
DZIEJE ZAMKU
Gdy myślimy o tutejszym zamku, od razu rodzi się pytanie: kto go właściwie postawił i gdzie wcześniej mieszkali właściciele Drzewicy? Najprawdopodobniej przed powstaniem murowanej warowni dwór właścicieli okolicznych dóbr stał na lewym brzegu rzeki, tuż obok XIV‑wiecznego kościoła i niedawno założonej osady. Niektóre źródła podpowiadają, że budowniczym owego dworu mógł być Maciej Ciołek — jeden z protoplastów rodu Drzewickich, czyli człowiek, który najwyraźniej uznał, że czas zbudować coś, co da się pokazać, a nie tylko przechowywać w pamięci.

Natomiast początki późnogotyckiej siedziby warownej w Drzewicy należy już wiązać z arcybiskupem gnieźnieńskim Maciejem Drzewickim
herbu Ciołek
(zm. 1535), który zapewne doszedł do wniosku, że drewniane chaty to już trochę za skromnie, i w latach 1527–1535 wzniósł w pobliżu dworu elegancki murowany zamek. Facet nie był byle kim —
sekretarz króla Jana Olbrachta
Sekretarz królewski był człowiekiem od pisania, czytania i pilnowania królewskiej korespondencji – czyli kimś, kto zamieniał królewskie pomysły w oficjalne dokumenty. Sporządzał listy, przywileje i instrukcje wysyłane do urzędników, posłów czy miast, a przy okazji dbał, żeby wszystko miało właściwą formę i nie narobiło królowi kłopotów dyplomatycznych. W skrócie: król mówił, sekretarz zapisywał, a potem cały kraj udawał, że tak właśnie było od początku.
,
kanclerz wielki koronny
Kanclerz wielki koronny był w Rzeczypospolitej czymś w rodzaju szefa kancelarii państwa i głównego strażnika papierów, pieczęci oraz dyplomacji. To przez jego ręce przechodziły najważniejsze dokumenty – od traktatów z obcymi dworami po królewskie decyzje – a bez jego pieczęci nawet najpiękniejszy akt władzy był tylko ładnie zapisanym kawałkiem pergaminu. W praktyce oznaczało to, że kanclerz pilnował, żeby król nie rozdawał łask szybciej, niż zdąży wyschnąć atrament.
i wreszcie
prymas
Prymas był najwyższym rangą biskupem w Królestwie Polskim i czymś w rodzaju kościelnego szefa całego krajowego episkopatu. Oprócz spraw religijnych miał też sporo roboty politycznej – bywał doradcą króla, a w czasie bezkrólewia przejmował rolę interreksa, czyli tymczasowej głowy państwa. Innymi słowy: gdy król znikał z planszy, prymas na chwilę siadał przy sterze i pilnował, żeby Rzeczpospolita nie zaczęła rządzić się sama.
— i każdy detal nowej budowli miał przypominać o jego pozycji, sprawiając, że pobliskie królewskie warownie w Opocznie i Inowłodzu wyglądały przy niej jak kamienne szkielety, którym ktoś zapomniał włączyć osobowość. Nie była to więc skromna fortalicja dla pokazania gustu czy wygody, lecz średniowieczny znak zapytania skierowany prosto w stronę sąsiadów: kto tu rozdaje karty, a kto tylko przygląda się z boku.

Gmach ten przez następne dwieście lat pozostał w rękach rodziny fundatora, która najwyraźniej dobrze się tu czuła i nie miała najmniejszej ochoty się z nim rozstawać. Po śmierci Macieja przeszedł on na własność jego brata Adama, a następnie dziedziczyli go kolejni członkowie rodu — między innymi
Jakub
(zm. 1564) i Adam,
starosta inowłodzki
Starosta był królewskim zarządcą terenu – pilnował porządku, sądów i królewskich dochodów w powiecie lub grodzie. Reprezentował władzę monarchy w terenie, przewodniczył sądom grodzkim i czuwał, żeby podatki oraz różne opłaty trafiały tam, gdzie trzeba, czyli do królewskiej kasy. W skrócie: coś między gubernatorem, sędzią i lokalnym szefem administracji – z kluczami do zamku w kieszeni.
(zm. 1604). Każdy z nich miał swoje obowiązki, swoje sprawy i zapewne swoje zmartwienia, ale zamek pozostawał w rodzinie, jakby sam podpowiadał, że tutaj najlepiej czuje się wśród swoich.


