bor­cza, 5/2008