Po kilkunastu latach owe absurdalne praktyki zarzucono, a akta zabobonu ukryto w tajnych archiwach, do których jednak dotarli historycy — i nietrudno się domyśleć, że czytając listy „strąconych i kneblowanych”, atmosfera robiła się raczej lodowata niż uczona.

W październiku 1655 roku, w pierwszych miesiącach szwedzkiego „potopu”, wielu możnowładców, arystokratów i polskich oficerów podpisało akt lojalności wobec
Karola Gustawa
. Powód był prosty: król
Jan Kazimierz
uciekł za granicę, a Szwed obiecywał zachować wolność szlachecką, religię oraz majątki i zamki. Andrzej Drzewicki też dołożył swój podpis — najwyraźniej dochodząc do wniosku, że bohaterstwo to piękna rzecz, ale nie zawsze szczególnie użyteczna. I jak się okazało, kalkulacja była trafna: gdy miasto rabowano, a kościół zamieniono w magazyn łupów, jego zamek pozostał nienaruszony.

Po bezpotomnej śmierci w 1717 roku Hieronima Drzewickiego, ostatniego z rodu, majątek przeszedł w ręce jego siostry Konstancji, która być może doszła do wniosku, że dziedzictwo w rękach rodziny to za mało ekscytacji i najlepiej oddać je komuś, kto nie będzie się oglądał na stare porachunki. W ten oto sposób stary zamek trafił do Szaniawskich — prawdopodobnie do Fabiana Szaniawskiego
herbu Junosza
, starosty sochaczewskiego (zm. 1732). Gmach zmienił właściciela, a życie w jego murach, jak to zwykle bywało, potoczyło się dalej już pod nowym nazwiskiem nad bramą.

Fabian Szaniawski pozostawił Drzewicę Filipowi Neriuszowi Nereuszowi, staroście radzickiemu (zm. 1782), który poślubił Ludwikę Załuską
herbu Junosza
. W 1748 ów Filip wraz z bratem Teodorem podzielili rodzinny majątek, w wyniku czego dobra drzewickie przypadły właśnie Filipowi, obejmując miasto Drzewica oraz wsie: Brusłowiec, Jelna, Strzyżów, Żardki Duże i Małe, Gielniów z miastem Gielniów, Brzezinki i Wywóz, a także miasto Nieznamierowice, wsie Bielowice i Mroczków, oraz całą resztę wiejskiej epopei, którą łatwiej było posiadać niż wymienić.

W dniu 12 marca 1781 roku Filip Neriusz Nereusz Szaniawski spisał testament, zgodnie z którym Drzewicę przejął najstarszy syn, Fabian Szaniawski (zm. 1814). Mniej więcej w tym samym czasie, bo w drugiej połowie XVIII wieku, właściciele oddali warownię bernardynkom, które wcześniej straciły w pożarze swój klasztor ufundowany w 1630 roku przez Annę z Bąkowca-Drzewicką — zamek więc robił za coś w rodzaju awaryjnego adresu po katastrofie, gdzie ściany były solidne, ale powietrze jakby od wieków wstrzymywało oddech.

W 1787 roku w murach tej rezydencji zatrzymał się
Stanisław August Poniatowski
(zm. 1798), co na moment podniosło rangę miejsca i pozwoliło zapisać je w kalendarzu królewskich podróży. Spokojna historia nie trwała jednak długo, ponieważ w 1814 roku zamek padł ofiarą ognia, a według lokalnych podań przyczyną miały być świece pozostawione po roratach, które najwyraźniej uznały, że zakończą nabożeństwo w sposób bardziej spektakularny niż przewidywał liturgiczny scenariusz.

(zm. 1845), autorka Opisów różnych okolic Królestwa Polskiego, która spojrzała na zamek okiem podróżniczki, moralistki i osoby wyraźnie zdziwionej stanem rzeczy. Swą recenzję zaczyna spokojnie od architektury: Zamek jest duży, czworoboczny, z czterema wieżami na rogach, gotyckiej i starodawnej architektury, po czym dodaje, że widać, że był obronny i wodą otoczony wkoło. Trudno się dziwić tej obserwacji, skoro pod murami wciąż płynęła Drzewiczka, choć jak sama autorka zauważa kanałów bitych już tylko ślady, co w języku epoki oznaczło po prostu, że system obronny zdążył już przejść do działu wspomnień.


Na końcu autorka tonuje jednak atmosferę grozy i zauważa rzecz całkiem praktyczną: Mury zamku zdają się jeszcze mocne i może przy niewielkim nakładzie mógłby on znowu być mieszkalnym i użytecznym. Wspomina nawet pogłoski o kimś, kto miałby jego i Drzewicę całą do porządku przyprowadzić, po czym dodaje krótkie daj Boże, jakby wiedziała, że pomysł zacny, tylko chętnych do dźwigania tych murów raczej niewielu.


Od tego momentu nikt już na zamku nie zamieszkał, więc budowla zaczęła spokojnie przechodzić w stan ruiny, który w takich przypadkach rozwija się powoli, lecz bardzo konsekwentnie. Z czasem znikały dachy, kruszały mury i odpadały kolejne fragmenty dawnych wygód, aż całość zaczęła przypominać raczej monumentalną pamiątkę po dawnych właścicielach niż miejsce, w którym ktokolwiek miałby jeszcze ochotę rozpakować kufry.

W tym stanie zamek dotrwał właściwie aż do 1949 roku, kiedy przeprowadzono drobne prace zabezpieczające, czyli typową akcję ratunkową polegającą na tym, żeby ruina nie rozpadła się całkiem na oczach następnego pokolenia. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku zamek trafił w prywatne ręce i pozostaje w nich do dziś, choć same mury reagują na tę informację z godnym ruin spokojem, dalej się krusząc i sypiąc jakby kwestia własności była dla nich równie ekscytująca jak zmiana numeru działki w księdze wieczystej.

OPIS ZAMKU
Zamek wzniesiono na prawym brzegu Drzewiczki, na pagórku wystającym z terasy zalewowej, w miejscu które wygląda jak naturalny punkt dowodzenia nad okolicą i w średniowiecznej logice lokalizacyjnej mówi jednoznacznie: tu się patrzy na świat z góry. Około czterystu metrów dalej, po drugiej stronie rzeki, leżała osada z kościołem św. Łukasza, więc z zamkowego wzgórza można było spokojnie obserwować życie miejscowości, jakby ktoś ustawił rezydencję w pierwszym rzędzie z widokiem na codzienność poddanych.

Na południe od zamku rozciągały się lasy, które w średniowieczu były jednocześnie magazynem drewna, miejscem polowań i naturalną zasłoną krajobrazową, natomiast od południowego wschodu teren przecinał strumień wijący się w stronę Drzewiczki tak intensywnie, jakby próbował sam dla siebie zaprojektować system obronny. Od wschodu znajdowało się prawdopodobnie podzamcze, być może powstałe w miejscu starszego dworu z XV wieku, czyli wcześniejszej, skromniejszej wersji lokalnej siedziby władzy, zanim ktoś stwierdził, że drewniana chata to jednak trochę słaba wizytówka dla pana okolicy.

Zamek zbudowano na planie prostokąta o wymiarach około 37 × 43 metry, wykorzystując głównie miejscowy piaskowiec, a cegłę zostawiając tylko dla niektórych elementów konstrukcyjnych i szczytów budynków (czyli tam, gdzie kamień był zbyt ciężki, a cegła wygodniejsza). Jego przedpole flankowały narożne wieże, kwadratowe u podstawy i ustawione nie w osi murów, lecz ukośnie, jakby ktoś podczas rysowania planu lekko przekręcił kartkę.

To ustawienie pod kątem 45 stopni do kurtyny muru obwodowego wyglądało efektownie, lecz w praktyce trochę utrudniało obronę, dlatego w wyższych partiach północnej wieży pojawia się już ośmioboczny rzut, który próbował trochę naprawić sytuację. Krótko mówiąc: najpierw ustawiono wieże pod kątem, a dopiero potem zaczęto się zastanawiać, jak z nich w ogóle sensownie prowadzić obronę.

Wieża bramna w północno-wschodnim narożniku była największym i najbardziej charakterystycznym elementem zamku, więc właśnie tam każdy przybysz kończył romantyczne wyobrażenia o średniowieczu i zaczynał rozmowę z załogą. Wjazd prowadził przez bramę, przy której ruch układał się sam — szerzej płynęły konie i wozy, ciaśniej przewijali się piesi, od zbrojnych po tych z workiem na plecach, każdy łapiąc swoją przestrzeń bez większej ceremonii. Dalej i tak wszystko sprowadzało się do jednego momentu: most nad fosą, a za nim brona — ciężka krata opadająca z góry, która jednym ruchem zamykała przejazd.

Most nad fosą podnoszono zapewne przy użyciu przeciwwagi, choć dokładny mechanizm przepadł razem z epoką, która potrafiła budować sprytne urządzenia i nie zostawić po nich żadnej instrukcji. Nad przejazdem w wieży znajdowały się trzy kondygnacje mieszkalne, o czym świadczą przewody kominowe, więc strażnicy nie tylko pilnowali bramy, lecz także mieli tutaj swój mały kącik do życia. Do tych pomieszczeń prowadził system zewnętrznych ganków i schodów, dzięki czemu załoga mogła szybko przemieszczać się między piętrami i mieć oko na wszystko, co działo się pod murami.

Pozostałe wieże zamkowe były ściśle zespolone z budynkami, do których przylegały, więc nie funkcjonowały jako osobne byty sterczące obok murów, lecz jako pełnoprawne elementy całego układu, wpięte w jego komunikację i codzienne użytkowanie bez żadnej architektonicznej samowolki. Do każdej ich kondygnacji prowadziły przejścia z odpowiednich pięter skrzydeł mieszkalnych, a na najwyższe, piąte poziomy wchodziło się ze strychów, co dobrze pokazuje, że zamek organizowano tu bardziej jak zwarty system niż zbiór efektownych dodatków.

Wieża północno-zachodnia, ta słynna „wieża czarownic”, dostała na piątej kondygnacji charakterystyczne zwieńczenie w formie ośmioboku, więc przynajmniej jeden element założenia zadbał o własny znak rozpoznawczy i nie musiał się nikomu przedstawiać. Zachowane korony murów nie podpowiadają już jednak, jak wyglądały ich hełmy czy zadaszenia, więc w tym miejscu architektura nagle milknie i zostawia badaczy z klasycznym problemem starego zamku, czyli z kamieniem, który stoi, ale szczegółów zdradzić już nie chce.

Główną zabudowę dziedzińca tworzył reprezentacyjny budynek mieszkalny ustawiony wzdłuż całej zachodniej kurtyny murów, prostokątny gmach o wymiarach około 40 na 12 metrów, który szczelnie domykał tę część założenia i nie zostawiał wiele miejsca na architektoniczne improwizacje. Był to podpiwniczony, dwupiętrowy pałac o układzie jednotraktowym, mieszczący na każdej kondygnacji po cztery izby o powierzchni około 70 metrów kwadratowych, czyli przestrzenie na tyle obszerne, by wyglądały reprezentacyjnie, a przy tym rozplanowane tak jasno, że nawet ktoś po nocnej uczcie z winem zdołałby trafić do właściwej komnaty.

Izby oświetlały okna z obu stron budynku, przy czym dwie środkowe miały po dwa okna z każdej strny, natomiast skrajne dodatkowo okna w ścianach szczytowych, co zapewniało im więcej światła i trochę oddechu. Do tych właśnie pomieszczeń przylegały latryny umieszczone w wykuszach Wykusz to fragment budynku wysunięty poza mur, coś jak kamienny „balkonik” wysuniętych poza mur, których relikty są czytelne do dziś i przypominają, że nawet najbardziej reprezentacyjna część zamku musiała mieć dobrze zorganizowane zaplecze sanitarne, bo pewne sprawy, jak wiadomo, nie uznają hierarchii społecznej. Wszystkie izby łączył długi ciąg amfiladowy, który prowadził przez całe skrzydło jednym ruchem, bez zbędnych zakrętów i bez większej troski o dyskrecję mieszkańców.

Jak już wspomniałem, komunikacja całego domu wraz z alkierzami Alkierz to narożna część budynku, coś w rodzaju małej wieżowej przybudówki przebiegała wewnątrz budynku, choć na najwyższej kondygnacji biegł jeszcze drewniany ganek łączący przeciwległe alkierze, więc można było przejść z jednego końca skrzydła na drugi bez błądzenia po komnatach. Po tej konstrukcji pozostały ślady belek wspornikowych oraz dwoje drzwi, jedne prowadzące z domniemanej kaplicy w południowym alkierzu, drugie z jednej z sal w szeregu komnat, co pozwala dość jasno odtworzyć przebieg tego drewnianego „balkonu komunikacyjnego”.

Podobny ganek ciągnął się także wzdłuż komnat pierwszego piętra, o czym świadczą zachowane w murach otwory po belkach, więc cały dom miał w praktyce system drewnianych przejść działający trochę jak średniowieczny korytarz serwisowy. Jeśli w budynku były schody wewnętrzne, to najpewniej drewniane i wolno stojące pośrodku izb, ponieważ mury nie zdradzają żadnych śladów ich osadzenia.

Budynek mieszkalny przykryto dwoma równoległymi dachami dwuspadowymi, a do jego wschodniej fasady dostawiono symetrycznie dwa wieżowe ryzality Ryzalit to po prostu fragment budynku wysunięty do przodu, coś jak architektoniczny „nos” , przez co całość wyglądała bardzo uporządkowanie i bez przypadkowych dodatków. Od północy i południa połacie dachowe zamknięto podwójnymi szczytami, które do dziś stanowią najbardziej charakterystyczny element ruin i robią więcej dla ich wyglądu niż niejeden detal murów.

Te szczyty wzniesiono z cegły ustawionej na kamiennych murach obwodowych, niegdyś pokrytych tynkiem. Każdy z nich wygląda jak zestaw dwóch wąskich szczytów dostawionych do siebie plecami, rozdzielonych smukłym ceglanym kominem zwieńczonym koroną czyli ozdobnym zakończeniem komina , co daje efekt dość teatralny, jakby ktoś na dachu postawił dwa identyczne wykrzykniki i przedzielił je pionową kreską.

Naprzeciw pałacu stał trzykondygnacyjny budynek wysunięty nieco poza obrys murów, w którym najpewniej mieściły się pokoje służby i magazyny, więc całe to reprezentacyjne założenie miało tu swoje robocze zaplecze. Na początku XIX wieku siostry bernardynki uznały jednak, że z takiej budowli można zrobić coś bardziej pobożnego i przebudowały ją na kaplicę, dostosowując dawny obiekt gospodarczy do potrzeb życia zakonnego.

Wnętrze przebudowano dość zdecydowanie, po wyburzeniu ścian działowych powstała jedna duża sala przecięta łukiem oddzielającym część zachodnią od prezbiterium czyli przestrzeni ołtarzowej . Na tym łuku zachowały się resztki polichromii z XVIII wieku. W trakcie tej samej przebudowy wybito także duży otwór łukowy do sąsiedniej izby na piętrze, gdzie urządzono chór zakonny, z którego siostry mogły ćwiczyć swoje „alleluja”, a reszta zamku tylko kiwała kamiennymi głowami, udając że nie słyszy tej nieplanowanej akustycznej inwazji.

Pozostałe odcinki obwodu tworzył wysoki mur obronny z gankiem straży i strzelnicami, a narożne wieże dopełniały całość tak, żeby nawet najbardziej zuchwały włamywacz poczuł się nieco zagubiony. Chodnik biegł na wysokości około 12 metrów nad dziedzińcem i miał 85 cm szerokości, choć pewnie dołożono do niego drewniany pomost wysunięty do środka dziedzińca i podparty na niższej odsadzce, dzięki czemu strażnicy mogli spacerować wzdłuż murów i udawać bohaterów, nie ryzykując spektakularnego upadku.

U GÓRY PO LEWEJ SIEDZI WIEŻA BRAMNA, OBOK NIEJ BUDYNEK POMOCNICZY, TAKI CO TO ZAWSZE JEST, ALE JEGO OBECNOŚĆ TRZEBA RACZEJ PRZYJĄĆ NIŻ ZROZUMIEĆ.
NA DOLE ROZSIADŁ SIĘ GŁÓWNY DOM MIESZKALNY Z CZTEREMA SALAMI — KONKRETNIE, RÓWNO, BEZ FILOZOFII, WIDAĆ ŻE TU JUŻ NIKT NIE KOMBINOWAŁ, BO TRZEBA BYŁO NORMALNIE MIESZKAĆ.
Z LEWEJ STRONY NA DOLE DOKLEJONA WIEŻA CZAROWNIC, TA SŁYNNA, WIĘC OBOWIĄZKOWO MUSI TU STAĆ I STRASZYĆ POWAGĄ, CHOĆ RESZTA ZAŁOŻENIA RACZEJ NIE IDZIE W TĘ STRONĘ.
I TO WŁAŚCIWIE WSZYSTKO — ZAMEK, KTÓRY NIE UDAJE, ŻE JEST CZYMŚ WIĘCEJ, CHOĆ PARĘ RAZY WYRAŹNIE PRÓBOWAŁ.
Całość założenia otaczała fosa zasilana wodami Drzewiczki, działająca jak wilgotna pułapka dla każdego, kto myślał, że wejście do zamku to spokojny spacer po kamieniach. Tak oto w tym opisie mieści się cała logika obrony, architektury i praktycznej sprytnej organizacji przestrzeni – od baszt po kaplicę i ganki, od służby po chóry bernardynek.

STAN OBECNY
Dziś dawny zamek Drzewickich to malownicza ruina — taka, co wygląda, jakby ktoś wyjął najlepsze kadry do pocztówki, a resztę zostawił w gruzach. Mury obronne i podziały wewnętrzne jeszcze trzymają fason, ceglane renesansowe szczyty już nieco się chwieją, choć całość wciąż wygląda solidnie i całkiem przyjemnie dla oka. Wnęki dla mostu zwodzonego straszą pustką, a zachowany fragment fresku św. Anny mruga do odwiedzających z kąta — jeśli w ogóle uda im się przepchnąć przez dziedziniec, bo zamek stoi niedostępny i patrzy na ludzi, jakby mówił „sorry, dziś nie sprzedajemy wstępu, wróć za sto lat”.

Ruina od wielu lat znajduje się w rękach prywatnych i nie robi nic pożytecznego — jeszcze na początku XXI wieku po dziedzińcu ganiały owce, więc przynajmniej ktoś miał z tego pożytek. Dziś stoi pusta, zamknięta na cztery spusty i niedostępna, ale można ją obejść dookoła i pooglądać z bliska — tak, żeby poczuć się jak turysta podmurowanej atrakcji, której nie da się zwiedzić.
Zamek da się obejrzeć w 20–30 minut — idealnie na szybki spacer po przeszłości bez zbędnego zadęcia.
Od zachodu, czyli od strony drogi, rozciąga się sporo nieużytku, który spokojnie można wykorzystać jako lądowisko dla drona. Zabudowa tu nie przeszkadza, przestrzeń jest otwarta i spokojna, więc miejsce śmiało można nazwać przyjaznym dla każdego, kto lubi podniebne eksperymenty.

DOJAZD
Drzewica to niewielkie miasteczko położone mniej więcej w połowie drogi między Piotrkowem Trybunalskim a Radomiem, siedem kilometrów na północ od trasy łączącej oba miasta. Dojechać tu można też koleją — dla tych, którzy wolą oglądać krajobrazy z wygodnego fotela i nie muszą się martwić o parkowanie.
Z drugiej strony z parkowaniem naprawdę nie ma tu wielkiej filozofii. Nie wyznaczono co prawda specjalnego parkingu dla turystów — zamek przecież atrakcją turystyczną nie jest (aż trudno uwierzyć, jak można zmarnować taki potencjał) — ale samochód bez problemu można zostawić na dużym parkingu w centrum miasteczka, przy Placu Wolności, albo trochę bliżej, przy ulicy Miłej, gdzie z reguły miejsca jest tyle, że aż trochę nieswojo.
ZAMKI W POBLIŻU
- Opoczno – zamek królewski z XIV w., przebudowany, 18 km
- Inowłódz – ruina zamku królewskiego z XIV w., 25 km
- Modliszewice – ruina dworu obronnego z XVII w., 33 km
LITERATURA
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Arkady 2001
- R. Kostecki: Genealogia Rodzin Szaniawskich – Ziemia Łukowska – Uzupełnienie – Drzewica
- B. Kulik: Zamek w Drzewicy, Wieści znad Drzewiczki 3/96
- A. Wagner: Murowane budowle obronne w Polsce X-XVIIw., Bellona 2019
- Praca zbiorowa: Spacerownik po regionie - Drzewica, Gazeta Wyborcza, 5/2008